Dodaj do ulubionych

Mandaty płacą już tylko frajerzy

20.06.13, 10:58
Polecam artykuł z ostatniej Polityki o tym samym tytule dot. tego jak skopiowany system fotoradarów z rozwiązań zachodnich działa z naszym prawem. Np. nie przewiduje, że ktoś nie odpowiedział na wezwanie :)

System automatycznych radarów to fikcja. Niby robi zdjęcia. Niby je wysyła. Ale z powodu luki prawnej mandaty płacą już tylko frajerzy. Na budowę polskiego systemu pomiaru prędkości UE przeznaczyła 50 mln euro. Na koniec 2012 r. w zasobach systemu było już 616 702 zdjęć (nie każde w jakości pozwalającej wystawić mandat). CANARD pracuje jak gdyby nigdy nic. Za kilka tygodni zamierza ogłosić przetarg na kolejnych 100 radarów.

Czerwone światełko zapaliło się urzędnikom już prawie rok temu. Z cyferek wynikało, że w mandatach dzieje się coś złego. Niby system się rozkręca i działa coraz lepiej. Dostawiano nowe urządzenia i wzrastała ilość wysyłanych wniosków. Ale jakby ginęły w czarnej dziurze. Z tygodnia na tydzień worki z pocztą, która przychodziła do fotoradarowej centrali, robiły się coraz chudsze. Tak jakby na polskich drogach zapanował błogi spokój. Jakby łamiący przepisy kierowcy, zobowiązani odpowiedzieć listownie na przesłany im wniosek mandatowy, gdzieś wyparowali. Tylko że radary robiły zdjęcie za zdjęciem.

W październiku 2012 r. wzięto pod lupę statystykę. Okazało się, że na ponad 74 tys. wezwań, wysłanych w tamtym okresie, w terminie odpowiedziało zaledwie niespełna 9 tys. osób. Kolejne 10 tys. odpisało z poślizgiem. 55 tys. nie odpowiedziało w ogóle. I to właśnie ci ludzie rozpoczęli rewolucję, która może w bardzo szybkim tempie wykończyć system fotoradarów. System, który już kosztował ponad 100 mln zł, a miał zarobić, tylko w tym roku, 15 razy tyle.

Pomysł ze zbudowaniem automatycznego systemu fotoradarów od początku nie miał szans na podbicie serc polskich kierowców. A tak się składa, że politycy to też kierowcy. No i wybierani są przez innych kierowców. – Gdyby nie fatalne statystyki śmiertelności na polskich drogach i naciski ze strony Unii, to pewnie nigdy by nie powstał – mówi jeden z posłów zaangażowanych w tworzenie systemu. W 2011 r. na polskich drogach ginęło średnio 11 osób dziennie. W niektórych krajach unijnych tak wyglądała statystyka miesięczna. Unijni eksperci nie pozostawiali złudzeń. Po złej jakości drogach jeżdżą złej jakości samochody z za dobrymi kierowcami. Przy czym za dobrzy nie było komplementem. Wyprzedzanie na trzeciego, ryzykowne manewry, przekraczanie prędkości na drogach z głębokimi na 20 cm koleinami. W tej sytuacji można było zrobić dwie rzeczy: zbudować nowe drogi i okiełznać kierowców. Do jednego i drugiego Unia wydatnie się dołożyła.

Na budowę polskiego systemu pomiaru prędkości UE przeznaczyła 50 mln euro. Miał być w pełni automatyczny: urządzenie robi zdjęcie, samo łączy się z Centralną Ewidencją Pojazdów i Kierowców, żeby ustalić dane właściciela, i automatycznie wysyła do niego dokumenty. W 2009 r. zrobiono pierwsze podejście do przygotowania gruntu prawnego pod system radarów – przez Sejm przeszła nowelizacja ustawy Prawo o ruchu drogowym. Ale część kluczowych zapisów została skierowana przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Trybunału Konstytucyjnego. A następnie uchylona. – Nasz system miał być kopią tych zachodnich. Ale żeby zadziałał, powinien też kopiować rozwiązania prawne, czyli np. karanie w trybie administracyjnym, a nie wykroczeniowym. Tak się nie stało. To grzech pierworodny, który teraz niszczy fotoradary – tłumaczy poseł zaangażowany w projekt.

Na stole leżały jednak pieniądze, które trzeba było szybko wydać. W 2010 r. posłowie znowelizowali ustawę Prawo o ruchu drogowym i za jednym zamachem podnieśli limity prędkości oraz powołali do życia Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym (CANARD), czyli sieć automatycznych fotoradarów. Policja skorzystała z okazji i chętnie pozbyła się kłopotliwego obowiązku. Gorący kartofel zdecydowała się przejąć Inspekcja Transportu Drogowego. Wbrew obawom, 1 lipca 2011 r. CANARD miał dobry start. Zaczął sprawnie przejmować policyjne urządzenia. Kierowcy mogli tego nie odczuć, bo okazało się, że jakość zdjęć z policyjnych radarów pozostawia wiele do życzenia. Ale szybko ogłoszono przetargi na nowe urządzenia. W 2012 r. miało być ich już 300. Stanęło 240, bo przy stawianiu kolejnych 60 firmy ugrzęzły w biurokratycznej machinie.
Obserwuj wątek
    • sven_b c.d. 20.06.13, 11:00
      W styczniu tego roku okazało się, że Ministerstwo Finansów postanowiło zarobić na bezpieczeństwie na polskich drogach. Wpływy z radarów oszacowano na 1,5 mld zł. Zapowiadało się, że się uda. Trafiali się kierowcy, którzy potrafili złapać 15 zdjęć w czasie jednej podróży.

      Tego było już dla kierowców za dużo. Przeciwko fotoradarom rozpoczęła się prawdziwa wojna. Kierowcy zaczęli od poszukiwań sposobów na obejście systemu. Pierwsze rady domorosłych prawników szły w kierunku wskazywania kogoś innego jako kierowcy, ale koniec końców trzeba było płacić. Z czasem wyewoluował sposób „na łańcuszek”. Jedna osoba wskazuje drugą osobę jako kierującego pojazdem, w nadziei, że urzędnicy się znudzą, sprawa zagubi albo wydarzy się coś równie pomyślnego. Ostatecznie wiązało się to z dużą liczbą zabiegów i okazało się mało skuteczne. W połowie zeszłego roku fora poświęcone niepłaceniu mandatów zelektryzował sposób na Koreańczyka. Wystarczyło wskazać jako kierującego pojazdem jakiegoś obcokrajowca. Najlepiej spoza UE i czekać, aż instytucja skapituluje. Co zresztą się zdarzało. Ale nawet anonimowy pomysłodawca zauważał, że sposób ma jedną zasadniczą wadę: jest jednorazowy. Po drugiej takiej akcji niemal pewne jest, że ponowne takie samo wskazanie skończy się skierowaniem sprawy do prokuratury albo do sądu. I tak się też działo.

      Właściwie nie wiadomo, kto jest pomysłodawcą najprostszego i najbardziej skutecznego sposobu na niepłacenie mandatów z CANARD: ignorowania ich. Ale należało się spodziewać, że ktoś prędzej czy później na to wpadnie, skoro sami ojcowie systemu już w 2009 r. ostrzegali, że tak się może stać. W piśmie do Ministerstwa Transportu główny inspektor transportu drogowego przestrzegał, że budowanie CANARD przy istniejącym systemie prawnym, czyli przy zachowaniu procedury stosowanej w wykroczeniach, może sparaliżować system.

      Chodziło o to, że w całym tym automatycznym systemie ostatnia prosta była z gruntu nieautomatyczna: każdy kierowca, który otrzymał pismo z CANARD, musiał listownie potwierdzić, czy to on prowadził pojazd, ewentualnie wskazać kogoś innego. Jeśli kierowca nie odpisywał, cała procedura ulegała zawieszeniu, nie można było na niego nałożyć mandatu. – W aktualnym stanie prawnym, pomimo podejmowanych prób, możliwość faktycznego egzekwowania odpowiedzi wobec kierowców, którzy ignorują wezwania wysyłane przez Inspekcję, jest znikoma – informuje biuro prasowe GITD. Jeśli nie ma odpowiedzi, Inspekcja nie może kontynuować procedury.

      Sposób na wyjście z prawnego impasu podpowiadał już w 2009 r. główny inspektor transportu drogowego. Oparcie CANARD na trybie administracyjnym wiązałoby się z przeniesieniem odpowiedzialności za naruszenie przepisów z kierującego na właściciela pojazdu. Taki prosty zabieg gwarantowałby ściągalność, a w sytuacjach spornych eliminował sądy z procesu ustalenia odpowiedzialności i dociekania, kto faktycznie kierował. Trybunał Konstytucyjny nie wykluczył takiej formuły. Ale na takie rozwiązania nie było zgody ze strony Prokuratury Generalnej i Ministerstwa Sprawiedliwości. Choć podobne rozwiązania zastosowano w systemach Holandii i we Francji.
      ...
      [pełna treść dostępna dla abonentów].
      • franek-b Re: c.d. 21.06.13, 00:10
        btw Kindle?
        • sven_b Re: c.d. 21.06.13, 11:38
          W sensie czy nabyłem? U mnie długa droga do prostej decyzji, chociaż Twój bardzo mi sie spodobał. W międzyczasie wpadł mi w ręce wywiad Kazika. Był bardzo krytyczny wobec użytkowników więc wybił mnie z planu. Mam jego 6 płyt więc trochę sie nim sugeruję :D
          Niedawno dziadkowie wjechali z tabletem uspokajającym dla neszej szprotki więc trochę podbieram do przeglądu prasy, a z ksiązkami sięgam jednak po papier.
          • franek-b Re: c.d. 21.06.13, 12:35
            > W sensie czy nabyłem? U mnie długa droga do prostej decyzji, chociaż Twój bardz
            > o mi sie spodobał. W międzyczasie wpadł mi w ręce wywiad Kazika. Był bardzo kry
            > tyczny wobec użytkowników więc wybił mnie z planu. Mam jego 6 płyt więc trochę
            > sie nim sugeruję :D

            Skąd masz elektroniczną wersję tego artykułu? Bo to z ostatniego numeru Polityki, którą prenumeruje via Amazon ($3,99), przez co kosztuje mnie to połowę wydań papierowych i do tego oszczędzam las, swój czas i zawsze o tej samej porze.

            Czytałem ten wywiad Kazika i muszę stwierdzić, że są w nim duże pokłady frustracji starszego pana, który zauważa, że świat mu odjeżdża (chciał się rzucić na osobe w pociągu, bo czytała coś z czytnika... no po prostu frustrat).

            Po prostu czytanie to uruchamianie wyobraźni w głowie na podstawie słów, które czytamy. Jeśli ktoś uważa, że forma (przekazywania słów) jest ważniejsza od treści to mu serdecznie współczuję (równie dobrze można uważać, że film wyświetlony na laptopie przenisiony przez pamięć USB jest lepszy od tego odtwarzanego z płyty wsadzonej do laptopa). Książka/czytnik/ipad to tylko interface...

            > Niedawno dziadkowie wjechali z tabletem uspokajającym dla neszej szprotki więc
            > trochę podbieram do przeglądu prasy, a z ksiązkami sięgam jednak po papier.

            Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, jak się przesiądziesz, to książki będziesz wspominał z rozrzewnieniem ;-)
            • sven_b Re: c.d. 21.06.13, 15:04
              Miałem troche luzu w robocie to złamałem kod SSL;) Wejdź z kompa lub laptopa na ich stronę, znajdź artykuł. Zgłosi się okno subskrybcji, ale wciśnięcie Ctrl+A uwzględni też artykuł pod spodem. Po przeniesieniu do Notatnika i Ctrl+V odsiewasz śmieci i masz czytelny tekst. Myślę, że to błąd informatyków. Tylko nie mów nikomu ;)

              Kazelot nie chciał nikogo bić. Napisał, że widząc czytających z elektroniki ma ochotę wyrzucić ten sprzęt za okno. To bojownik i weteran sceny. Czy frustrat? Tacy jak on, Hołdys czy Kukiz wyrastali z buntu. Opierali twórczość na sytuacji w kraju, ale ich czasy buntu w muzyce jak i polityce mocno się spłaszczyły. Więc cyklicznie dają wyraz temu, co ich uwiera. Zabrali głos w necie, ale podpisani z nazwiska od początku byli skazani w na przegraną, bo Internet w relacji znani-anonimowi nigdy nie da merytorycznej dyskusji. Pierwszy zawsze dostanie baty, przy czym jego argumenty będą miały drugorzędne znaczenie. Oberwali, bo są znani, bo piszą do złych gazet, bo komus nie dali autografu. Wydawało im się, że mogą mieć wpływ na przepływ swojej twórczości w sieci. Są w szoku, bo za to też oberwali.

              Sam generalnie nie jestem zadeklarowanym entuzjastą czy wrogiem. Jadąc autem biorę książki. W aeroplanie penie rozglądałbym sie za Kindlem, ale zgodzisz się, że sentencja 'Mądrość jest w Kindlach' nie porywa:)
              • t-tk Re: c.d. 21.06.13, 21:44
                sven_b napisał:

                > Miałem troche luzu w robocie to złamałem kod SSL;)

                Jakiś czas temu sporo płatnych tekstów można było wyciągnąć klikając w "wersję do druku" ;)

                Łapię się jednak na tym, że coraz częściej kupuje pdfy jak chcę coś przeczytać, względnie płacę po kilka groszy za dostęp do tekstu.
                Daje mi to jakąś nadzieję, że promowanie lepszych i przemyślanych treści pozwoli im przetrwać, bo rzeczywistość onetów mnie przeraża. Mówią, że internauta nie przeczyta dłuższego tekstu ale jak ma przeczytać, skoro teksty są zazwyczaj bardzo słabej jakości. Kilka linijek przetrwam, ale odpowiednika kilku stron a4 bełkotu nie jestem w stanie strawić.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka