asia.mama.marcelego
13.09.05, 12:14
Na początek dziękuje Ani za opiekę forumową.
Wróciliśmy bardzo zmęczeni i bardzo mało zadowoleni. Zaczęło się od tego, ze
kazali nam przyjechać na operację dzień wcześniej. Więc przyjechaliśmy.
Następnego dnia rano mały oczywiście naczczo i jak pewnie się domyślacie
operacja spadła. O godz 14 dowiedzieliśmy się że może jeść. Kolejny dzień
głodówki z kroplówką zakończył się już gorączką bo operacja rzecz jasna
spadła!!! Bylismy wykończeni i wściekli. Marcel wieczorem miał juz 39 stopni.
Przyszedł anestezjolog i powiedział, ze mamy się pakować bo on się nie zgadza
na operację. Spakowaliśmy się i następnego dnia mieliśmy wyjeżdżać. rano
okazało się że wszystko ok - mały nie gorączkuje. Na obchodzie, który zawsze
wyglądał tak,że zaglądała jedna osoba i nic nie mówiac wszyscy szli dalej,
ktoś zapytał czy dziecko jest naczczo!! Ci szaleni lekarze myśleli, że
głodzimy dziecko 3 dzień. Oczywiście aby Marcel się wzmocnił dostał normalnie
posiłki - sami tak zadecydowaliśmy. Zrobiono mu morfologię i zbadał pediatra -
dziecko całkowicie zdrowe - przyczyna wcześniejszej gorączki nie ustalona. W
4 dobie Marcel znów głodował, dostawał kroplówki i "głupiego jasia" o 8 rano.
Po tym poczuł się otumaniony przez pierwsze 0,5 godziny. Poźniej zaczął
wrzeszczeć, nie wiedział czego chce i był okrutnie rozdrażniony. Nosiliśmy go
kilka godzin, woziliśmy w wózku do godz 14. Dopiero wtedy poszedł na blok. To
właściwie była ostatnia szansa bo był już mocno wyczerpany.
Wszystko przebiegło pomyślnie - dobrze zniósł narkozę, a po operacji kolejne
rozczarowanie - pielęgniarka. W celu jej sprawdzenia chodziliśmy tam zanosić
pieluchy, koszulki itd. W większości przypadków siedziała w pokoju
pielęgniarek. Rano przyszłam do dziecka jej nie ma. marcel w łożeczku płacze,
cały spocony. Nawrzeszczałam na nią gdy przyszła z kawusią zamiast siedzieć
przy moim dziecku. Dodam że była 6,30 czyli pół godz do końca dyzuru.
Szanowna pani pielęgniarka odp:
- to ja juz nie mogę sobie kawy pójść zrobić? Poza tym ja tu pracuję 15 lat i
nie jestem jakąś gówniarą na którą można krzyczeć.
Miałam to gdzieś i byłam tak wściekła, ze kontynuowałam.
Zabrałam małego na salę. Dochodził szybko do siebie - w 2 dobie po operacji
normalnie sobie chodził i bawił się.
Obchody w tym szpitalu po operacji, troche lepiej zorganizowane niż przed
operacją, zawierały element zajrzenia w kartę gorączkową. To wszystko. NIKT
nie zapytał się jak dziecko się czuje, jak to znosi, kiedy był opatrunek
zmieniany, któty natabene został zmieniony po mojej interwencji dopiero w 4
dobie (sic!!!). Nie bylismy rzecz jasna jakims specjalnym wyjątkiem niegodnym
uwagi. to był standart.
Dzień wypisu - marcel idzie na usunięcie szwów. Po chwili w zamieszanie na
korytarzu, dr Przylipiak woła dr Surowca. Diagnoza brzmi - mały ma dziurę w
buzi, szew puścił i jest duże ryzyko, ze przeszczep się nie przyjmie.
Oczywiści nikt nie wiedział kiedy to się stało - czy dzień wcześńiej, czy
tydzień temu. W rezultacie Marcel znów był naczczo o 15 zabrany na salę
operacyjną. Pani anstezjolog zaproponowała, ze uśpi go na moich rękach przed
salą. (Jak o tym pisze to napływają mi łzy do oczy- bo to był istny koszmar!!)
Nie zadziałam lek i maly nie chcial usnąć. Wkłucie robione przed chwilą
okazało się być do niczego. Marcel zastał zabrany na salę, uśpiony wziewnie,
nakłuty, i dopiero ana mu zotała narkoza. Po godzinie leżał na sali
pooperacyjnej z pzyszytą jeszcze raz kością w każdym miejscu, gdyz okazało
sie, że wszystkie szwy puściły. Rano dostał pić, jeść i wymogliśmy na
lekarzach wyjście do domu. Cvieliśmy już opuścić to koszmarne miejsce i
jechać do domu. Poprostu uparliśmy sie i była to słuszna decyzja.
Wczoraj byliśmy na wizycie - narazie ok, ale mamy przyjechać jeszcze za
miesiąc.
To na tyle choć niemiłych wspomnień jest duuuuuzo więcej. Poźniej o nich
napiszę.
Pozdrawiam smutno...