Dodaj do ulubionych

paręsłów

02.12.03, 20:49
Dobry wieczór smile
No wiec podobnie ja Wy jestem z Kimś kto ma dzieci z poprzedniego związku (5
i 14 lat). Różnica między mną a większością - jak przypuszczam - forumowiczek
polega na tym, że dzieci mieszkają z exową i to dość daleko (ale w kraju).
Przyznaję bez poczucia winy, że cieszę się, że tak właśnie jest. Z moim
temperamentem, przywiązaniem do prywatności nie wytrzymałabym takich jazd
jakie niektóre z Was opisują np. naloty o dowolnych porach, wrzaski i
sprzątanie, pichcenie posiłków, pranie brudnych łachów, zajmowanie się
chorymi dzieciakami podrzucanymi przez ex dla jej wygody i komfortu kieszeni,
narzucone matkowanie itp..
Od początku naszego bycia razem wiedziałam o dzieciach, one po prostu "gdzieś
tam były", i przyznam, że teraz kiedy już mieszka ze mną, one nadal "gdzieś
tam są". W zasadzie nie odczuwam póki co ich obecności w naszym życiu. Mam
nawet wrażenie, że dzieci nie domagają się kontaktów z Tatą (bardzo
sporadyczne sms'y, On nie stara się narzucać); widzą go wtedy kiedy On jedzie
do swoich Rodziców mieszkających w tym samym mieście co one - powiedzmy raz
na miesiąc. Wtedy dzieci przychodzą do dziadków na całe 2-3 dni. z noclegami
i spędzają z Tatą cały czas. Chcą tego i one i On, więc
mimo "wstrzemięźliwości emocjonalnej" w kontaktach kiedy On nie jest przy
nich, jest między nimi więź i uczucie. Wracając do odległości.. dzięki temu,
że nie mieszkamy w jednym mieście nie ma żadnych jazd i ceregieli (hihi być
może wszystko przed nami).
Co do dzieci... w moim przekonaniu Naszą Rodzinę tworzymy MY: On i ja, one
już nie należą do "mojej bajki" ani kręgu osób, z którymi jestem związana
emocjonalnie (oczywiście dla Mojego Faceta nadal są rodziną i byłabym
szczerze zawiedziona gdyby myślał inaczej smile. Nie chcę odgrywać roli kogoś
kim nie jestem, udawać "dla korzystnego efektu" , że przejmuję się ich losem
(nie mówię o sytuacji ekstremalnej kiedy np. ich życie byłoby zagrożone...
odpukać). Z drugiej strony nigdy nie postawiłabym i nie postawię np.
ultimatum: ja albo one. Byłoby to wstrętne i szalone. Aha, dzieci wiedzą, że
ich Tata ma nową Panią/Koleżankę, starszy dowiedział się też od Ojca o
naszych planach dot. ślubu. Przyjął ze spokojem. Ja też dla nich
jestem "gdzieś tam daleko".
Co do uczuć... uważam, że nikt w tym także mój facet nie ma prawa ode mnie
wymagać żebym je polubiła, już nie mówiąc o pokochaniu, tylko dlatego że to
są Jego dzieci, a ponieważ Jego kocham to ble ble ble... Nic na siłę.
Związałam się z "dzieciatym", ale nie z jego dziećmi. Ale też wiem że w
jakimś tam stopniu będą one już zawsze obecne w Naszym Życiu, niezależnie od
mojego widzimisię. Nie, nie uprzedziłam się do nich. Nie postrzegam ich jako
konkurencji i nie mam tego typu schiz. Hmm... nawet ich przecież jeszcze nie
znam. Miło by było gdyby nasze relacje były OK (choć odległość przemawia za
opcją, że przynajmniej w najbliższej przyszłości to "widzenia" w
stylu "dyliżans na Dzikim Zachodzie" czyli jakieś 2 razy w roku). Mój Facet
chce oczywiście żebym poznała latorośle. Ale czy ja chcę te dzieci poznać?
Hmm.. nie czekam na ten moment z utęsknieniem, przyznaję. W sumie jest mi to
obojętne, może właśnie dlatego, że są dla mnie cały czas "gdzieś tam". Ale
akceptowałam dzieci od samego początku - inaczej nie byłabym z Nim. Akceptuję
też fakt, że jako ojciec ma prawo widywać je kiedy tylko zechce, nadejdzie
czas kiedy będzie je chciał zabrać na wakacje; rozwód był niedawno, pewnie za
rok pojawi się chociażby opcja zabrania starszego. Na pewno nie będę stawiać
oporu jeśli zaprosi dzieci do naszego mieszkania. I będę spokojna i
