mara68
20.11.06, 15:02
Witam ponownie
Jakiś czas nie pisałam bo jakoś wszystko się układało. Ale wczoraj kryzys,
który pokazał że może nie jest tak kolorowo jak się wydaje...i mam chandrę
gigant. Martwi mnie jeszcze subiektywność moich odczuć i zaczynam się
zastanawiać nad swoim zachowaniem, że to może coś u mnie nie tak ... - a N.
mnie próbuje w tym przekonaniu utwierdzić.
Po długich rozmowach z N. nastąpiły parę miesięcy temu u nas małe reformy.
Dziecko N. (lat 7 i pół ) jest u nas teraz co dwa tyg. na cały weekend i
widzi się z tatą co tydz we wtorki.
Wydawało się że następuje stabilizacja w "całym układzie" i wszyscy
zadowoleni (zwłaszcza że mamy teraz dwa weekendy w m-cu tylko dla siebie), a
i po Małej nie widać żeby jakoś na tym ucierpiała (że nie bywa u nas co
weekend).
Stosunki między mną i Małą ok, zdarzają sie zgrzyty ale to chyba
nieuniknione...
Natomiast martwi mnie postawa N. w tym wszystkim i to, że właściwie w sprawie
zachowania Małej lepiej żebym nie zabierała głosu, bo zostaje to odbierane
jako "znowu się czepiam", "albo mam jakiś problem", "albo jestem zła"...
Tak się składa że spędzamy weekendy razem, wspólnie i kiedy mi coś nie
odpowiada to nie potrafię udawać że jest ok. Myślę, że gdyby pewne uwagi i
spostrzeżenia były wypowiadane przez osobę postronną byłoby zupełnie inaczej,
ale ponieważ ja je wypowiadam są przez N odbierane jako atak na niego albo
córkę. Sam często zachowuje się ostrzej wobec córki, a ja ewentualnie staram
się zwrócić uwagę na pewne zachowania, ale widzę że to za dobrze na nasz
związek nie wpływa...
A teraz do meritum, czyli skąd ta chandra?
A było tak... W weekend była u nas Mała... Weekend jakoś sobie płynął. Mała
trochę pokazywała fochów, bo humor miała nie za dobry ... sprzeczki z tatą
itp.
W sobotę udaliśmy się do znajomych, Mała poszła do toalety. Wychodzi i mówi z
pretensją
... O Boże a gdzie ręcznik!!!. Na co ja - (imię).... tak się nie mówi do
cioci, należało się zapytać ciociu gdzie jest ręcznik, ewent. czy mogę prosić
itd. ? Mała często ma takie wyskoki w stylu jak ktoś mógł nie pamiętać o jej
potrzebach, ale nie umie spokojnie zapytać tylko wyskakuje z pretensjami że
czegoś nie ma i nieważne że mówi do osoby 3 - 4 razy od niej starszej. Nie
będę ukrywać że mnie to irytuje (tak samo potrafi odezwać się do babci, a jak
coś się jej nie tak odpowie to obraza). To nie jej wina, bo dziecko powinno
mieć jakieś wzorce, ewentualnie powinno mieć korygowane takie zachowania.
Problem jest w tym że ja uważam to zachowanie za niestosowne, zwłaszcza jak
odzywa się w ten sposób do moich znajomych. Cały sęk w tym, że ja na to
zwracam uwagę N. i potem wychodzi że nikt z tym nie ma problemów tylko ja.
Nie mam absolutnie podejścia do dzieci, że muszą siedzieć cicho i nie
oddychać - wręcz przeciwnie. Niektóre zachowania uważam poprostu za
niekulturalne i nie zamierzam tego przemilczeć, bo to do niczego dobrego to
nie doprowadzi. I tak sobota wieczór...
W niedzielę - siedzimy mała czyta czytankę na glos, ale wolałaby do komputera
pograć i zaczyna fochy i kłótnie, zamiast czytać krzyczy (ja czytam ksiażkę w
tym samym pomieszczeniu, warunki mieszkaniowe mamy takie że nie mogę się
ewakuować). No to proszę: możecie trochę ciszej bo nie mogę czytać. W
porządku.
Za pięć minut mój N. mówi do Małej w odpowiedzi na pytanie: Czy z nimi zagram
w grę planszową? Że teraz jestem zdenerwowana i jak mi przejdzie to może.
W tym momencie naprawdę się wkurzyłam, bo zupełnie nie byłam zdenerwowana,
nie podniosłam głosu tylko poprosiłam ich kulturalnie żeby byli ciszej co nie
jest wg. mnie oznaką złości tylko wyrażeniem potrzeb. Ale to zostało
odczytane przez N. jako moje pretensje ... I za chwilę przybiegł do kuchni z
pytaniem czy "znowu mam jakiś problem" - no w tym momencie to już miałam, bo
nie lubię jak ktoś wmawia mi coś czego nie czuję i jeszcze to komunikuje
drugiej osobie. I zrobiła się z tego draka ...
Napiszcie co o tym sądzicie, bo trudno mi o obiektywizm w tej sytuacji...
zwłaszcza że mnie to wszystko przybiło chwilowo i potrzebuję dystansu ...
pozdrawiam