fajnyschatz
03.08.09, 18:31
Skoro już doczołgałem się do połowy mego żywota (fajnie by było, bo jeszcze
sporo lat przede mną, a może jednak mam już tę połowę dawno za sobą :-)) ), to
myślę, że mogę się pokusić o pewną polemikę z ogólnie znanym oglądem pojęcia
"midlife crisis".
Z wielu różnych opisów tego problemu wynika, że po osiągnięciu pewnego wieku
(około 40 lat) w psychice mężczyzny zachodzą różne zmiany, które dosyć typowo
się uzewnętrzniają (zgodnie z powiedzeniem: "głowa siwieje, dupa szaleje" ).
Najczęstsze przejawy to: dziadek na Harleyu, tatuażyk plus kolczyk w uchu,
wiązanie na głowie chusty (jak Berlusconi) zamiast beretki z antenką, nowa,
młoda (choć nie zawsze atrakcyjna) żona, odwiedzanie dyskotek. Czasem, choć
znacznie rzadziej widuje się pójście w formę fizyczną (to jednak wymaga
sporego nakładu pracy). I tak dzięki temu mam kilku znajomych
Schwarzeneggereów, maratończyków i górskich kolarzy.
I tak się zastanawiam, dlaczego ktoś to wszystko nazywa kryzysem ?
Gdy miałem dwadzieścia lat to nie miałem kasy, żeby kupić Harleya albo
Porsche, a nie jest nic dziwnego w tym, że 40 latek może mieć dosyć kasy, żeby
to kupić, a naprawdę są to przedmioty, które dają masę szpasu. I gdzie tu
kryzys ? Mając 20 kilka lat, znało się kilkanaście koleżanek i często było się
zbyt nieśmiałym, żeby zapytać, czy nie miałyby ochotę pójść do łóżka (mam
wrażenie, że obecnie to się trochę zmieniło). A mając 40 kilka lat zna się
dziesiątki kobiet i naprawdę zdarzają się takie, które same sygnalizują chęć
bliższego poznania (z góry uprzedzam komentarze, że to nie są dziwki, ale
kobiety, o których statusie niejedna może pomarzyć) . I gdzie tu kryzys ? I po
co się rozwodzić ?
Dodam też, że natura tak jakoś niesprawiedliwie to ustawiła, że starsi faceci
znacznie łatwiej znajdują młodsze partnerki niż na odwrót. Nazywanie efektów
tego kryzysem to nieporozumienie.
Jeśli 40 latek zaiwania na siłownię 4 razy w tygodniu i wprawdzie ma łysinę,
ale brzuch jak waschbret (czyli tarka, wyjaśnienie dla młodszych czytelników:
tarka to taki przyrząd do prania, gdy jeszcze nie było pralek) i przyciąga
wzrok nastolatek na plaży bardziej niż jego młody kolega z siłowni, to to ma
być kryzys ?
Nie bardzo ta cała kampania z "midlife crisisem" może mnie przekonać.
Przecież 40 kilkulatek ma z reguły doskonałe możliwości finansowe, które nadal
stale rosną z wiekiem, żeby osiągnąć orbitę, na której krąży Anne Nicole Smith
;-), z reguły ma dorosłe dzieci, którym nic się nie stanie jeśli rodzice się
rozejdą (znam to z autopsji) i znajdą sobie atrakcyjniejszych partnerów.
Moja opinia na temat midlife crisis: jest to nieudolna próba (prawdopodobnie
ze strony feministek, rzuconych żon i innych poszkodowanych przez los) aby
ośmieszyć i w miarę możliwości spaskudzić najpiękniejszy okres w życiu mężczyzn.