Dodaj do ulubionych

Ile facet potrzebuje czasu na decyzje?

30.03.05, 22:27
Witam,
Sama nie jestem macochą ani drugą żoną, ale mam problem i może pomogłybyście
mi go rozwiązać.. Chodzi o moją siostrę. Bardzo się martwię gdyż od około 3
lat jest z jegomościem żonatym i dzieciatym. Wg mnie gość nie traktuje jej
poważnie, Nie rozwodzi się, nie dąży do uregulowania sytuacji, siostra
zajmuje trzecie lub czwarte miejsce po jego dzieciach i byłej żonie, ich
małżeństwo rozpadło się przed poznaniem mojej siostry, ala tamta ciągle jest
obecna w życiu mojej siostry. Powiedzcie mi jaka jest szansa że wszystko się
ułoży?? Ile czasu czekałyscie na decyzję waszych facetów??Albo co można jej
powiedziec żeby się opamiętała
Obserwuj wątek
    • edzieckokarenina Re: Ile facet potrzebuje czasu na decyzje? 30.03.05, 23:28
      facet jest żonaty a jednocześnie ma "byłą" żonę -z tekstu wynika że mówisz o
      tej samej osobie..ciekawewink
      Każda kobieta chyba miała okazję w dalszej lub bliższej przeszłości trafić na
      faceta, który żalił się jakie ma nieudane życie, jak to go żona nie rozumie
      itpwink
      nie wszystkie się na to nabierają, Twoja siostra zalicza się do innej grupy.Cóż
      jej możesz poradzić?..niech weźmie wreszcie sprawy w swoje ręce i czeka na jego
      decyzjęwink)))))))))))))
      pozdrawiam
    • natasza39 Re: Ile facet potrzebuje czasu na decyzje? 31.03.05, 00:30
      Myslę, że 3 lata to az ZA DUZO!!!!
      Co prawda nie napisałaś dokładnie czy on jest zonaty, czy roziwedziony, ale i
      tak uwazam ze 3 lata w "zawieszeniu" to za duzo.
      No przynajmniej dla mnie to stanowczo za duzo!!!
      • dyrgosia Re: Ile facet potrzebuje czasu na decyzje? 31.03.05, 08:55
        Moja nexia czekała 8 lat, a i tak ją zostawił.....
    • lilith76 Re: Ile facet potrzebuje czasu na decyzje? 31.03.05, 11:11
      sprecyzuj czy żona jest aktualna, czy była, bo wyszło trochę mętnie.
      zależy jakim typem kobiety jest siostra, czy potrafi postawić wszystko na jedną
      kartę ryzykując, że zostanie sama, czy woli żyć iluzją ryzykując, że i ona, i
      żona zostaną zostawione dla jakiejś innej. być może ta sytuacja jest jaoś dla
      niej wygodna - nie wiadomo.
      zawsze będzie na kolejnym miejscu po dzieciach, gdyby było inaczej facet byłby
      skandalicznym ojcem.
      • agusia12344 Re: Ile facet potrzebuje czasu na decyzje? 31.03.05, 11:17
        No widzicie jesteście drugimi partnerkami i same widzicie absurdalność tej
        sytuacji. Wczoraj mój list był niejasny więc przedstawię sytuację od początku.
        Moja siostra wyjechała na studia i nie wiem czy czuła się samotne czy jakoś nie
        ma szczęścia ale z prawdziwym talentem wybiera sobie nieodpowiednich facetów.
        Ten był akurat o tyle lepszy ze wyciągnął ją z innego toksycznego związku,
        pozwolił zamieszkać u siebie. Jest w separacji z żoną od jakiś 5 lat, ale
        formalnie nic nie jest zrobione, mieszkają oddzielnie, on płaci chyba alimenty,
        albo coś bo jakoś nie słyszałam o problemach z tym związanych, często widuje
        się z dziećmi. Obiecał że się rozwiedzie, ale od roku nie może donieść pozwu
        (napisanego już) do sądu, rozlicza się z żona, sama wypisywałam jego pity.
        Wrzód pękł w czasie świąt kiedy po raz pierwszy siostra przyjechała do rodziców
        z gościem i jego dzieciakami. Dzieciaki były nieznośne, rozkapryszone no i w
        sumie zle wychowane, naprawdę, . ojciec nie panował nad nimi , wydzierał się na
        siostrę.
        Ojciec się wkurzył zażądał innego traktowania jej, gość powiedział ze dzieci
        się ma jedne a żone można zmienić i jak jej się nie podoba to droga wolna nic
        jej nie trzyma i ... wyjechał zostawiając ją u rodziców. Wiecie co siostra
        utrzymuje że on jest tak zachował się tylko dlatego że nie znosi presji i
        sytuacji stresowych, że tylko jego kocha i nie widzi sensu zycia byz niego. I
        że mu jeszcze zostawi czas na zmianę. No dobra ale ile tego czasu?
        • chalsia Re: Ile facet potrzebuje czasu na decyzje? 31.03.05, 11:57
          >Wiecie co siostra
          > utrzymuje że on jest tak zachował się tylko dlatego że nie znosi presji i
          > sytuacji stresowych,

          Buahahaha,
          Zapewne dokładnie tak właśnie jest, jak mówi siostra.
          Tylko co to za partner na życie, który w ten sposób będzie reagował na każdą
          syutację nie "po jego myśli", kazdy kryzys w związku czy problemy życiowe. Za
          kazdym razem będzie ją tak zostawiał jak w czasie wizyty u rodziców.
          Albo się kobieta ocknie, albo będzie przechodziła takie katusze bardzo często -
          zresztą na własne życzenie.
          Chalsia
        • natasza39 Re: Ile facet potrzebuje czasu na decyzje? 31.03.05, 11:58
          agusia12344 napisała

          >gość powiedział ze dzieci
          > się ma jedne a żone można zmienić i jak jej się nie podoba to droga wolna nic
          > jej nie trzyma i ... wyjechał zostawiając ją u rodziców.

          No cóz...facet niby prawde powiedział. Zony, czy mężów mozna zmienić, a dzieci
          jak sa to już na zawsze.
          Tym niemniej jak twojej siostrze to nie przeszkadza i bedzie go zawsze
          usprawiedliwiać, patrzac na faceta oczami "women in love", to "święty boże nie
          pomoże".
          Obawiam sie, że niewiele mozecie tu zrobić.
          Nie podałaś przyczy dla których facet się nadal nie rozwodzi. Być może
          przyczyny sa natury ekonomicznej, nie wiem. Ludzi czasem oprócz dzieci łaczą
          firmy wspólne, długi, kredyty itp i to czasem sprawia, że tkwia w związkach.
          Tym niemniej wszystko ma swoje granice.
          ale ta granice musi spostrzec siostra. Wy jako rodzina możecie pomóc tylko tym,
          że będziecie dla niej zawsze. Tak aby wiedziała, że zawsze może, obojętnie jaka
          podejmie decyzję, na was liczyć.
          Jesli sie od niej teraz odwrócicie stawiajac sprawe na ostrzu noża: "Albo on,
          albo my", może się okazac, że ona wybierze jego, a potem z przyczyn
          ambicjonalnych, nawet jak juz sama bedzie miała dość, nie przyzna sie do tego i
          nadal bedzie tkwić w takim zwiazku.
        • ashan Re: Ile facet potrzebuje czasu na decyzje? 31.03.05, 12:42
          agusia12344 napisała:

          o siostrze:
          "(...)z prawdziwym talentem wybiera sobie nieodpowiednich facetów. (...)
          Ten był akurat o tyle lepszy ze wyciągnął ją z innego toksycznego związku,
          pozwolił zamieszkać u siebie (...)

