Cześć.
Trochę się martwię. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem i czy nie będą mnie ścigały
konsekwencje.
Sytuacja przedstawia się następująco: Moja K. (tak mam pisać?
niespodziewanie musiała zostać w pracy po godzinach i nie mogła jak zwykle
odebrać synka ze szkoły, po moim usilnym naleganiu ustaliliśmy, że to ja
pójdę po młodego (ogromny akt zaufania z jej strony). Kiedy po dzwonku z
klasy wysypało się całe stado dzieciaków, wyłowiłem mojego małego, a on
rozpromienił się mniej więcej od stóp po głowę, krzyknął radośnie i rzucił mi
się na szyję, no, może nie na szyję, bo by nie doskoczył, ale w każdym razie
wykazał wielki entuzjazm, którym mnie mocno zadziwił. Wziąłem od niego plecak
i chciałem wychodzić, ale zatrzymał mnie i powiedział, że jeszcze musi kurtkę
zapiąć i buty zawiązać, koniec końców wyszliśmy ze szkoły ostatni.
Spacerowaliśmy sobie po parku, kiedy mały stwierdził, że bardzo się cieszy,
że po niego przyszedłem, bo może przestaną mu w szkole dokuczać. Zacząłem
dopytywać i okazało się, że odkąd powiedział jednemu z chłopców, że nie ma
taty, to dzieciaki się z niego śmieją. Normalnie mnie zmroziło, jak to
usłyszałem - kto te dzieci wychował? Jednocześnie zrozumiałem, że pod salą
tak mnie przetrzymał po to, żeby wszyscy mogli go ze mną zobaczyć. No i mały
w końcu zapytał, czy kiedy w poniedziałek będą chcieli wiedzieć, kim jestem,
będzie mógł powiedzieć, że jego tatą. Ja oczywiście się zgodziłem, ale teraz
się zastanawiam, czy to na pewno była dobra decyzja. Jak to dotrze do
wychowawczyni albo rodziców i w końcu wyjdzie, jak jest naprawdę, to
najpewniej będą mu jeszcze bardziej dokuczać, że kłamał. Nie wiem też, co by
na to powiedziała moja ukochana... Nie mam pojęcia, czy mówić jej, że coś
takiego miało miejsce, czy w ogóle o tym nie wspominać. Jednak, jakby miała
coś przeciwko, to moglibyśmy to jeszcze odkręcić - teraz jest weekend i
jeszcze trochę czasu nim mały pójdzie do szkoły. Słowem - jestem w kropce.
Gdybyście mogły mi coś poradzić, byłbym bardzo wdzięczny.
Pozdrawiam serdecznie. Jacek