sven_b
09.10.09, 18:27
Wczoraj miałem urwanie śmigła. Zrobiłem trasę dom-LD-Plock-Wawa-dom, okraszoną
3 spotkaniami, wszystkimi przekrojami pogody, od słonecznych +22 po ulewne 11C
oraz non-stop napieprzającym do ucha Hiszpanem. Do Warszawy dobijałem w
strugach deszczu juz jako warzywo. Było ok. 19.00. Na Okęciu dokonałem zrzutu,
tracąc resztę pary na dyplomatyczne do widzenia, wychyliłem kawę i do dom. Nie
nawidzę takiej pogody. Wszystko jest szare, mokre, piesi też jakby chętniej
robią za widma. Wsunąłem swoja płytę i jadę. 10km przed domem musiałem dać po
heblach bo na drodze kołował sie ten oto
jegomość.
Latał jak w transie za autami więc oczywiste było, że jest świeżo wyautowany z
samochodu. Ludzie to jednak dzicz. Wysiadłem, podumałem nad psim losem i
wrednym rodzaju ludzkim, a małego już nie dało się odlepić. Szalał z radości.
Włożyłem go do bagażnika i przywiozłem do domu. Jedzenie wciągnął nosem, z
resztą po łapach zgaduje że będzie z niego byku. Chyba muszę się bujać z
szukaniem nowego właściciela bo mały zje nas z kopytami:)