          "Wiecie co siostra utrzymuje że on jest tak zachował się tylko dlatego że nie
          znosi presji i sytuacji stresowych, że tylko jego kocha i nie widzi sensu zycia
          byz niego (...)"

          coż, chyba faktycznie ma talent do pakowania się w toksyczne związki. Ten jest
          taki sam. Usprawiedliwia fatalne zachowanie faceta, to już nie są klapki na
          oczach, to ślepota. Może namów ją na jakąś terapię, wizytę u psychologa?

          o jej partnerze:

          "Jest w separacji z żoną od jakiś 5 lat, ale formalnie nic nie jest zrobione,
          mieszkają oddzielnie, on płaci chyba alimenty (...)

          (...)często widuje się z dziećmi.

          (...)Obiecał że się rozwiedzie, ale od roku nie może donieść pozwu (napisanego
          już) do sądu, rozlicza się z żona, sama wypisywałam jego pity.

          powiedział, ze " dzieci się ma jedne a żone można zmienić i jak jej się nie
          podoba to droga wolna nic jej nie trzyma i ... wyjechał zostawiając ją u
          rodziców"

          Pytanie podstawowe: po co on ma się rozwodzić?! W tej sytuacji ma same plusy:
          wszystkie sprawy omawia/załatwia ze swoją żoną bez pośrednictwa sądu, bez
          dzielenia majątku. Twoja siostra nie ma najmniejszego prawa w cokolwiek się
          wtrącić. W każdej chwili może zostać na lodzie z mieszkaniem (vide tekst
          wyżej). On rozlicza się z żoną (małe pytanko do Ciebie: dlaczego rozliczasz ich
          wspólne pity?!). Ma sporą pomoc w prowadzeniu domu, zaspokojone popędy wink.
          Nieźle się facet ustawił wink

          Przykro mi, ale wydaje mi się, że facetowi jest tak wygodnie i nie zmieni tego,
          bo i po co?
          a.
          • ania_rosa Re: Ile facet potrzebuje czasu na decyzje? 31.03.05, 13:31
            Hmm...Dla mnie tekst "dzieci się ma jedne, a żonę zawsze można zmienić" jest
            dyskwalifikujący.
            IMHO nie rozchodzi się tu o słuszność, a o to, czy pewne rzeczy można
            werbalizować, czy nie można. Bo owszem, zgadzam się z tym, że ojciec, który
            własne dzieci ma w poważaniu i lata za kolejnymi spódnicami jest żałosnym
            samczykiem, a nie ojcem. I zgadzam się, że dzieci powinny być WEWNĘTRZNIE na
            miejscu pierwszym. Ale uważam tez, że facet (matka), która bez żenady wali
            publicznie tekstem, który jednoznacznie upokarza partnera w oczach innych
            ludzi - jest załosnym człowiekiem.
            Jestem samodzielną matką ( w sensie: rozwiedzioną). Mój Niemąz doskonale wie,
            jakie miejsce w moim życiu zajmuje mój syn. I o tym, że mój syn jest absolutnym
            priorytetem. Nie ośmieliłabym jednak "ustawić" Niemęza- czy to prywatnie czy na
            forum publicum- takim zdaniem "dziecko mam tylko jedno, a męza to mogę sobie
            jeszcze parę razy zmienić".
            Kwestia kultury? Chyba nie- raczej kwestia miłości do drugiego człowieka.
            Pewnych rzeczy się nie robi i nie mówi.
            I jeszcze wyskoczyć ze słowami "jak jej się nie podoba to droga wolna" wobec
            cudzych rodziców.... Może ja starej daty jestem, ale mi się to w pale nie
            mieści.
            W ogóle wchodzenie w nowe związki przez osoby dzieciate wymaga godzenia wielu
            sprzecznych racji. Bo są dzieci, które kochamy i którym nieba chcemy przychylić-
            ale jest tez drugi człowiek, który nie może płacić własnym upokorzeniem za
            naszą miłość do dzieci. Ja sama rozstrzygam to w ten sposób, że o ile są
            obszary zastrzeżone dla ojca mojego syna ( i tu dbam o kompetencje i autonomię
            ojca), o tyle są tez obszary zastrzeżone dla Niemęza jako ojczyma. Niemąz ma
            prawo zwrócić mojemu synowi uwagę, zaingerować, pochwalić i wdrażać metody
            wychowawcze, które ustaliliśmy. Robi się z tego taki trochę triumwiratwink, ale
            przynajmniej wiem, że nie podważam ani autorytetu Eks męża jako ojca, ani
            autorytetu Niemęza jako ojczyma. I jakoś ciągniemy ten wózekwink Generalnie
            wymaga to wyczucia u każdej ze stron, częstego gryzienia się w jęzor i sporej
            dawki pokory w zakresie chodzenia na kompromisy.
            Na mój gust Twoja siostra wdepnęła w bagno.
            Macochą to Ona nie jest. Dla mnie określenie "macocha" oznacza osobę, która
            posiada pewne prawa. Po pierwsze jest partnerką ojca i należy się jej szacunek
            od dzieci i rodziny. Jest to kwestia szczególnie delikatna, bo dzieci
            blyskawicznie wyłapują, czy mogą sobie pozwolić na lekceważenie i bezkarność.
            Po drugie: powinna mieć możność egzekwowania pewnych obowiązków nawet jeśli
            dziecko jest tylko "weekendowym pasierbem". Po trzecie: powinna wiedzieć, że
            dzieci są na pierwszym miejscu, ale NIGDY nie powinna tego usłyszeć. A już na
            pewno nie od swojego partnera/ męza.
            Co to za facet, który jawnie ustawia żonę na szarym końcu kolejki swoich
            najbliższych?
            I jeszcze ta śmierdząca sprawa z separacją/rozwodem...
            Kiedy poznałam Niemęza był w podobnej sytuacji- od trzech lat mieszkał osobno,
            nie miał rozwodu. Wystarczył mu miesiąc znajomości ze mną aby dopełnić
            formalności. Kwestia chęci i motywacji.
            Niestety siostra musi sama sobie zjeść zęby na tych wnioskach. I raczej jej tu
            nie pomożesz.
            Byc może faktycznie ma potrzebę ładowania się w toksyczne relacje- co najwyżej
            można jej zasugerować wizytę u psychologa i modlić się, aby 'zaskoczyła".
            pzdr
            Rosa
            • agusia12344 Re: Ile facet potrzebuje czasu na decyzje? 31.03.05, 14:16
              Boże, no właśnie … Jak jej dać do zrozumienia że ten zwiazek jest chory. Jestem
              duzo starsza od siostry (8lat) i zawsze jej troche matkowałam. Dla mnie
              najgorsze w tym wszystkim jest lekceważenie i brak stabilizacji, ja pracuję w
              księgowości (dlatego wypeniałam im pity) i lubię liczyć. Widzę jasno że cała
              jej pensja idzie w mieszkanie, remonty ale jego mieszkania a nie ich. Ze ona
