Pasierby rosną i charaktery im się psują

Wczoraj nocowały, zwróciłam uwagę i usłyszałam od Małego (7 lat) - "Nie ty rządzisz w tym domu". Bo dla dzieci tata to Wódz, a ja jakaś pimpka w rogu.
Zarządziłam rodzinną rozmowę i zostało przez M powiedziane, że dzieci słuchają się dorosłych, ja rozkazuję dzieciom i słucham się jego, on rozkazuje wszystkim.
Potem go opierdzieliłam, bo jak mogę wymagać szacunku od jego dzieci do siebie skoro on sobie robi z tego jaja.
Ma zaznaczyć, że oboje jesteśmy równorzędni w domu.
Ale M powiedział mi coś jeszcze:
- Musisz sobie wywalczyć miejsce w stadzie.
Według niego sama muszę sobie wywalczyć szacunek dzieci za pomocą kar i nagród.
Zastanawia mnie jedno - niby to ojciec ma wymagać od dzieci, a potem kończy się to tak, że dzieciak wali w twarz macosze jakby była tylko służącą albo współlokatorem. Może jednak to nie jest dobra strategia? Może jednak w czasie pobuty pasierbów w domu ojca i on, in jego partnerka powinni jednakowo wymagać od dzieci.
I to miejsce w stadzie - są faceci, którzy od razu pokazują nowej partnerce miejsce na "końcu łańcucha pokarmowego", inni wywalają ze stada starą rodzinę, część każe next samodzielnie sobie wygryźć miejsce.
Tyle dobrego, że M przynajmniej akpcetuje moje wymagania wobec dzieci i mówi im, że mają się mnie słuchać.
A o co poszło?
O to, że dzieciaki skakały po materacu-łóżku robiąc z pościeli bełt. Tata im na to pozwala, bo siedzi przy kompie i go to wali. Mnie to wkurza, bo robi się bałagan i... drobiażdżek, ja na tym materacu też jestem.
Być może własnemu dziecku bym pozwoliła, ale ja nie muszę zawsze być idealna.