kontrkultura
26.10.05, 14:03
Bardzo ciekawy artykuł, całość tutaj:
serwisy.gazeta.pl/df/1,34467,2979372.html
Polak w Moskwie
Jarosław Kamiński 24-10-2005 , ostatnia aktualizacja 21-10-2005 16:20
Czy Rosjanki to dobre kochanki? A polska reklama to plama?
Wszystko odbyło się zgodnie z międzynarodowymi standardami. Samolot
wylądował. Punktualnie. Bagaże doleciały. Nietknięte. Oficer straży
granicznej wbiła pieczątkę do paszportu, uśmiechając się przyjaźnie, celnik
leniwie spojrzał na stos walizek na moim wózku i machnął znudzony ręką, aby
kierować się do wyjścia. Koleżanka z agencji reklamowej, w której miałem
pracować, czekała na mnie z taksówką.
Czeczenka z pasem, bez dynamitu
Dopiero w drodze do mojego moskiewskiego mieszkania... Pierwszy plakat
reklamowy, jaki zobaczyłem, wzywał do obywatelskiej czujności. "Twój telefon
może związać ręce terrorystom". Poniżej znajdował się numer, pod który
należało kierować informacje o zagrożeniu. Naprawdę dziwnie zrobiło mi się,
gdy koleżanka, która odbierała mnie z lotniska, wyznała: - Jestem Czeczenką.
Zaproponowałem jej powitalnego drinka, odmówiła.
- Uprawiam zawodowo kulturystykę. Zbliżają się zawody. Alkohol ścina białko. -
I na dowód wyjęła z plecaczka pas. Używany do podnoszenia ciężarów.
Mój szef w Moskwie, Henry, Nowozelandczyk polskiego pochodzenia, był
zaskoczony: - Powiedziała ci, że jest Czeczenką? Tu się o pochodzeniu raczej
nie mówi. Wiesz, Rosjanie bywają rasistami. Myślałem, że Polacy są
największymi rasistami na świecie. Teraz wiem, że prześcigają ich Rosjanie.
Ale u nas pracują różni: Czeczeni, Żydzi, Gruzini, Ukraińcy. Nie licząc
ekspatów.
Ekspatów, czyli obcokrajowców, jak on i ja.
Chlebem i solą? Szampanem i kawiorem!
Naszą agencję prowadzi Julia pochodząca z RPA. Biuro znajduje się w starej,
odremontowanej kamienicy w centrum Moskwy. Dziesięć minut spacerkiem od
Kremla, pięć minut od Teatru Bolszoj. Rynek rosyjski jest wielki, budżety
imponujące, liczone w dziesiątkach milionów dolarów, ale biuro w porównaniu z
warszawskim robi wrażenie zrelaksowanego. Po sali konferencyjnej snuje się
wielki, tłusty kocur dyrektora kreatywnego, w pokoju szefowej jej córka i syn
grają na playstation.
- Z Polską jest tu pewien kłopot - wyznał mi Henry. - To, co polskie lub w
Polsce wyprodukowane, uchodzi za słabej jakości. Nawet o reklamach, które
Rosja chce adaptować na swój rynek, a były u was robione, bezpieczniej
powiedzieć, że pochodzą np. z Rumunii.
Śmiejemy się z tego, ale zaraz przypominam sobie własną opinię, jeszcze z
początku lat 90., na temat produktów pochodzących z Rosji.
Henry otwiera butelkę szampana Moët & Chanson, częstuje kawiorem, który jemy,
zawijając go w naleśniki. - Prawdziwe powitanie będzie dziś wieczorem -
zaprasza na kolację do libańskiej restauracji.
Po rozmowie z Henrym zastanawiałem się, jak zareagują Rosjanie, gdy dowiedzą
się, że ma nimi zarządzać Polak. Dlaczego właściwie Polak w rosyjskiej
agencji reklamowej? Gdy w 1998 roku wybuchł w Rosji kryzys ekonomiczny, wielu
starych reklamiarzy odeszło z branży i nie wróciło do niej, nawet gdy nastały
lepsze czasy dla gospodarki. Biznes opiera się teraz na nowych, głównie
młodych ludziach. Co przypomina sytuację Polski z połowy lat 90. - wielki
entuzjazm i brak doświadczenia. Moja rola polega na dzieleniu się wiedzą i
pomocy w osiągnięciu międzynarodowego standardu.
Informację, że będę supervisorem, przyjęto na luzie. Nawet na bardzo dużym.
Spotkanie w tej sprawie miało odbyć się o 11. Niestety, nikogo nie było
jeszcze o tej porze w pracy. Prezentacja nowego supervisora odbyła się więc z
półgodzinnym opóźnieniem. Skończyło się miło - podwładni zaproponowali
wspólne wyjście na lunch. Sugerowali to, co najmodniejsze w Moskwie - sushi.
Wolałem coś lokalnego. Poszliśmy do Rachatłukum, restauracji z kuchnią z
południowej Rosji. Przy czym południowa Rosja okazała się Kazachstanem i
Uzbekistanem.
Inny świat
W knajpie rozmawialiśmy o pracy. Nasza agencja, jako jedna z nielicznych,
działa na rynku bez rosyjskiego partnera. Norma to joint venture. Jak taka
współpraca wygląda w praktyce? Po Moskwie krążą legendy.
Wiera, copywriterka i zarazem raperka w hiphopowej kapeli, opowiedziała jedną
z nich. - Firma Y była związana z pewną zagraniczną agencją. Zarazem miała
udziały w telewizji. Szefem zarówno firmy Y, jak i agencji reklamowej był pan
Z. Wyobraź sobie, że pan Z, mając udziały w telewizji, kupował jako firma Y
minutę czasu antenowego za jednego dolara i sprzedawał - własnej agencji X -
za 20 000 dolarów!
Inna specyfika Rosji - przynajmniej z polskiego punktu widzenia - to wielkość
kraju.
- Bardzo się cieszę, że w naszej agencji jest większość klientów
zagranicznych - Roman, copywriter, nie krył zadowolenia. - Przynajmniej biura
mają w Moskwie. Moja poprzednia firma miała głównie rosyjskich klientów. Na
prezentację leciałem najpierw do Władywostoku, potem do Chabarowska.
- Co w tym dziwnego - spytałem?