              wchodzi w lata, a on jasno wiele razy mówił, ze nie chce dzieci, nie chce
              płacić nowych alimentów jakby co, nie chce nowych odpowiedzialnoci i nowych
              zobowiązań. Chyba ją jakoś dziwacznie kocha, pomógł jej bardzo przy wychodzeniu
              z tamtego zwiazku, no ale ile lat można zyć z kimś z wdziedzności??? Dlaczego
              się nie rozwodzi to ja tak naprawde nie wiem. Nie ma żadnych (z tego co wiem)
              przeszkód, zapłacił nawet prawnikowi za napisanie pozwu w zeszłym roku, ale
              jakoś niemoze go wysłać. Piszecie o terapii, no ale na terapie to trzeba
              jeszcze pójść, a skoro ona nie widzi problemu to co zrobić??. Innym problemem
              są też dzieci , moja siostra ich autentycznie nie lubi i chyba ze wzajemnością.
              Jakby nawet coś wyszło z tego zwiazku to nie wiem jak ona by współżyłą z
              dzieciakami.
            • natasza39 do watku ani_rosa 31.03.05, 14:17
              Tak, ten tekst o dzieciach, choć prawdziwy, jest dyskwalifikujacy dla partnera.
              Ja tez nie powiedziałabym tego mojemu M, a napewno nie przy ludziach, tym
              bardziej przy jego rodzinie.
              Jednak to chyba kwestia kultury osobistej, wychowania, tzw. taktu.
              Wyartykułowanie tego publicznie, jak dla mnie, dyskalifikuje faceta jako
              człowieka. To było po prostu chamskie.
              I jeżeli "women in love" usprawiedliwia takie słowa, bardziej chyba
              usprawiedliwia to, że jeszcze jest z nim.
              Co do reszty tak samo....
              sama musi przewidzieć, niestety.
              Ja dziś dopiero jestem w stanie dostrzec wady mojego męża. Z perspektywy lat,
              na zimno. Jak sie jest zakochanym, to sie tego nie widzi po prostu.
              • ania_rosa Re: do watku ani_rosa 31.03.05, 15:09
                Tak czy inaczej my możemy sobie tylko stawiać luźne hipotezy- autorką wątku nie
                jest sama zainteresowana, a jej siostra. Nie wiadomo więc, jaki ma ona pogląd
                na sprawę. MOże z jej punktu widzenia wszytsko wygląda inaczej?
                Po pierwsze myslę, że kiedy ktoś obija sie nieustannie w toksycznych związkach
                to- primo- będzie ten schemat powielać (do przerwania uzależnienia jest
                potrzebny okres samotności i terapia lub przynajmniej gruntowne przemyślenie
                własnych błędów i uwarunkowań), a secundo- każdego nowego (innego) partnera
                będzie się traktowac jak przysłowiowego Pana Boga, którego się za piętę
                złapało. I nawet jeśli nowy partner z gruntu nie jest zły, to toksyczny schemat
                i tak zadziała, bo wprowadzi go osoba uzalezniona. Na przykład ktoś, kto nie
                nauczył się stawiania granic nie postawi ich i w nowym związku, a od tego już
                tylko krok do nadużyć przez drugą osobę.
                Po drugie myslę, że wielu ludzi ma taką tendencję do odkładania
                problematycznych zagadnień "na potem". Jak wiadomo- w Polsce w pewnym okresie
                świetnie sprawdzała się maksyma "nierządem Polska stoi". I faktycznie tak jest:
                ogólny bałagan, brak jasności i gromadzenie się problemów prowadzi do stanu
                marazmu, który pozwala związkowi toczyć się dalej silą bezwładu. Taki stan
                przerywa np. terapia (bo stawia konkretne pytania i nie można już udawac, że
                nic się nie dzieje), ale niewiele osób decyduje się niestety na terapię. Innymi
                czynnikami, które ten stan zaburzają moga być np. ciąza, problemy z pasierbami
                (np. matka umiera, ma wypadek, cokolwiek- i trzeba się zając dziećmi), każde
                wydarzenie losowe. Myślę więc, że Twoja siostra przyjęła strategię "nie dzieje
                się nic", która to strategia kiedyś w końcu zawiedzie. Oczywiście zawiedzie w
                momencie, w którym nałoży się na ich związek powazny problem. Na przykład
                siostra zajdzie w ciążę- czego jej osobiście nie życzę zważywszy na kształt jej
                związku. I wtedy dopiero zaczną się schody.
                Mam jednak wrażenie, że ani złe relacje z dziećmi, ani lekceważenie jej przez
                partnera nie są w stanie póki co zachwiać jej decyzją o byciu w tym związku. Po
                prostu zaakceptowała ten stan rzeczy i nie wykracza w dalszą przyszłość, bo
                tego typu myśli mogłby zachwiać względną równowagą, jaką osiągnęła.
                Co robić? Zasadniczo nic. Może tylko zadawać jej niewygodne, acz konieczne
                pytania: co będzie za dwa lata, pięc lat, dziesięc lat? Co z jej własnymi
                dziecmi, statusem osobistym i materialnym? Takie pytania pozostają w człowieku,
                nawet jeżeli z założenia je neguje. Poza tym jak wyobraża sobie bycie z
                mężczyzną, którego dzieci nie akceptuje? Co zrobi, jesli się okaże, że
                konieczne stanie się przejęcie opieki nad tymi dziecmi ( a zycie pisze rózne
                scenariusze)?
                Ja myślę, że podstawowym problemem jest jednak niedojrzałość siostry. Weszła w
                jakąś sytuację z zalożenia nie przyjmując do wiadomości jej genezy: przeszłości
                faceta, jego dzieci, jego podejścia do zycia. Nie przyjęła tez do wiadomości
                tego, że nad taką sytuacją trzeba pracować: zarówno od strony poszanowania
                samej siebie (stawianie granic i warunków), jak i od strony układania relacji z
                pasierbami. Teraz ma do wyboru albo zdać sobie z tego sprawę, albo dalej tego
                nie zauważać. Oczywiście druga opcja jest wygodniejsza i podejrzewam, że
                własnie tę opcję wybrała.
                Terapia nie ma sensu o tyle, że sprawdza się tylko wówczas, gdy sam
                zainteresowany się jej domaga i chce pracować.
                Jednakowoż sądze, że dalsze "matkowanie" przyczyni się tylko do trwałości tej
                sytuacji. Jeśli mogę coś doradzać: niech siostra sama poczuje odpowiedzialnośc
                za własne życie, bo bez zyciowych kopów się tu raczej nie obejdzie.

