rapid130
18.04.06, 17:29
W zaiste Wielki Czwartek wieczorem wyprowadziłem na spacer
wyleniałego „bulteriera” ;)
Był dwudrzwiowy, baaardzo rasowy (BMW), dobrze umięśniony (635 CSi), z niezłą
metryczką – urodzony w 1984 roku. Przebieg 387 tys. km. Ale serce jak dzwon,
bo drugie, wszczepione w 1991 roku.
Zwierz zahartowany w bojach.
Od 1993 roku w Polsce. Czterech właścicieli, pierwszy w Niemczech, potem
jakiś warszawiak, dalej lekarz z Zakopanego, teraz obecny pan.
Ostatnio pies był trzymany bez budy, przez poprzednie parę lat prowadzony na
spacery codziennie, niezależnie od pogody i pory roku.
Jak na takie traktowanie, ma się całkiem nieźle.
Zębiska zdrowe jak u młodego psa, oddech świeży. Tylko futro trochę
zmierzwione i matowe, skóra tu i ówdzie poobcierana. Ruda zaraza dobrze
widoczna tylko w jednym miejscu, pod akumulatorem. Typowe u bulterierów z
hodowli BMW. Przypuszczalnie kilka innych miejsc kwalifikujących się do
interwencji wet-blacharza, ale żadnej tragedii. Cielsko integralne, proste,
bez blizn po starciach, z ledwo widocznymi śladami wcześniejszych operacji
blacharskich, powstrzymujących rudą zarazę.
Pies był wynudzony długą bezczynnością. Ostatni krótki spacer zrobił 6
tygodni temu. Tym ostrożniej wyprowadziłem go na 200-kilometrową samotną
przechadzkę.
Ja nie znałem bulteriera, on mnie też, tylko raz obwąchiwał.
Przed wyjściem zawarłem z nim pakt o nieagresji.
- „Ja cię nie będę szarpać za smycz i szczuć, a ty mnie nie pogryziesz”.
Ale on i tak zaraz pokazał mi, kto rządzi. Spodziewałem się, że kłapnie
zębami, a on.... lekko pokopał mnie sprzęgłem. „Brało” o wiele wcześniej niż
standard. Wot, taka mała fanaberia właściciela.
Przez pierwsze parę kilometrów bulterier boczył się na mnie, nie za bardzo
chciał iść. Trochę z zaspania, trochę z podejrzliwości.
(- Co to za nowy pan mnie wziął?)
Na dobry początek przyjaźni dostał 30 litrów świeżego picia (Pb98).
Na stacji, jak to pies, od razu zaznaczył teren (nie całkiem szczelna rura
wlewu).
Gdy wróciłem z kasy, łypnął na mnie przyjaźniej, z pełniejszym brzuchem,
prawie nieśmiało zamerdał ogonem ;) Gdy przekręciłem klucz w stacyjce,
zamruczał coś niby przymilnie, choć dla postronnych zabrzmiało to groźnie i
chropawo (bo wydech do rekonstrukcji).
Ruszyliśmy, po chwili się ożywił. Chyba zajarzył, że nie-jego-pan chce go
wziąć na jakiś fajny spacer, o wiele dłuższy niż tylko wkoło domu.
Nieśmiało wyszliśmy za miasto. Bulterier był wyraźnie spragniony ruchu,
zapomnianych zapachów i świeżego powietrza. Nawet trochę za bardzo... Smycz
musiałem trzymać cały czas krótko, oburącz, bo pies na nierównych ścieżkach
non-stop węszył i szukał drogi, podniecony perspektywą wycieczki.
(Coś w przednim zawieszeniu przeszkadzało utrzymywać precyzyjnie kierunek na
wprost. Przy trzymaniu rąk w układzie zegarowym 9-3, ledwie odczuwalna była
reakcja na skręt w lewo do godz. 8, lub w prawo do godz. 4. Każdą odpowiedź
układu kierowniczego w tym zakresie odbierałem jako za słabą, gumowatą,
niepewną i mocno spóźnioną. Co ciekawe, w dłuższych zakrętach, przy skręconej
kierownicy – a więc po wykasowaniu nadmiernych luzów w podwoziu – przypadłość
zanikała. Zadany tor jazdy dało się utrzymać bez problemów).
Oj, pies nie dał mi tym odpocząć ani chwili. Chyba, żeby się na moment
zatrzymał. Tymczasem droga była kręta, wąska, co chwilę imponujące wyrwy w
asfalcie (do omijania, żeby łap nie pokaleczyć), do tego wioska za wioseczką.
Po 25 kilometrach zrobiłem przerwę techniczną.
Jedno oczko psa nie mrugało jak trzeba.
(Pożyczyłem żarówkę do lewego tylnego kierunkowskazu ze światła cofania).
Prewencyjnie zajrzałem do pyska. Ostrożnie, bo gdybym się zapomniał, stary
pies gotów byłby odgryźć mi łeb (maska nie trzyma samodzielnie pionu).
Sucho, ciepło, bez niepokojących zapachów i śladów wycieków. Zajrzałem pod
dekielek wlewu oleju. Żadnych dymów, ani wyziewów spalin. Pachniało tylko
benzyną właśnie odparowującą z oleju, gdzie trafiła po krótkich, częstych
przeprowadzkach psa na podwórku.
Stary potwór cierpliwie zniósł zaglądanie do pyska i grzebanie w oku.
Odetchnąłem chwilę, wytarłem ręce, poklepałem go po brzuchu i poszliśmy dalej.
Za Paczkowem znaleźliśmy pustawą, szeroką, równą ścieżkę, prostą jak
strzelił. Ostrożnie, nie zanadto, poluźniłem smycz. Na więcej nie pozwalała
moja słaba znajomość nie usłuchanego stwora.
Stary bulterier natychmiast poczuł luz na szyi. Podniósł łeb, wciągnął
powietrze w nozdrza. Rozochocił się, że aż jego znudzone chropowate
bulgotanie przeszło w czystszy radosny skowyt, gdy z premedytacją opóźniałem
zmiany biegów na wyższe:
– Naaaar-reeeeeeeeeeesz-cieeeeeeee :!:
W końcu wrzuciłem piątkę, pierwszy raz tego dnia. I polecieliśmy umiarkowanym
kłusem 120-130 km/h.
(Hmmmmm, nawet to za krótkie sprzęgło zaczęło mi się podobać, bo dzięki temu
zmiana biegów była bardzo szybka, choć wciąż pewna i bezzgrzytowa).
Po paru minutach przyjemnego biegu dogoniliśmy jaką krowę dalekobieżną.
Niestety, było to już na wielokilometrowym krętym podjeździe przed Złotym
Stokiem.
Tedy cierpliwie przeczekałem za krową, chwilami na 2. biegu w tempie 30 km/h,
jakiś kilometr, czekając na okazję. Znudzony bulterier wywalił jęzor i zaczął
dyszeć. Wskazówka temperatury uciekła w prawo, do 3/4 skali, więc
prewencyjnie włączyłem grzanie.
Wreszcie widoczność otwarła się na chwilę do 300 metrów. Wrzuciłem dwójkę,
szepnąłem - Bierz ją! – i mocno popuściłem smycz. - Wraaaaaaaarrrrr! –
rozdarł się zachryple pies, że aż włoski stanęły mi dęba na karku.
Ledwie poderwał się do sprintu, już byliśmy przed krową. Prędziutko spiąłem
smycz – Powoli, stary, powooooooli..... – bo następny zakręt zbliżał się w
oczach.
Pies spokorniał, spuścił łeb, zaczął węszyć i szukać drogi. Znów zacząłem
odczuwać obecność kości nadgarstków, od tego zdecydowanego trzymania
wyrywającej się smyczy.
Grzecznie przeszliśmy przez Kłodzko. Tu zblazowany potwór znów zaczął wywalać
jęzor. Zatrzymując się w mieście, gdy ruch wymuszał, szczęśliwie ani razu nie
zapomniałem, że ręczny hamulec jest nieczynny (wytarte szczęki). Normalnie
mam odruch zaciągania pod każdymi światłami.
Spory ruch na trasie Kłodzko – Łagiewniki pozwolił popuszczać smycz tylko
chwilami, najczęściej z okazji wyprzedzania następnej krowy.
Wróciliśmy po ósmej.
Pies był wyraźnie zadowolony, bardziej rześki niż 3,5 godziny wcześniej.
Zadzwoniłem do kumpla, któremu obiecałem, że dam posłuchać „ścieżki
dźwiękowej”. Bulterier ostatni raz tego dnia dał głos, już na postoju -
Wraarrr! Wraaaaaaaarrrr! – po czym grzecznie ułożył się do spania pod
chmurką.
Wysiadłem z lekko mokrymi plecami, obolałymi nadgarstkami i – jak się
okazało – odruchami ciągłych korekt kierownicą, które chwilę później
niepotrzebnie przeniosłem na Pipidówkę. Na pożegnanie pogłaskałem bulteriera
po kształtnym, ciepłym łbie.
Pies, choć przynależny do rasy podobno niebezpiecznej i wyglądający groźnie,
okazał się mieć bardzo dobry i zrównoważony charakter. To jest taki duży,
masywny basior, w razie potrzeby piekielnie szybki, a w razie potrzeby bardzo
cierpliwy. Robiący wrażenie pewnego siebie, spokojny, przewidywalny i trudny
do wyprowadzenia z równowagi (jeżeli w pełni sprawny). Nawet nastoletnie
dzieciaki można byłoby wypuszczać z nim na spacery, po krótkiej nauce czego
mu nie robić, żeby nie gryzł.
Wcale mnie nie kusił, żeby szczuć nim inne zwierzęta ;)
Najprzyjemniej biegało się z nim umiarkowanym kłusem, około 130 km/h.
Działo się tak trochę przez niedostatki zdrowotne, ale przede wszystkim przez
jego nie wyczynowe maniery. To nie jest wyścigowy chart, który żyje 6 lat na
pełnych obrotach, a potem zdycha z przetrenowania.
Szkoda tylko, że ten pies za często stawiał koślawo te swoje