cyklista6
28.07.05, 11:42
Tak sobie czytam te różne postingi, i odnajduję siebie (i moją Żonę) w wielu z
nich. Też mieliśmy (mamy) te same problemy co większość z Was - kiepski i
rzadki seks, czasami raz na miesiąc, czasami raz na dwa miesiące, góra 2 razy
na miesiąc. Wiem, wiem - nie o statystykę chodzi ale dla mnie to po prostu za
mało. A jak za mało, to zazwyczaj za szybko (zarówno dla niej jak i tak
naprawdę dla mnie też). Poza tym, kiedy jest rzadko to nie ma co mówić o
jakiejś rozbudowanej, satysfakcjonującej grze wstępnej, uwodzeniu ukochanej
kobiety, jednoczącej przyjemności - tylko raczej o szybkim finale, znoszącym
napięcie i pozwalającym mi normalnie funkcjonować ale to nie to, nie tego chcę.
Od kilku lat (małżeństwem jesteśmy ponad 10 lat) moja druga połówka się
zwyczajnie wykręca, odwleka jak może i traktuje obowiązek małżeński jako coś
raczej niepożądanego. Ja bym chciał odczuć jakąś wzajemność, doskwiera mi
poczucie 'samotności pożądania' - chciałbym poczuć się obiektem jej chuci.
Itd, itp. Znacie to wszyscy, albo z autopsji albo z innych postingów. Opis
frustracji, uczucie upokorzenia, narastające poczucie samotności - daruję
sobie, nie wniosę tu nic nowego.
O co mi zatem chodzi? Otóż truję tak i truję mojej Ślubnej, że tak być nie
powinno, dzieci rosną a my wciąż zdrowi, więc nie marnujmy czasu. Truję tak od
lat i sam się do tego przyzwyczaiłem. I oto coś się zaczęło zmieniać w jej
postawie. Ale - i o tym chcę napisać - teraz ja odczuwam, że nie chcę! I sam
do końca tego nie rozumiem. W każdym razie od pewnego czasu (nie za długiego,
więc nie wiem czy to tylko efekt lata czy coś bardziej trwałego) to moja Żona
wysyła cholernie delikatne sygnały (acz całkowicie dla mnie czytelne choć
udaję że ich nie widzę i zasypiam udając zmęczenie).
No i zacząłem to jakoś analizować. Wychodzi mi na to, że mam ochotę się
zemścić za lata niedopieszczenia, że teraz niech ona pozna frustracje ciągłego
odrzucenia. Chciałbym usłyszeć słowa - przepraszam, teraz już tak nie będzie,
albo jeszcze lepiej - miałeś rację. Chciałbym, aby w seksie ona była mniej
kłodowata (bo głównie ja odwalam wyngiel jak już do czegoś dochodzi). To nie
koniec moich marzeń - chciałbym rozsypać bukiet kwiatów na łóżku i wraz z nią
je zniszczyć kompletnie (raczej nie róże, prawda ale może frezje?) - ale
jednocześnie sam się zamykam w skorupie. O tej skorupie był niedawno świetny
wątek, czuję się bardzo podobnie. Już kilka razy było tak, że mi obiecywała iż
wrócimy do siebie, raz drugi było super a potem znowu miesiąc postu albo i
dwa. I ja teraz się boję, że znowu się napalę, i będą potem nici, czy może
raczej powrót epoki lodowcowej.
Przypominam sobie te wieki niespełnienia, niezrozumienia, samotności w
małżeństwie i od razu mi się odechciewa znowu chcieć. A kiedy widzę
rozczarowanie w jej oczach to mi się robi jej żal, bo wiem że ją kocham. Ale
skorupa twardnieje. Dlaczego "miękkość" uważamy oboje za "słabość"?
Wszelkie porady typu 'znajdź sobie kochankę to się sprawdzisz i do niej
wrócisz' proszę zachować dla siebie, nie mam najmniejszego zamiaru jej
porzucać, bo ją kocham i ona mnie, mamy kilkanaście lat dobrego bagażu
wspomnień, cudowne dzieciaki, świetnie się rozumiemy (poza seksem naturalnie).
Natomiast chętnie wysłucham - z jakąś masochistyczną przyjemnością - że jestem
głupi, że się mszczę głównie na sobie i na nas a nie tylko na niej, że to nie
prowadzi donikąd, że to bez sensu. Wiem, że tak jest. Bardziej bym Was prosił
o jakieś porady, co zrobić aby wyjść z tej skorupy - i jak mam jej powiedzieć,
aby się ze mną komunikowała werbalnie, że nie czytam telepatycznie w jej
myślach, że mogę wiele zrozumieć ale nie czytam w jej głowie. Ona też chce
wyjść ze swojej skorupki, widzę to. Czy to aby nie nadmiar romantycznej
literatury w liceum powodującej skrzywione widzenie świata?
No tak, dwoje ludzi, niby rozumnych a gorzej jak dzieci, nieprawdaż?