                Rosa




                • agusia12344 Re: do watku ani_rosa 31.03.05, 15:26
                  Te rady są moze i słuszne, ale jakoś nie mogłabym się pogodzić z nic nie
                  robieniem ani nie radzeniem czy nie matkowaniem, mimo ze nic to w sumie nie
                  daje.
    • ludwinia (******) 31.03.05, 16:55
      Lilith76 napisala:
      „zawsze będzie na kolejnym miejscu po dzieciach, gdyby było inaczej facet byłby
      skandalicznym ojcem“
      jak rowniez inne z Was.

      Troche tego nie rozumie. Rozumie natomiast to ze wlasne dziecko (dzieci)
      zajmuja inne (ale rownorzedne) miejsce w zyciu doroslego czlowieka niz partner
      (maz/zona) ale nie „WEWNETRZNIE na miejscu pierwszym“ lub drugim (itd)!?
      Moze jestem zbyt naiwna i malo od zycia doswiadczylam (lepiej niech tak
      zostania); od paru tygodni nosze w sobie dzidziusia (gratulacje dla wiola101 i
      lubstej; u mnie koniec pazdziernika), w sobote jest moj slub ale nie potrafie
      wartosciowac dziecka wyzej od M. lub na odwrot. Moze byloby inaczej gdyby ojcem
      dziecka byl ex a ja bylabym z nastepnym mezczyzna to wtedy
      doswiadczona „zyciem“ moze postawilabym na moje dziecko bo mezczyzne mozna
      zmienic?! Nadal nie miesci mi sie w glowie to wartosciowanie (nawet jak na
      glos sie tego nie mowi).
      Czy mozecie mi rozjasnic czym sie kierujecie tak piszac?!
      • ania_rosa Re: (******) 31.03.05, 18:13
        Nie wiem, czym się kierowała Lilith i inne dziewczyny, ale mogę naświetlić
        swoje stanowisko. I tu jeszcze się zapytam czy Ty, Ludwiniu, masz dzieci?
        Przepraszam, ale nie kojarzę Twojej sytuacji, a z wyszukiwarek b. rzadko
        korzystam.
        Jesli o mnie chodzi to kryterium pierwszeństwa sprawdza się dość prosto.
        Mianowicie gdybym kiedykolwiek miała podjąc decyzję poświęcenia dla kogoś
        własnego życia (ok, zgadzam się, że to nampompowany problem) to byłoby tym kimś
        moje własne dziecko.
        Wiele osób w zyciu kochałam- jedni sobie poszli, inni zostali. Ale dopiero
        zostając matką doświadczyłam miłości, o której istnieniu nie miałam nigdy
        pojęcia. Moje dziecko jest moim osobistym cudem. Cudem, któremu dane jest mi
        się przyglądać codziennie. Nie sądziłam nigdy, że można kochac tak bardzo- bez
        zadawania pytan, miłością wręcz organiczną. Tego się nie da porównać do miłości
        do mężczyzny.
        Wiadomo, że na co dzień nie wartościujemy tej kwestii i to jest w porządku.
        Nikt sobie nie zadaje takich pytań między gotowaniem obiadu, a czytaniem
        ksiązki. Tym niemniej dla mnie macierzyństwo jest czymś ponad: ludzie
        przychodzą i odchodzą, a ja nadal jestem matką. I zdaję sobie z tego sprawę.
        Nie poświęciłabym życia dla mojej matki, ojca, męza, brata. Dla dziecka- tak.
        Ono jest moim przedłużeniem, moją krwią, dowodem na to, że moje życie jest po
        coś. Kiedyś myślałam, że rodzimy się po to, aby czegoś dokonać. Teraz coraz
        częściej się zastanawiam, czy nie rodzimy się własnie dla naszych dzieci?
        Dzieci uczą pokory, ustawiają priorytety, każą się stawać lepszymi ludźmi.
        Pozbawiają egoizmu.
        Dzieci- do pewnego momentu- są całkowicie zdane na nas. Dorosły mężczyzna jest
        sam sobie sterem i okrętem. Dziecku wybacza się zawsze, daje się mu dożywotni
        kredyt miłości i zaufania. Powtórzę się: tej miłości nie da się do niczego
        przyrównać. Między innymi z tego powodu mam ciągły niedosyt macierzyństwa i
        kolejne dzieci w planach.
        Czy ujmą jest świadomośc tej drugorzędności? Hmmm. Jesli mam odpowiedzieć
        szczerze, to bardzo boleśnie przezywałam wiedze, że dla mojego Ex męza (wtedy
        jeszcze męża) byłam "tą drugą", bo dziecko było pierwsze. Ale u mnie było tak
        samo. I własnie na tej świadomości zbudowaliśmy z eksem poprawne i przyjazne
        stosunki. Bo oboje jesteśmy rodzicami czlowieka, którego kochamy ponad
        wszystko. Tak więc ostatecznie ten punkt widzenia się obronił.
        Co do Niemęza- naturalnie, że go kocham. Mam jednak wrażenie (może zweryfikują
        to wrażenie macochy będące wcześniej rozwódkami z dziećmi), że każda
        kobieta "po przejściach" automatycznie sobie ustawia kolejność priorytetów. My
        już wiemy, że obstawianie nawet pewnego konia może skończyć się różnie. A jeśli
        skończy się fiaskiem to znów zaczniemy wszystko od nowa: my i nasze dzieci.
        Mnie rozwód nauczył także tego, że niewiele jest w zyciu rzeczy
        niepodważalnych. Moje dziecko jednakże się do tego zbioru nie zalicza, a moja
        miłość do niego jest właśnie niepodważalna.

        To w niczym nie przeszkadza miłości do drugiego człowieka, np. męza. Te dwie
        miłości istnieją sobie równolegle, a miłość małżeńska potrzebna jest także
        dzieciom, aby czuły stabilną podstawę we własnym życiu. Nie należy naruszac
        tych proporcji. Znam pary, które własny związek stawiają ponad dziećmi: dbają o
        wspólne wyjścia, zainteresowania, dopieszczają siebie wzajemnie. I myślę, że to
        mądra taktyka. Wiem jednak, że gdyby taki związek kiedyś się rozpadł- przetrwa
        rodzicielstwo, a nie miłośc dwojga dorosłych ludzi. Bo to pierwsze jest
        biologią, a drugie- zaledwie i aż: decyzją. Każdą decyzję można zanegować,
        własnego dziecka się nie da.

        Przepraszam, że tak koślawie, ale własnie robię obiadwink
        Rosa
        • ludwinia Re: (******) 31.03.05, 18:49
          Moj M. ma syna z ex. Teraz z M. “jestesmy” w ciazy.
          Jestem najszczesliwsza na swiecie ale nie czuje jeszcze tej “milosci
          matczynej” smile moze dopiero jak dziecko przyjdzie na swiat (urodzi sie, na
          swiecie juz jest).
          Nie jest dla mnie (prznajmniej teraz) ta kwestia zrozumiala. Dlatego poprosilam
          o wyjasnienie.
          Wydaje mi sie jednak takie wartosciowanie za niesprawiedliwe wobec partnera,
          ktorego samemu sie wybiera i za ktorego sie jest odpowiedzialnym (czyt. jego
          czas i zycie ktore "poswieca" tobie)?!
          • cymbeline Re: (******) 31.03.05, 22:01
            Zgadzam się całkowicie ze zdaniem Ludwini.
            Mój mąż pewnego dnia stwierdził,że bardzo się cieszy z tego,ze moje stosunki z
            jego synem są super,bo nie umiałby wybierać między mną a synem ponieważ obydwoje
            zajmujemy w jego życiu najważniejsze i równorzędne miejsce.
            Nie ukrywam,że to zdanie było,jest i będzie dla mnie najważniejsze,był to chyba
            najmilszy,najlepszy komplement jaki mogłam usłyszeć.
            Nie mam jeszcze własnych dzieci i moze nie wiem o czym piszę,ale uważam,ze
            gdybym ja była w sytuacji mojego męza to też moje dziecko byłoby równie ważne
            jak mój partner i oczywiście vice-versa,pod warunkiem,ze faktycznie kochałabym
            szczerze mojego patnera i czułabym równie wielką miłość i akceptację z jego strony.
            Kochając mojego męża nie wyobrażam sobie mieć inne uczucie względem jego
            dziecka. Skoro kocham mojego męza to z całym dobrodziejstwem inwentarza a więc
            akceputuję i lubię czy też kocham jego dziecko.Tak samo myśli mój mąż i mam
            nadzieję,że w odwrotnej sytuacji tak samo by się w niej odnalazł jak ja.
            Pozdrawiam serdeczniesmile
            • ania_rosa Re: (******) 31.03.05, 23:15
              Cóż, ja zasadniczo w dyskusjach nie znoszę argumentu typu "sama nie przeżyłaś,
              to nie masz pojęcia o czym piszę", bo to uśmierca polemikę. Jednak do tej pory
              na pytanie Ludwini odpowiedziały (poza mnąwink dwie bezdzietne osoby (Ludwinia i
              Cymbeline). I ich punkt widzenia jest zbieznywink
              To ja może z anegdotąwink
              Kiedy byłam w ciązy nie mogłam się pogodzić z opiniami doświadczonych matek, że
              dziecko ogranicza. O nie! Moje macierzyństwo będzie inne- ja się ograniczyć nie
              dam. Wpadłam na przykład na wspaniały pomysł złożenia podania o stypendium do
              Delhi i jak najbardziej wyobrażałam sobie roczny pobyt w Indiach z
              niemowlęciem. Snułam także plany trekkingów z oseskiem w nosidełkuwink
              Te, które posiadają dzieci moga ocenić stopień infantylności powyższych
              projektów.
              Myślę więc, ze dopóki nie doświadczymy czegoś na własnej skórze mamy zrozumiałe
              skłonności do idealizacji rzeczywistości. I naprawdę wierzymy w nasze wizje, bo
              tez i te wizje są pieknesmile Życie jednak- nie napisze tu niczego błyskotliwego-
              wszytsko to weryfikuje.
              Z macierzyństwem jest podobnie. Dopóki nie miałam dziecka wiele kwestii
              związanych z wychowywaniem dzieci było dla mnie sztucznie stwarzanymi
              problemami. Wszystko wydawało się takie proste włącznie z "podzielnością"
              miłości. Ta miłośc faktycznie jest podzielna, ale jednak można ją stracić u np.
              męza, zaś dziecku miłości się nigdy nie cofnie. Tak więc miłość do dziecka
              zawsze będzie górą.
              Wiem niestety, że to co piszę, nie jest najfajniejszą wizją. Bo siłą rzeczy
              ocieramy się tu o takie kwestie jak rozstania, wygaśnięcie miłości między
              ludźmi i apoteozę macierzyństwa. I sądzę tez, że rozumie się to dopiero po
              urodzeniu dziecka. Bo wczesniej można- tak jak ja to robiłam- rozdzielać
              uczucia hojną reką i snuć plany stypendialnewink No i to co pisze nie zgadza się
              także z potocznym rozumieniem miłości między dwojgiem ludzi jako tej pewnej,
              wiernej, do grobowej deski, z lojalnością i oddaniem. To wspaniale, jesli
              takiej miłości doświadczamy- i życzę tego każdej tu piszącej. Jednak z biegiem
              czasu i porażek zaczyna do nas docierać, że każdą ludzką miłość naprawdę można
              podważyć. Ja także kiedyś składałam przysięgę i wierzyłam, że wytrwam w niej do
              końca zycia. Mam tez wrażenie, że większośc ludzi stojąc przed ołtarzem lub
              urzędnikiem USC podziela moje nastawieniewink Jednak czasem nasze zyczenia sobie,
              a zycie sobie. I wtedy okazuje się, że są rózne rodzaje miłości: jedne z nich
              dostajemy dożywotnio, a inne sa tylko terminowymi lokatami.
              A do Cymbeline: jesli Twój mąż okresla swój stosunek do Ciebie i syna jako
              równorzędny, to gratuluję Ci męża. Czym innym jest mówić o takich rzeczach, a
              czym innym je odczuwać. Ja w ogóle sądzę, że tego typu tematy nie powinny być
              rozstrząsane między dwojgiem ludzi, z których jedno (lub oboje) ma dziecko z
              kimś innym. A jeśli już są poruszane to wymagają olbrzymiego taktu, którym Twój
              mąż niewątpliwie się wykazał. Niestety partner siostry autorki wątku zrobił
              dokładnie odwrotnie, czym udowodnił swój brak klasy, miłości i elementarnej
              kultury. I jest to przykre.

