Dobry wieczór

No wiec podobnie ja Wy jestem z Kimś kto ma dzieci z poprzedniego związku (5
i 14 lat). Różnica między mną a większością - jak przypuszczam - forumowiczek
polega na tym, że dzieci mieszkają z exową i to dość daleko (ale w kraju).
Przyznaję bez poczucia winy, że cieszę się, że tak właśnie jest. Z moim
temperamentem, przywiązaniem do prywatności nie wytrzymałabym takich jazd
jakie niektóre z Was opisują np. naloty o dowolnych porach, wrzaski i
sprzątanie, pichcenie posiłków, pranie brudnych łachów, zajmowanie się
chorymi dzieciakami podrzucanymi przez ex dla jej wygody i komfortu kieszeni,
narzucone matkowanie itp..
Od początku naszego bycia razem wiedziałam o dzieciach, one po prostu "gdzieś
tam były", i przyznam, że teraz kiedy już mieszka ze mną, one nadal "gdzieś
tam są". W zasadzie nie odczuwam póki co ich obecności w naszym życiu. Mam
nawet wrażenie, że dzieci nie domagają się kontaktów z Tatą (bardzo
sporadyczne sms'y, On nie stara się narzucać); widzą go wtedy kiedy On jedzie
do swoich Rodziców mieszkających w tym samym mieście co one - powiedzmy raz
na miesiąc. Wtedy dzieci przychodzą do dziadków na całe 2-3 dni. z noclegami
i spędzają z Tatą cały czas. Chcą tego i one i On, więc
mimo "wstrzemięźliwości emocjonalnej" w kontaktach kiedy On nie jest przy
nich, jest między nimi więź i uczucie. Wracając do odległości.. dzięki temu,
że nie mieszkamy w jednym mieście nie ma żadnych jazd i ceregieli (hihi być
może wszystko przed nami).
Co do dzieci... w moim przekonaniu Naszą Rodzinę tworzymy MY: On i ja, one
już nie należą do "mojej bajki" ani kręgu osób, z którymi jestem związana
emocjonalnie (oczywiście dla Mojego Faceta nadal są rodziną i byłabym
szczerze zawiedziona gdyby myślał inaczej

. Nie chcę odgrywać roli kogoś
kim nie jestem, udawać "dla korzystnego efektu" , że przejmuję się ich losem
(nie mówię o sytuacji ekstremalnej kiedy np. ich życie byłoby zagrożone...
odpukać). Z drugiej strony nigdy nie postawiłabym i nie postawię np.
ultimatum: ja albo one. Byłoby to wstrętne i szalone. Aha, dzieci wiedzą, że
ich Tata ma nową Panią/Koleżankę, starszy dowiedział się też od Ojca o
naszych planach dot. ślubu. Przyjął ze spokojem. Ja też dla nich
jestem "gdzieś tam daleko".
Co do uczuć... uważam, że nikt w tym także mój facet nie ma prawa ode mnie
wymagać żebym je polubiła, już nie mówiąc o pokochaniu, tylko dlatego że to
są Jego dzieci, a ponieważ Jego kocham to ble ble ble... Nic na siłę.
Związałam się z "dzieciatym", ale nie z jego dziećmi. Ale też wiem że w
jakimś tam stopniu będą one już zawsze obecne w Naszym Życiu, niezależnie od
mojego widzimisię. Nie, nie uprzedziłam się do nich. Nie postrzegam ich jako
konkurencji i nie mam tego typu schiz. Hmm... nawet ich przecież jeszcze nie
znam. Miło by było gdyby nasze relacje były OK (choć odległość przemawia za
opcją, że przynajmniej w najbliższej przyszłości to "widzenia" w
stylu "dyliżans na Dzikim Zachodzie" czyli jakieś 2 razy w roku). Mój Facet
chce oczywiście żebym poznała latorośle. Ale czy ja chcę te dzieci poznać?
Hmm.. nie czekam na ten moment z utęsknieniem, przyznaję. W sumie jest mi to
obojętne, może właśnie dlatego, że są dla mnie cały czas "gdzieś tam". Ale
akceptowałam dzieci od samego początku - inaczej nie byłabym z Nim. Akceptuję
też fakt, że jako ojciec ma prawo widywać je kiedy tylko zechce, nadejdzie
czas kiedy będzie je chciał zabrać na wakacje; rozwód był niedawno, pewnie za
rok pojawi się chociażby opcja zabrania starszego. Na pewno nie będę stawiać
oporu jeśli zaprosi dzieci do naszego mieszkania. I będę spokojna i
wyluzowana wiedząc że jak przyjechały tak wyjadą, że byli gośćmi z daleka.
PS. zastanawiałam się ostatnio nad pewną sprawą: nad tym czy bylibyśmy razem
gdyby wychowywał je sam. Ja jako ta "macocha" z prawdziwego zdarzenia.
Odpowiedź brzmi: nie. Nie czuję się gotowa na rolę "matki" obcych mi dzieci.
Może wiele z Was widzi tu paradoks: jeśli kocha to przecież prawdziwa miłość
powinna pomoc zaakceptować Jego Przychówek.. Tak, może to jest jak 2x2, bo
przecież „jak ktoś chce to może” ale .. czy chciałabym „związać się”
mimochodem jeszcze z 2 osobami ?
Moje wywody to NIC w porównaniu do historii, które przeczytałam. Szczerze:
niektóre z Was podziwiam za cierpliwość, ciepło, wyrozumiałość, spolegliwość,
dobre chęci. Ale jak czytam niektóre posty to aż we mnie krzyczy: Bosz, na co
ta kobieta się godzi!?