typson
21.04.05, 14:37
mam w rodzinie "trefnego" p 206. Pierwszy zwierzecy wypadek to kot, ktory
wkrecil sie w pasek klinowy. Dodam, ze w tym aucie jest jeden dlugi pasek,
napedzajacy mase rzeczy. Po zapaleniu silnika cos zaczelo lomotac (to byl
fruwajacy po komorze silnika kot), silnik zgaszono - dalo sie slyszec zlowrogi
syk uwiezionego i sponiewieranego kota. Niestety kot sie tak strasznie wqrwil
zaistnialymi okolicznosciami, ze nie dal sobie pomoc, tylko cial pazurami
powietrze. Coz, trzeba bylo ponownie odpalic silnik. Udalo sie, kot sie
wykrecil, niestety spadl tez pasek klinowy ale udalo mi sie zalozyc go golymi
rekami (!!).
Druga przygoda - podjechalem do 206ki z kablami, bo stala dlugo i zakrecic nie
raczyla. Pod maska, wlasciwie na podszybiu, gdzie sa tylko ciegna wycieraczek
siedzial zasuszony ptak. jak sie tam dostal to nie mam pojecia. W kazdym razie
nizly kolesław z niego byl.
Pamietam tez pajaka, ktory chodzil mi po obrotomierzu. Bylo niemalo radosci,
gdy dajac gazu udawalo mi sie go stracic wskazowka ;)