              A tak w ogóle to chętnie przeczytam Wasze posty na ten temat po urodzeniu
              dzieciwink Wcale nie twierdzę, że zmienicie zdanie, bo przeciez nie mam monopolu
              na rację. Tym niemniej ośmielam się przypuszczać, że Wasze dzieci będą dla Was
              najwazniejsze i będziecie wolały się nie zastanawiać nad "pierwszeństwem w
              miłości'wink))
              pozdrawiam
              Rosa
              • chalsia Re: (******) 01.04.05, 00:07
                Się podpisuję po Anią_Rosą czterema łapkami.
                Chalsia

                PS. a jakie ja miałam idee i pomysły, rany julek, hi hi. Ale rzeczywistość z
                niemowlakiem ( w dodatku z kłopotami zdrowotnymi) zweryfikowała te mrzonki (bo
                tak to z perspektywy czasu mogę określic) szybciorkiem.
              • nangaparbat3 Re: (******) 01.04.05, 02:05
                I ja sie podpisuję pod Anią-Rosą, oczywiście, jak najbardziej. I pod tym, ze
                najpierw dziecko, i pod tym, że nasze wyobrażenia o przyszłości a
                rzeczywistość - ojojoj.
                Wydaje mi sie też, ze stawianie dziecka na pierwszym miejscu moze dobrze robic
                wszystkim zainteresowanym osobom. Moja sytuacja jest taka, ze Exowi urodziło
                sie parę miesięcy temu dziecko - i teraz, zauważcie, na mnie też spadl
                obowiązek uznania, ze dziecko najważniejsze. Nie mniej ważne niż to moje. Ale
                też - i chwała Exowi i Nexi - moje nie czuje sie gorsze niż to maleństwo. Córka
                szczerze lubi "macochę", ma do niej zaufanie, czuje sie z nią dobrze. A kiedy
                opowiada o młodszej siostrze, robi to z prawdziwą czulością, taka "od środka" -
                bardzo lubie suchać jej wtedy i patrzeć na nia.
                Kiedy jeszcze bylismy malżeństwem, i kiedy sie rozstawalismy, przez caly czas
                oboje robilismy wszystko, zeby ulatwić sytacje dziecku, nie wciągac jej w nasze
                rozgrywki, nie robic z dziecka karty przetargowej. Mieszkamy osobno juz siódmy
                rok i jak dotąd udalo nam się - modlę sie, żeby tak trwało. mam szczęście, że
                trafiłam na bardzo porządnego Exa i wspaniałą Neksię, ale też sobie moge
                przypsać przynajmniej jedna zasługę: pomysł naszego rozstania należy do niego,
                ja nie chciałam, cierpiałam bardzo, probowałam ratować związek, ale w pewnej
                chwili dotarło do mnie, że lepiej rozstać się teraz, kiedy jeszcze są między
                nami jakies dobre uczucia, niz za jakiś czas, kiedy zostaną tylko ruiny - i
                wtedy podjelam ostateczna decyzje o rozstaniu.
                Tak myslę - chyba juz tu kiedyś o tym pisałam - że dążenie do ratowania związku
                moze czasem zaszkodzic wszystkim zainteresowanym, z dziecmi - paradoksalnie -
                na czele.
              • e_r_i_n Re: (******) 01.04.05, 08:37
                Ja też zgadzam się w 100% z Anią. I jest, Ludwiniu i Cymbeline, dokładnie tak,
                jak Ania pisze - o tym, że dziecko jest najwazniejsze nie mysli sie, nie mowi.
                Milosc do meza i do dziecka jest rozna, ale rownie silna. To nie tak, ze kocha
                sie kogos bardziej, kogos mniej. Istota tkwi wlasnie w swiadomosci, ze z
                facetem sie mozna rozstac (z roznych powodow), z dzieckiem 'będzie' sie zawsze.
                Generalnie nie mam co pisac, bo dokladnie czuje tak, jak Ania - dziecko to jest
                takie stworzonko, ktore się kocha tylko dlatego, że jest. I kochac sie je
                bedzie zawsze, niewazne, co zrobi. A nad związkiem z facetem trzeba pracować,
                trzeba uczucie pielęgnować. I zdarza się, że nie jest ono wieczne.

                Podkreslam jeszcze raz - nie oznacza to gorszego w jakiś sposób traktowania
                faceta, odstawiania go na boczny tor (choc normalne jest, w pewnych momentach
                zycia dziecko jest na pierwszym miejscu rowniez jesli chodzi o czas i uwage).
                Ale normalny facet bedzie wiedzial, ze to, ze dziecku poswieca sie prawie 100%
                uwagi, nie oznacza, ze on przestal byc wazny.
              • ashan Re: (******) 01.04.05, 09:24
                Racyja, Aniu, nie da się zaprzeczyć smile.

                pozdrawiam
                a.
              • balladynka Re: (******) 01.04.05, 09:27
                Nie mam jeszcze dzieci ale myślę, że problem macochowy polega na tym, że w
                przypadku wspólnego dziecka, fakt że dla naszego partnera czy partnerki dziecko
                jest najważniejsze / ważniejsze niż my jest ok, bo mamy jakby wspólny cel, tzn.
                my również przedkładamy dobro tego dziecka ponad wszystko i wręcz cieszymy się,
                że nasz partner również tak odczuwa i dla niego nasze dziecko jest ważne i nie
                martwimy się, że stanowi to jakąś "konkurencję" w uczuciach dla nas. W
                przypadku dziecka partnera/partnerki z poprzedniego związku sprawa nie jest już
                taka łatwa bo nie ma tego elementu wspólnego celu a pozostaje
                sama "konkurencja"smile Jest to oczywiście niezbyt dojrzałe ale niestety zdarza
                się, zwłaszcza, że niebezpodstawne w obliczu tego co piszesz, a co niewątpliwie
                jest prawdą, z tym, że nieco gorzką do przełknięcia dla bezdzietnych macoszek,
                którym obce są takie odczucia.
                Pozdrawiam słonecznie i cieszę się straszliwie że jest piątek!
              • poxywka Re: (******) 01.04.05, 10:16
                byc moze argument "sama nie przeżyłaś, to nie masz pojęcia o czym piszę" nie
                dziala pobudzajaco na dyskusje ale przypomina o pewnej przewadze praktyki nad
                teoria; ja ow argument stosuje konsekwentnie rowniez do swojej osoby nauczona
                nie raz doswiadczeniem; czasem nawet sie zastanawiam czy los nie zakpil sobie
                ze mnie i nie przygotowal mi specjalnie kilku pieknych pokazowych sytuacji,
                ktore kiedys tak latwo krytykowalam; i tak nauczyl mnie w koncu pokory;
                rowniez jestem zdania, ze milosc macierzynska trzeba przezyc bo wyobrazic sobie
                tego nie sposob; ale - przeciez nie kazda matka doswiadcza jej z ta sama sila
                i tu widze mozliwosc przedlozenia milosci do partnera (lub czasem do siebie po
                prostu) nad milosc do dziecka; mam swoje podejscie do tematu, w ktorym
                uwzgledniam instynkty dane matce; byc moze i one maj swoj udzial w potedze tej
                milosci; mimo ze czuje sie katoliczka proboszcz jak nic kiedys mnie wyklnie za
                moje pogalady, ktore nieco zezwierzecaja czlowieka;
                tak jak Ty, oddalabym za dziecko zycie w jednej chwili - przynajmniej czuje w
                sobie taka gotowosc; to jest w koncu kawalek mnie - i to mam nadzieje, ze ten
                lepszy kawalek; natomiast z moich obserwacji wynika, ze mezczyzni tego nie
                czuja az tak organicznie; zwykle znacznie mniej sa w stanie poswiecic dla
                dziecka i czasem dopiero rozstnie z matka dziecka powoduje zmiane; denerwujace
                staje sie to, ze partner moze nie podzielac tych uczuc do dziecka; po sobie
                widze,ze bez zrozumienia, ze obca dla dziecka osoba nie ma takich warunkow aby
                je wziac i pokochac, postawic najwyzej a wszelkie obowiazki i klopoty
                przyjmowac niemal z radoscia mozna zapomniec o szczesliwym zwiazku;
                i jak to bywa obie strony musza zrobic krok w jedynym slusznym keirunku;
                matka/ojciec nie wywyzsza milosci jednej nad druga, bo ktoras wydaje sie nie
                byc wtedy miloscia i nie wymaga od partnera cudow w podejsciu do dziecka; a
                macoszka/ojczym staraja sie przyjac te silne uczucia rodzicielskie jako oznake
                wrazliwej i uczuciowej osobowosci; mysle tez, ze uswiadamianie komus, ze sie go
                kocha/lubi troche mniej niz... swiadczy o braku empatii a znam takie osoby,
                ktorych jej nie nauczono zwyczjanie;
                no chyba ze celem jest zranienie
                i jak powszechnie wiadomo czasem czlowiek nie uswiadamia sobie jak bardzo kogos
                kocha dopoki nie przyjdzie pora
                pozdrawiam
                poxywka
                • lilith76 Re: (******) 01.04.05, 13:21
                  to ja jeszcze skomentuję, to co wcześniej napisałam i trochę dopiszę poxywce smile

                  kobieta kocha dziecko miłością organiczną i nie do wyobrażenia - nie mam
                  dziecka, nie wiem jak to jest i zazdroszczę innym matkom, bo sama jestem
                  ciekawa tego uczucia. z facetami jest inaczej - to nie biologia, ale... czy ja
                  wiem, potężne poczucie obowiązku za drugie życie, silne przywiązanie do osoby,
                  która jest jego krwią i ciałem (czy to gorszy rodzaj miłości????). może dlatego
                  tak prosto jest niektórym facetom zapomnieć o własnym dziecku. też tego nie
                  potrafię określić, bo ojcem nie jestem. faceci kochają dzieci, ale inaczej. co
                  nie oznacza, że gorzej.

                  co do tej gradacji - dzieci na pierwszym miejscu, potem partnerzy. jeśli dla
                  faceta dzieci i next są jednakowo ważne, to tylko pozazdrościć dobrych relacji
                  i prawdziwej miłości pomiędzy wszystkimi. ja jednak rozumiem, że dla mojego
                  faceta dzieci mogą być ważniejsze niż ja. oby nigdy nie doszło do sytuacji żeby
                  musiał wybierać. nie trzeba tego jednak tak artykułować jak bohater tego wątku,
                  bo to nie miłość do dzieci, ale urażona duma.
      • balladynka Re: (******) 02.04.05, 14:24
        Ludwiniu, zdaje sie, ze dzisiaj jest Twoj slubsmile Zycze Ci zatem wszystkiego
        najlepszego na nowej drodze zycia, duzo duzo szczescia i niech Wam sie wiedzie
        jak najlepiej! I duzo malych Ludwin (albo Ludwikowsmile))))
        Pozdrawiam
        Balladynka
    • nangaparbat3 Wracam do pytania o siostrę 01.04.05, 09:34
      bo znowu zaczęłysmy inny wątek.
      Agusiu, bylam kiedys w sytuacji takiej jak Twoja siostra. Dobiegałam 30,
      pomieszkiwalam z kimś, kto "nie mógł podjąć decyzji". Nie byłam z nim
      szczęśliwa, teraz widzę tamten związek jako psychiczne sado-maso i trudno mi
      uwierzyć, że tkwiłam w nim prawie cztery lata.
      Znowu napiszę, że zgadzam się w pełni z Anią. Kiedy teraz zastanawiam sie,
      dlaczego w tym tkwiłam, dostrzegam bardzo silny wpływ srodowiska, rodziny.
      Nacisk na to, ze on "powinien" się ze mna ozenić, że ja "powinnam" juz wyjść za
      mąż i mieć dzieci, itd. itp. tylko utrudniały mi jasne zobaczenie mojej własnej
      sytuacji i uwolnienie się z niej. Teraz ciarki mnie przechodzą na myśl o tym,
      że moglam była wyjść za niego i mieć z nim dzieci.
      ja wtedy panicznie bałam się, że zostanę porzucona, nawet wiedziałam, w jaki
      sposób się zabiję, jeśli on mnie zostawi. Kiedy zostawił, dla innej, z dnia na
      dzień, o zabijaniu sie nie bylo mowy. Co prawda przez tydzień nie jadłam i
      prawie nie spałam, ale dość szybko poczulam się wolna, swobodna, szczęśliwa.
      Kiedy juz musiałam przez to porzucenie przejść, a odbylo sie naprawdę bez
      znieczulenia, i przeszłam, przestalam sie tego bać. I z czasem zrozmiałam, jak
      bardzo lęk przed porzuceniem wpływal na wszystkie moje poprzednie związki, jak
      je rujnował.
      Więc to taka historia z zycia, która chyba dość dobrze ilustruje to, o czym
      pisze Ania.
      Pozdrawiam serdeczni
      • agusia12344 Re: Wracam do pytania o siostrę 01.04.05, 13:40
        Widzisz, ja sądzę ze moja siostra niebędzie miała takiego szczęścia i facet
        jej nie opuści, dlaczego ? bo mu jest wygodnie, ma wszystko co trzeba w domciu
        i do tego gdy potrzeba. Poza tym moja siostra pracuje, nie jest brzydka itp.
        Macie rację w pełni że ona nie chce widzieć pewnych spraw miłość (??) ją
        zaślepia. Dzwoniła wczoraj, wróciła do domu, nie przyjechał po nią na dworzec
        bo dzieciakami musiał się zająć, sama taszczyłą walizkę z jego (też) rzeczami -
        niczym jakieś popychadło czy Arabka. Co usłyszała na powitanie " no już jesteś,
        byłem pewny że wrócisz.... " niby nic lekceważącego, ale tak jak piszesz to
        jest jakiś układ sado maso. Będąc w domu kazałam jej przyżec że jeśli ich układ
        się nie zmieni w ciągu 6 miesiecy to zerwie... ale nie wierze że to zrobi...za
        dlugo to trwa, a może faktycznie za duża jest presja rodziny na nią i żeby nam
        udowodnić że się uda to trwa w tym związku??? Już sama nie wiem.
        Inna sprawa to to co pisałyście w "drugim" wątku. Ja się zgadzam z tym co pisze
        AniaRosa, ale sytuacja mojej siostry jest taka, że ona nie jest matką tych
        dzieciaków i ich nie lubi. Ojciec poświeca im dużo czasu, za dużo wg mojej
        siostry, co ona odbiera jako pomiatanie. Jest zła że musi tolerować w swoim
        domu te dzieci, a gdy to mówi on mówi że to jego mieszkanie i jak chce może
        wybierać, droga wolna. Co z koleji dla niej jest ciosem. Ja bym chciała to
        wszystko zrozumieć
        • agamagda Re: Wracam do pytania o siostrę 01.04.05, 14:17
          Gdy czytam o takich sytuacjach jak ta twojej siostry jest mi przykro, ze ludzi
          gotują sobie taki los, ale z drugiej strony, jakiś chochlik, podpowiada mi ze
          jednak, te osoby podejmują SAME decyzje o takim czy innym losie. Uważam, że
          twoja siostra potrzebuje fachowej pomocy, że terapia jest niezbędna, gdyż jeśli
          ktoś systematycznie (tak wynika z twojego postu) wchodzi w niezdrowe związki
          uczuciowe, to na pewno ma problem z akceptacją swojego Ego. I tu żadna nawet
          najczulsza opieka i podpora ze strony Waszej rodziny nie pomoże. Dziewczyna,
          nawet jeśli zakończy tą relacje, wejdzie w następną podobną albo gorszą. To
          jakiś pęd destrukcyjny jej osoby, który napędza jej działanie.
          A teraz druga sprawa - stosunek twojej siostry do dzieci. Zgadzam i podpisuję
          się pod tym co "dzieciate" dziewczyny piszą o miłości macierzyńkiej. To uczucie
          ogromne którego nie da się porównać z żadnym innym, czy to chodzi o partnera
          czy o rodziców. I w tradycyjnym układzie gdzie dwoje młodych ludzi kocha się,
          decyduje sie na dziecko i wychowuje je, miłość do dziecka stanowi jakby
          dopełnienie czy może nawet spełnienie miłości rodziców, mówi się zresztą ze
          dzieci są owocami miłości rodziców. Gdy jest to rodzina rekomponowana, no cóżżz
          dzieci są tylko jednego rodzica wiec nie ma tej więzi tego wspólnego celu jakim
          jest dobro naszych dzieci. Drugi partner jest Partnerem rodzica, a nie
          rodzicem.
          Twoja siostra moim zdaniem nie lubi dzieci partnera, bo "rywalizuje " z nimi o
          miejsce w rodzinie. Albo ma do nich zły stosunek, żeby zrobić na złość swojemu
          partnerowi za to, że on ją źle traktuje. Uderza tam gdzie najbardziej boli. A
          tak najpewniej to jedno i drugie.
          Agusiu, przestań kazać sobie obiecywać, przestań radzić, przestań wskazywać
          drogę. Kup jej karnet wizyt u jakiegoś dobrego psychologa. Tylko to możesz dla
          niej zrobić
          • ania_rosa Re: Wracam do pytania o siostrę 01.04.05, 15:14
            Żaden psycholog ( a tym bardziej dobry psycholog) nie pójdzie na taką
            transakcję. Nie twierdzę, że spokojne patrzenie, jak ktoś sobie -wg naszej
            opinii- pieprzy zycie, jest łatwe. Brutalna prawda wygląda jednak tak, że
            niewiele możemy z tym zrobić. Albo będziemy doradzać, prosić o obietnice
            rozstania, pilotowac i monitorować cudze życie, czym tylko wydłużymy cały
            proces dojrzewania, bo damy jasny przekaz "nie jesteś suwerenną jednostką i
            sama sobie z tym problemem nie poradzisz", czym absolutnie nie ruszymy z
            miejsca. Na dobrą bowiem sprawę nie ma znaczenia, czy osoba, od której się
            uzalezniamy jest toksycznym partnerem czy starszą siostrą. I intencje także nie
            mają tu znaczenia. Chodzi o sam model: albo dajemy komuś stanąc na nogi, albo
            oświadczamy, że konieczne są kule. I albo ktoś czuje na sobie odpowiedzialnośc
            za własne życie, albo chroni go kokon siostrzanej troski.
            I tylko gwoli formalności: nie przeprowadza się żadnej formy psychoterapii bez
            wyraźnej prośby samego pacjenta. Tak wiec nie można kogoś "wysłać" na terapię
            (poza dzieckiem). Podstawą udanej terapii jest współpraca i determinacja do
            zmiany postępowania. Osłanianie siostry da tylko tyle, że taka determinacja po
            prostu nie wystąpi, bo tez i sytuacja nie stanie się na tyle dotkliwa, aby
            sprowokować ją do działań. Reasumując: tworzy to zamknięte koło. Im dłużej ją
            chronisz i jej pomagasz, tym bardziej wydłużasz proces dojrzewania do zmiany.
            Rosa
            • chalsia Re: Wracam do pytania o siostrę 01.04.05, 15:26
              > zmiany postępowania. Osłanianie siostry da tylko tyle, że taka determinacja
              po
              > prostu nie wystąpi, bo tez i sytuacja nie stanie się na tyle dotkliwa, aby
              > sprowokować ją do działań. Reasumując: tworzy to zamknięte koło. Im dłużej ją
              > chronisz i jej pomagasz, tym bardziej wydłużasz proces dojrzewania do zmiany.

              Dokładnie tak samo jak z alkoholizmem, narkomanią czy hazardem.
              Chalsia
              • agamagda Re: Wracam do pytania o siostrę 01.04.05, 15:54
                Chciałabym sprecyzować, że mówiąc o "karnecie do psychologa" miałam na myśli
                terapię prowadzącą do znalezienia przyczyn dla których osoba wchodzi w związki
                destrukcyjne, a nie transakcję typu "Psycholog powiedział, że masz zerwać, więc
                zrywaj". Czytając post Ani Rosy, zrozumiałam, że wyraziłam się niedokładnie.
                Wydaje się, że właśnie zbyt duży nacisk na "ochronę" siostry czy córki, będzie
                miał w tym przypadku przeciwny do zamierzonego, skutek. Siostra SAMA sobie
                wybiera drogę życiową i SAMA będzie ponosić konsekwencje swoich wyborów.
                • ania_rosa Re: Wracam do pytania o siostrę 01.04.05, 16:15
                  Agamagda- miałam na myśli to, że nie da się komuś "wykupić" wizyt u psychologa.
                  I rozumiem to b. dosłownie. Zasadniczo rozbija się to o etykę zawodową: nie
                  powinno się prowadzić terapii, którą opłaciła inna osoba niż klient. Nie mówię
                  tu o terapii dzieci i młodzieży, ani o ośrodkach państwowych, które opłacane sa
                  z podatków. Ale rzetelny psycholog nie powinien nigdy przystać na taki układ:
                  po pierwsze musi być dobra wola klienta, po drugie musi być jego determinacja
                  (jest starą prawdą, że docenia się to, na co się pracuje samemu, a nie dzięki
                  hojności ojca, mamy, siostry) i po trzecie on sam musi się zgłosić i wykazać
                  chęć współpracy.
                  Odniosłam się więc do sformulowania "wykupić karnet u psychologa"smile
                  pzdr
                  Rosa
        • nangaparbat3 Re: Wracam do pytania o siostrę 02.04.05, 20:28
          Agusiu, to jak tu sie dziwić, ze on nie decyduje się na slub? Z kobietą, która
          nie toleruje w domu jego dzieci i nie lubi ich? A Ty bys na jego miejscu
          chciała takiej zony?
          Teraz sobie myslę, że facet, który w stosunku do Twojej siostry zachowuje sie
          rzeczywiscie okropnie, należy do tych, całkiem licznych, panow, ktorzy nie
          umieją zerwać z kobietą, więc jej dowalają, mniej lub bardziej swiadomie
          oczekując, ze sama się wyprowadzi. Bo zauważ, że dla niego zerwanie oznacza
          wyrzucenie jej ze wspolnego w jakimś sensie domu (ale to w sensie prawnym jego
          mieszkanie). Bardzo trudno w takiej sytuacji zerwać = o wiele latwiej spakować
          walizkę czy plecak i wyjść.
          Ja nie jestem psychologiem, nie wiem, czy dobrze myslę, ale tak mi sie zdaje,
          ze jedyne, co możesz zrobic dla siostry, to dać jej pewność, że chocby nie wiem
          co sie stalo, jesteś jej siostrą i bedziesz ją kochać zawsze, nawet jesli jej
          sie nie uda, jesli oberwie, jesli sie nie powiedzie. I ze jej ewentualna
          porażka nie będzie Ciebie za bardzo bolała - bedzie, bo zawsze boli cierpienie
          bliskiej osoby, ale to jest do przejscia. Że nie bedziesz jej miala za złe, jak
          jej sie nie uda.
          Myslę też sobie, że jeśli ona bedzie pewna, że ją akceptujesz taką jaka jest, z
          jej slaboscią, rozterkami, głupstwami, jakie popełnia, wtedy - być może -
          będziesz umiala namowic ją na poszukanie pomocy, bo wtedy uwierzy, że chodzi Ci
          o nią, taką jaka jest, a nie o to, jaka wg Ciebie być powinna. Ale musi potrwać.
          • agusia12344 Re: Wracam do pytania o siostrę 04.04.05, 12:32
            Dzięki za tak wnikliwe rozpatrzenie mojej sytuacji, szczególnie Ani Rosie,
            Adzemagdzie i Nangaparbat3, Przyznam się dopiero teraz spojrzałam inaczej na tą
            cała sytuację. Pisząc tu moje pytanie oczekiwałam na odpowiedz typu, 3 lata to
            za długo niech biedna dziewczyna da sobie spokój, zróbcie wszystko, żeby od
            niego odeszła i nie marnowała sobie zycia. Nie przyszło mi nawet do głowy, że
            moja siostra też ma sobie sporo do zarzucenia. Ania Rosa ma rację, mówiąc "że
            kiedy ktoś obija sie nieustannie w toksycznych związkach to- primo- będzie ten
            schemat powielać (do przerwania uzależnienia jest potrzebny okres samotności i
            terapia lub przynajmniej gruntowne przemyślenie własnych błędów i uwarunkowań),
            a secundo- każdego nowego (innego) partnera będzie się traktowac jak
            przysłowiowego Pana Boga, którego się za piętę złapało. I nawet jeśli nowy
            partner z gruntu nie jest zły, to toksyczny schemat i tak zadziała, bo
            wprowadzi go osoba uzalezniona. Na przykład ktoś, kto nie nauczył się stawiania
            granic nie postawi ich i w nowym związku, a od tego już tylko krok do nadużyć
            przez drugą osobę" . tak naprawdę to trzebaby ją zostawić samą z całym tym
            bigosem i czekać aż wrzud pęknie i zacznie zauważać własnymi oczami problem. Po
            drugie, kwestia dzieci, nigdy mnie nie zastanowiło ze to może być zasadniczą
            przyczyną jego zachowania. Dla mnie było to wtórne. Bo choć przychodzi mi z
            trudem takie wyznanie to jej facet, mimo że zachowuje się jak gbur i
            nieokrzesany cham, to jednak nie jest złym człowiekiem. Tu to co napisała
            Nangaparbat oświeciło mnie. Jest duza szansa że jest tak jak piszesz, że on nie
            mówiąc tego wprost daje do zrozumienia, że nie chce być już z nią. A nie powie
            jej tego wprost, bo wie że wyprowadzka od niego postawi ją w trudnej sytuacji -
            powrót do rodziców nie wchodzi w grę, bo dla niej byłaby to porażka, na
            wynajęcie mieszkania nie stać jej, a przeprowadzka do mnie, to rozwiązanie
            bardzo tymczasowe. Faktycznie jej stosunek do dzieciaków jest dla faceta nie do
            zaakceptowania. Może to i rozwrzeszczane bachory ale jego, i sama niechciałabym
            żeby moje dzieci były tak traktowa jak moja siostra się do nich odnosi. Nawet
            nie to, że bije czy krzyczy, ale wyraznie ich nie akceptuje. To co pisz
            Agamagda to chyba prawda "Twoja siostra moim zdaniem nie lubi dzieci partnera,
            bo ze siostra "rywalizuje " z nimi o miejsce w rodzinie. Albo ma do nich zły
            stosunek, żeby zrobić na złość swojemu partnerowi za to, że on ją źle traktuje.
            Uderza tam gdzie najbardziej boli. A tak najpewniej to jedno i drugie. " sądzę
            przede wszystkim że jeśli chce być z tym jegomościem to musi zaakceptować go z
            dobytkiem a nie "wybiórczo - jego tak a dzieci nie. Jeśli tego nie zrobi to nie
            ma żadnych prespektyw dla zwiazku (zresztą wg mnie i tak nie ma)
            Przyznam się ze pomysl "karnetu" mi sie spodobal. Ja po prostu nie potrafiłaym
            zostawic siostry nic nie robiąc, nawet gdy tak w głębi przyznaję ze człowiek
            sam jest odpowiedzialny za swoje decyzje i musi ponosić ich konsekwencje.Znam
            zaprzyjaznioną prywatnie panią psycholog. Porozmawiam z nią o takiej
            mozliwośći. Siostra tez może łatwiej zaakceptuje kogoś "znajomwgo"
            • agamagda Re: Wracam do pytania o siostrę 05.04.05, 20:56
              No to fajnie ze mogłąm jakos pomócwink)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka