kaisog
30.06.04, 12:28
Witam wszystkie macoszki! Czytam forum od kilku miesięcy, ale jakoś ciągle
brakowało mi odwagi aby pisać o swoich problemach, ale jak nie tu to gdzie?
Wstyd mi, bo tak naprawdę jedynym problemem w naszym „rodzinnym układzie”
jestem ja, a w porównaniu do niektórych problemów, o których piszecie, moja
sytuacja może wydawać się idealna.
O dziecku mojego M wiedziałam od samego początku naszej znajomości i wtedy
cieszyłam się, że M jest człowiekiem, który nie unika odpowiedzialności za
swoją przeszłość. Wiedziałam, że syn jest dla niego bardzo ważny, że chce
spędzać z nim czas, być obecnym w jego życiu, cieszyłam się że nie jest typem
człowieka uciekającego przed problemami.
Problem zaczął się chyba kiedy zamieszkaliśmy razem, a nasilił się po
wspólnych wakacjach.
Po prostu, najzwyczajniej w świecie zaczęłam być zazdrosna. W poprzednich
związkach zawsze byłam jedyna, zawsze na pierwszym miejscu, a teraz tym
najważniejszym mężczyzną muszę się dzielić. Czułam się strasznie ograniczona,
wydawało mi się, że to niesprawiedliwe że tak wiele mi się odbiera... nasze
pierwsze wspólne wakacje, a my nie mamy chwili sam na sam, nie ma spacerów po
plaży, kolacji we dwoje i figli w hotelowym pokoju. Pomimo, że w środku
czułam się jak rozkapryszone dziecko, zaciskałam zęby, tłumaczyłam sobie że
to ja jestem dorosła, a małemu brakuje ojca na co dzień. Ale tak to już jest,
że złe emocje choćby głęboko chowane, kiedyś muszą znaleźć ujście.
No i znalazły. Zaczęłam się izolować, nie chciałam spędzać z nimi czasu,
kiedy młody przyjeżdżał zamykałam się w drugim pokoju. Po prostu nie mogłam
na nich patrzeć. Byłam coraz bardziej rozżalona i sama się w tym żalu
utwierdzałam. A parę miesięcy temu, kiedy byłam chora, a mój M. nie potrafił
zrezygnować z weekendu z synem, zrobiłam karczemną awanturę. Wypłakałam i
wykrzyczałam wszystkie moje żale.
Że nie potrafię zaakceptować tego, że dziecko obcej kobiety mówi do mojego
męża tato, że nasze pierwsze dziecko nie będzie jego pierwszym, że musimy z
nim dzielić nasz wolny czas, że nigdy nie będziemy normalną rodziną. A potem
była dłuuuga rozmowa i oboje obiecaliśmy sobie, że będziemy bardziej zwracać
uwagę na swoje wzajemne odczucia w tej kwestii. On czasu nie cofnie, ale
postara się czasem odpuścić, zawsze pytać mnie o zdanie i zrozumieć że to co
jemu wydaje się oczywiste, dla mnie nie zawsze takie jest. Ja obiecałam, że
nie będę się izolować, że postaram się go zrozumieć i wykażę dobra wolę.
I tu dochodzę do sedna sprawy. Bo pomimo, że obiecałam z przekonaniem i
czystymi intencjami, to nie potrafię. Nagromadziło się we mnie tyle złości,
tyle złych uczuć, że nie umiem sobie z nimi poradzić, nie potrafię już być
miła, nie chce spędzać z nimi czasu, nie potrafię powstrzymać się od
kąśliwych uwag w stosunku do M. Oczywiście nigdy nie pozwoliłam sobie na
jakieś złośliwości i uwagi w stosunku do dziecka, ale wiem że młody pewnie
wyczuwa moją obojętność. Kiedy wyjeżdża jest mi wstyd, że nie umiałam znowu
wyciągnąć ręki, ale wiem że następnym razem będzie tak samo. Nie wiem jak ze
sobą walczyć, jak się przełamać? Nie chcę psuć tego co jest między nami,
kocham mojego męża i chcę żeby był szczęśliwy. Myślimy o wspólnym dziecku,
ale boję się że wtedy jeszcze bardziej będę odsuwała syna M z naszego życia.
Zastanawialiśmy się nad pomocą psychologa, ale nie bardzo wiem gdzie go
szukać, są jakieś poradnie rodzinne? Czy któraś z was korzystała kiedyś z
takiej pomocy? Dziewczyny poradźcie jak walczyc ze swoim egoizmem, jak być
dobrą macochą?!