wyluzowana wiedząc że jak przyjechały tak wyjadą, że byli gośćmi z daleka.
PS. zastanawiałam się ostatnio nad pewną sprawą: nad tym czy bylibyśmy razem
gdyby wychowywał je sam. Ja jako ta "macocha" z prawdziwego zdarzenia.
Odpowiedź brzmi: nie. Nie czuję się gotowa na rolę "matki" obcych mi dzieci.
Może wiele z Was widzi tu paradoks: jeśli kocha to przecież prawdziwa miłość
powinna pomoc zaakceptować Jego Przychówek.. Tak, może to jest jak 2x2, bo
przecież „jak ktoś chce to może” ale .. czy chciałabym „związać się”
mimochodem jeszcze z 2 osobami ?
Moje wywody to NIC w porównaniu do historii, które przeczytałam. Szczerze:
niektóre z Was podziwiam za cierpliwość, ciepło, wyrozumiałość, spolegliwość,
dobre chęci. Ale jak czytam niektóre posty to aż we mnie krzyczy: Bosz, na co
ta kobieta się godzi!?
Obserwuj wątek
    • mamaadama4 Re: paręsłów 02.12.03, 21:51
      sacreble, miło czytac tak wywazony post. Na szczęście tutaj nie jest to
      rzadkością.
      Własnie chodzi o to, żeby tego poczucia winy nie mieć. Przy moim układzie, gdy
      dzieci są z nami prawie cały tydzień trudno jest miec taki komfort, chociaż
      baaardzo nad tym pracuję. Na szczęście juz tylko czasami pojawiają sie jakies
      niewielkie wyrzuty sumienia.
      danka
      • naturella Re: paręsłów 03.12.03, 08:57
        Sacreble, bardzo mądre słowa. Jak to czytałam, to aż mi coś w środku
        krzyczało "dokładnie taaaak"! Uważam identycznie jak Ty. Ale... chociaż od
        dwóch lat naprawdę duży wysiłek wkładam w to, żeby nasze relacje - czytaj moje,
        męża i "synola" nie zabrnęły poza limię "demarkacyjną" którą sama wyznaczyłam,
        to zauważam ostatnio, że nieznacznie szala przechyla się na ich stronę...
        Zawsze bardzo dbałam o swoją prywatność w tym związku, żeby nie było sytuacji
        wchodzenia mi z buciorami w życie, żeby była sprawa jasna - to jest Twoje
        dziecko, Twoja sprawa, ja mogę jedynie Ci pomóc. A ostatnio zauważam, że
        odrobinę popuściłam cugli - coraz częściej spotkania odbywają się u nas, coraz
        częściej po pracy mam niespodziewany wydatek, bo Młody przyjedzie do nas i
        trzeba mu coś do jedzenia dać, coraz częściej jak wracamy do domu muszę robić
        coś do jedzenia - bo Młody po szkole i jest głodny. Lubię go, naprawdę i szkoda
        mi się go robi, jak pomyślę, że cały dzień w szkole i jadł tylko kanapkę, więc
        już upichcę ten obiad - ale potem wwszystko we mnie krzyczy - przecież to mój
        mąż ma syna, to on ma się z nim spotykać, to oni we dwójkę mają czas spędzać!
        No i mam taki dysonans, bo z jednej strony szkoda mi dzieciaka - a wiem, że u
        niego w domu się nie spotkają, więc zostaje im szwendanie się po mieście na
        zimnie i jedzenie świństw u Turka... Więc zezwalam na siedzenie u nas, ale tak
        jak mówię, wszystko się we mnie burzy, bo i kasa dodatkowa, i dodatkowa robota,
        a potem zamiast iść do wanny po pracy to siedzę jak na szpilkach i patrzę jak
        panowie wchłaniają obiad przy wrzaskach z telewizora...Może troszkę
        przejaskrawiam, ale mam nadzieję, że wiecie o co chodzi. Nie wiem, co mam
        zrobić...! Burzy to we mnie te zasady, które starałam się już na początku
        ustalić i sie ich mocno trzymałam. Od miesięcy już nie było weekendu, który
        panowie spędzili beze mnie (tzn. umawiają się w sobotę lub w niedzielę, ale
        ostatnio zawsze jestem brana pod uwagę). Nie odmawiam, bo też nie chce mi sie
        samej w domu siedzieć, ale może robię błąd? Może przyzwyczajam do tego, że
        zawsze jestem i któregoś dnia będzie wielkie zdziwienie jak nie zechcę?

        A może ja wymyślam sobie problem? Może po prostu powinnam rzucić w kąt zasady i
        robić tak, jak czuję, nie kierując się twardymi schematami, które kiedyś sobie
        wymyśliłam, a które przestały przystawać do tego, co czuję? Bo przecież tak
        naprawdę miewam ochotę na bycie z nimi, ale zasady krzyczą mi "nie bądź głupia!
        robisz błąd" - no to kogo słuchać? Serducha, czy rozumu???
        • sacreble Re: paręsłów 03.12.03, 10:07
          Naturello,
          z jednej strony gratuluję, że Młody tak dobrze czuje się z Wami. To znanczy że
          przybywa wśród normalnych LUDZI (czytałam Twoje posty o ex - qoorcze, z jakiej
          choinki takie pańcie się urywają?) i chyba trudno by mu teraz było zrezygnować
          z bycia w Waszym domu. Z drugiej - no właśnie... ten zasadniczy "niuans" : Ty
          przecież chciałaś i chcesz żyć przede wszystkim z Mężem, a nie w Trójkę. Z
          trzeciej (???) strony zawsze jest ten koronny argument: "przecież to mój Syn,
          kocham Go, mam go wyprosić?" Całość wymaga wyczucia, także ze strony Młodego
          (już nie takie dziecko).
          Piszesz, że serducho zaczyna przeważać nad rozumem i zasadami, które
          określiłaś... Ciężka sprawa, bo to zapewne prosta droga do wejścia sobie na
          głowę i poźniejszych frustracji, że "zdradziłaś siebie samą".
          Wiesz, sytuacja Nasza tzn. Mojego Faceta i moja moze być za parę lat - kto wie,
          kto wie... - niemal identyczna jak u Ciebie. Jesli Jego syn np. zechce
          studiować i nie będzie to najbliższe miasto, a właśnio to, w którym MY
          mieszkamy? Moze stwierdzić, że chce właśnie tu zakotwiczyć na co najmniej 5
          lat, no bo tu ma Tatę i w ogóle: fajna odmiana. I nikt mu tego nie zabroni, a
          Tata na 200% będzie max szcześliwy.

          pozdrawiam smile
        • ashan Re: paręsłów 03.12.03, 10:49
          naturella napisała:

          > Bo przecież tak naprawdę miewam ochotę na bycie z nimi, ale zasady krzyczą
          mi "nie bądź głupia! robisz błąd" - no to kogo słuchać? Serducha, czy rozumu???

          Ja Ci naturello poradzę, może trochę przewrotnie smile, żebyś rozumem dobrze
          rozpatrywała to, co dzieje się w Twoim sercu. Bo ludzie się zmieniają, układy
          między nimi ewoluują i nie warto trzymać się sztywno zasad ustalonych między
          Tobą-m.-synolem (smile) kilka lat temu. Zastanawianie się, bycie elastycznym nie
          oznacza zdrady siebie smile. Może ustalisz nowe zasady smile?
          Chociaż wiem z własnego doświadczenia, że łatwiej utrzymać rygorystyczne
          ustalenia, niż dopuszczać wyjątki, pertraktacje. No coż, ja wybrałam tę drugą
          drogę i przyznaję, czasem jestem zmęczona. Ale przy tym zadowolona z siebie :-
          ), no i m. też nie narzeka (przynajmniej niezbyt głośno wink).

          pozdrawiam smile
      • sacreble Re: paręsłów 03.12.03, 10:24
        Danusiu,
        prawda jest taka, że łatwo mi zachować spokój i autonomię bo dzieci mieszkają
        daleko i nie mam w ogole z nimi styczności. W sytuacji takiej jak Twoja czy
        innych forumowiczek, które mają dzieci swego Męża czy Partnera prawie cały czas
        w domu, przeszłabym chrzest bojowy smile. Hmmm.. prawdę mówiąć chiałabym się
        takiemu testowi poddać. np. przez tydzień. Na tyle jednak znam siebie, że wiem,
        że nie bałabym się w pewnych sytuacjach powiedzieć: sorry, nie zgadzam się, nie
        chcę, nie mam ochoty. Wychodze z takiego założenia: tak samo jak ja akceptuję
        sytuację mojego faceta pt. "mam dzieci, miec będe zawsze, kocham je, chcę z
        nimi przebywać i z nimi rozwodu nie brałem", tak samo On musi akceptować fakt,
        że coś czasem może mi nie odpowiadać. NIe ma tu żądnej strony bardziej
        uprzewilejowanej, tylko dlatego że są dzieci.

        pozdrawiam smile
    • pysia-2 Re: paręsłów 03.12.03, 09:59
      bardzo mi pomogly twoje slowa.
      Wizyty na tym forum sa jak wizyta u najlepszego psychologa :o)
    • ariel23 Pytanie do sacreble 03.12.03, 10:57
      Witaj, bardzo mi sie podoba Twoj post.
      Chcialabym zapytac Cie jak bys zareagowala gdyby Twoj partner chcial w Waszym
      domu urzadzic pokoj dzieciom, zeby go mialy jak beda do Was przyjezdzac np na
      wakacje.
      • sacreble Re: Pytanie do sacreble 03.12.03, 11:53
        Ariel smile
        hmm... w naszym mieszkaniu nie mamy żadnego extrasa, tzn. tylko salon i
        pracosypialnię.
        OK, zakładam, że mamy dom vel mieszkanie, w którym jest pokój taki do
        zagospodarowania. Zasadniczo moja reakcja zależałaby od naszych planów i
        qbatury mieszkania.
        Jeśli spodziewalibyśmy się Naszego Dziecka lub mielibyśmy je w planie to pomysł
        odpada. To byłby już pokój dziecięcy - "naszodziecięcy". A Bejbiś
        prawdopodobnie za jakiś czas pojawi się, of course smile) Podobnie jeśli ten pokój
        przydałby się nam do czegoś innego np. ja bym chciała mieć tam
        swoją "pracownię", żeby odciążyć sypialnię (bo jest mała).
        Jeśli jednak byłby naprawdę jeden pokój wolny... przyjeżdżają tylko na wakacje?
        albo przyjeżdzają od czasu do czasu? Nie widzę potrzeby specjalnego urządzania
        tego pokoju pt. mebelki, tapety, biureczko... Myślę, że łóżko vel jakaś leżanka
        by wystarczyły. Inaczej jeśli chata jest wielka, a pomieszczeń dostatek -
        wtedy - proszę bardzo. "Pokój gościnny" - ale także mają prawo zanocować w nim
        inni Jego Krewni, którzy przyjechaliby do nas w odwiedziny czy znajomi jak
        wpadną na imprę i zadrinkują.

        pozdrawiam smile
        • atagag Re: Pytanie do sacreble 03.12.03, 12:05
          U nas dzieci maja swój pokój, każde z nich ma swoje łóżko, biurko, szafkę,
          zabawki.Komputer i inny sprzęt rtv mają wspólne. Myślę,że jeżeli powierzchnia
          mieszkania(domu) i środki finansowe na to pozwalają, należy urządzić takie
          miejsce dzieciom, choćby miały z niego korzystac raz na na jakis czas.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka