Dodaj do ulubionych

Psychoterapia

30.03.04, 13:13
Na ten temat warto porozmawiać.
Kopiuję to co napisałyśmy wcześniej niech już będzie w jednym miejscu:

KOPIA:
Awanturka;
Jak myślicie, czy to,że ostatnio jest nieźle to może byc skutek aż trzech cykli psychoterapii
jakie W ostatnim roku przeszłam?

Wcześniej nie korzystałam z psychoterapii (nie liczac psychoterapii grupowej 20
lat temu) bo mój lekarz uważał, że przy chorobach afektywnych skutecznośc psychoterapii
jest mała.

Co myślicie o psychoterapii w chorobach afektywnych? jakie macie doświadczenia?
Czy to mozliwe żeby ta wyrażna poprawa jaka obserwuje miała z psychoterapia jakis zwiazek?
(Napewno nie jest spowodowana
lekami bo 0d 10 lat biorę to samo i w tej samej dawce.)

A poza tym jeszcze jedna mała uwaga - na tym forum jest bardzo sympatycznie.
Na depresji powoli robi się nieciekawie. Skad w ludziach tyle agresji i, z drugiej strony,
przewrażniwienia na swoim własnym
punkcie?

W kazdym razie wolę to forum tylko szkoda że tu czasami tak pusto...

Pozdrawiam wszystkich! - awanturka

=
Marta:
Co do psychoterapii, to sama nie wiem. Niby ma nie pomagać w razie choroby endogennej
(czyli mojej). Raz mi bylo lepiej - po grupowej, raz gorzej, po 6 miesiącach analizy - wprost
uciekłam.
=
awanturka:
W wieku lat 19 trafiłam z niezbyt nasilonymi objawami(tak je oceniam z perspektywy tego co
przeżyłam później) na psychoterapie grupowa prowadzona w renomowanym ośrodku leczenia
nerwic w sposób bardzo intensywny (5 dni w tygodniu po 5godzin przez 5 miesiecy). W
trakcie psychoterapii zaczęło byc gorzej i gorzej. Mimo wszystko, namawiana przez
terapeutów, brnęłam w to dalej (to niby miała byc normalne i znaczyc,że psychoterapia
działa). Pod koniec miałam już tak nasilone objawy, że wyladowałam w szpitalu, gdzie w
stosunkowo krótkim czasie lekami antydepresyjnymi postawili mnie na nogi.
Nie mogę oprzec sie wrazeniu,że mój pierwszy naprawde cięzki epizod depresyjny wywołany
był właśnie psychoterapia. No i pożegnałam się z psychoterapia na długo..

Rok temu zaczęłam chodzic na psychoterapie indywidualna, niezbyt intensywna
(1-2 spotkania w miesiacu). Podono ten rodzaj psychoterapii jaki przeszłam nazywa sie
psychoterapia poznawcza. Nie było żadnego eskalowania emocji, raczej terapeutka starała sie
delikatnie emocje wyciszac. A psychoterapia polegała własciwie na jednym - tropieniu w
moim umyśle przekonan, które moga przyczyniac się do obniżenia nastroju. I tylko tyle. Ale
bardzo ja sobie chwalę.

Czy możesz coś napisac o terapii psychoanalitycznej? Czy terapeuta wiedział na co chorujesz
czy tylko miał wiedze całkiem ogólnia (że miewasz stany depresyjne)? Spotkałam sie z opina,
że CHAD i CHAJ sa przeciwskazaniem do prowadzenia tego rodzaju terapii. czemu uciekłas
(już o tym wspominałas w jakimś watku, ale może napiszesz coś więcej).

Czy możesz napisac jakie korzyści odniosłaś z psychoterapii grupowej?
Gdzie była prowadzona, kto w niej uczestniczył (tylko nerwicowcy czy ludzie z chorobami
afektywnymi też?). Psychoterapia grupowa jaka przeszłam była prowadzona dla pacjentów z
nerwica (ja też tam trafiłam z taka diagnoza).

==
Marta:

W Laboratorium Psychoedukacji, zajęła się mną pani terapeutka - przy okazji dr filozofii,
poczułam się zaszczycona, ale i poczulam że mnie z miejsca zdominuje.
Typowa psychoanaliza, kobita z rzadka zadawała dodatkowe pytania typu "co pani wtedy
czuła/myślała?" Nigdy nie moglam spamiętać tych pytań, tj czego one dotyczyły i
wychodziłam lekko zaczadziała.
Żadnego poczucia więzi, jakiś wręcz dystans między nami.
Wydawała mi się pozbawiona poczucia humoru, albo miała żelazną samodyscyplinę.

Ustaliłyśmy sobie najpierw trzy miesiące na próbę, czy to coś daje, potem jeszcze trzy.
Zrezygnowalam w końcu, bo czułam że grozi mi wewnętrzna eksplozja. Nie umiałam wyjaśnić
na czym to polegało, ale terapeutka kiedyś oznajmiła, że rzeczywiście jest tak jak sądzę, że
mianowicie nie rozumiem wielu rzeczy na własny temat. No cóż, podważać gmach
samowiedzy jest w moim wypadku bardzo ryzykowne.
I jeszcze liczyć na to, że po iluś latach analizy dojdę do tej słusznej wiedzy... nie mam 20 lat,
nie mam czasu.

Wiedziala [na co choruję], pytała czy nie zapominam o lekach. Nie miala mnie wyleczyć z
CHAD, bylam jak każdy, wszyscy chodzimy do dentysty i wszyscy moglibyśmy chodzić na
analizę. Ale by mieli używanie
wink))

> Czy możesz napisac jakie korzyści odniosłaś z psychoterapii grupowej?

To było za krotko, 1,5 miesiąca na oddziale dziennym.
Dostrzegłam jak wiele istnieje podobieństw między ludźmi i to niezależnie od ich sytuacji
społecznej. I też - jak jednak wiele jest różnic.
Często ktoś spontanicznie zgłaszał jakiś swój problem, ktoś inny potwierdzał, że on też ma
to samo, potem mówiono o tym, psycholog sprytnie tak kierowała dyskusją, żeby wnioski się
nasunęły same.
Jednak bez psychologa, czy innego mediatora nie sądzę, żeby dało się dyskutować na tematy,
które tak bardzo ludzi poruszają.
Bardziej sobie cenię kilka ćwiczeń jakie się tam odbyły - typu zabawy symboliczne.
Myślę, że pozbylam się nieco kompleksu niższości, ktory mi wmawia moja psychiatra, ale
którego nikt nie widzi. Tak na marginesie: podobno jak się go ma, to już na stałe! Dobry
Boże...

No to się rozpisalam,
pozdrawiam
Marta

PS. A teraz może inni coś napiszą o psychoterapii?
M
Obserwuj wątek
    • ne.la Re: Psychoterapia 30.03.04, 13:52
      Hej smile

      To jest bardzo ważny temat. Piszcie koniecznie o waszych doswiadczeniach -
      chociaż problem może polegać na tym, że przeżycia w psychoterapii są często
      zbyt intymne, by się nimi dzielić, a poza tym czasami po prostu
      niewerbalizowalne.

      Ja mam trzy typy doświadczeń: po pierwsze, "psychoterapię" związaną z anoreksją
      (dawno temu). Piszę w cudzysłowie, bo to było żenujące. Wówczas jeszcze nie
      była to choroba tak rozpowszechniona jak w tej chwili, pobyt w szpitalu polegał
      na wmuszaniu jedzenia i seansach poświęconych uświadamianiu mi, jak okropnie
      wyglądam będąc wychudzona: stawianie mnie nago (!) przed lustrem przez pana (!)
      psychiatrę (!). Do wszystkich dziewczyn na oddziale było przykładane to samo
      wyjaśnienie anoreksji: że się odchudzałyśmy, żeby się podobać chłopakom (!!!).
      Eh.......

      Po drugie, trafilam na interwencję kryzysową po pewnym traumatycznym
      doświadczeniu (prosto z policji, gdzie składałam zeznania). Wspominam to bardzo
      dobrze, pani psycholog pomogła mi krótkoterminowo. Jednak po paru miesiącach
      wpadłam w depresję - najgorszą, jaką kiedykolwiek miałam. Psychiatra (młoda,
      sympatyczna, bardzo długi wywiad - dzięki czemu mogła wyjść poza
      diagnozę "depresja") zdiagnozował psychozę maniakalno-depresyjną. Leki itd.
      Trafiłam na psychoterapię indywidualną, która szybko zmieniła się w sesje
      psychoanalityczne u innej osoby. Byłam w psychoanalizie trzy lata. Nie zniosłam
      przeniesienia. Z jednej strony dużo mi dała w sensie ustalenia własnej
      historii: "wszystko zaczęło się układać" - anoreksja wywołana doznaną krzywdą,
      później praktycznie powtórzenie traumatycznej sytuacji (w innej formie itp. ale
      jednak z podobnym schematem), towarzyszące mi zawsze poczucie winy za to
      wszystko... No, nie ma co wyjaśniać; w każdym razie. Muszę się przyznać, że
      jednocześnie (to zresztą dość klasyczne) zaczęłam się interesować psychoanalizą
      od strony naukowej, to też sporo mi dało.

      Popieram: CHAD nie jest "wyleczalny" na tej drodze, nie ma się co łudzić.
      Terapie pomagają zrozumieć (siebie?), co nie znaczy nawet tyle, że potem sie
      nie powtarza szkodliwych mechanizmów (bo powtarza sie je).

      Pozdrawiam Was bardzo serdecznie
    • awanturka Re: Psychoterapia 30.03.04, 14:10

      Przewaznie psychoterapeuci utrzymuja,że skuteczna i porzadnie przeprowadzona psychoterapia musi się wiazac z silnymi emocjami. A ja sie właśnie w psychoterapii emocji boję. Wszystkie silne emocje, które towarzyszyły zwykłym wydarzeniom życiowym stawały się poczatkiem nawrotu choroby. Więc boję się nawrotu choroby wskutek emocji, które pojawiaja sie w trakcie psychoterapii.

      W czasie wakacji (lipiec-sierpien) ubiegłego roku przebywałam w ośrodku psychoterapeutycznym.
      Podczas psychoterapii indywidualnej bardzo pilnowałam, żeby wracaniem do trudnych wydarzen w moim życiu i "grzebaniem w psychice" silnych emocji w sobie nie wzbudzic. Psychoterapeutka była poinformowana o mojej postawie i ja zaakceptowała. Ale pod koniec powiedziała mi, że swoja asekurancka postawa zaprzepaściłam szansę odniesienia z psychoterapii jakiś większych korzyści.
      Pewnie miała racje ale z drugiej strony to nie ona ponosiłaby konsekwencje ewentualnego nawrotu choroby spowodowanego rozchwianiem moich emocji...

      Poprostu nie wiem co mam zrobic. Czy zaryzykowac kiedys "głębsza" psychoterapię?

      Psychoterapia poznawcza, która mniej bazuje na emocjach mi bardzo odpowiada, ale podobno nie można spodziewac sie po niej jakis dużych efektów.

      Troche chyba naświetliłam dylemat przed jakim stoję i wyjasniłam czemu temat "psychoterapia" tak drażę nas forum.

      Będe wdzieczna za wszelkie uwagi, sugestie i doświadczenia innych.

      Pozdrawiam! - awanturka

      • ne.la Re: Psychoterapia 30.03.04, 14:21
        Awanturko, sama właściwie odpowiedziałaś na pytanie...

        W psychoanalizie jest tak, że w relacji terapeutycznej MUSI dojść do tzw.
        przeniesienia: rozegrania jeszcze raz negatywnych emocji, przeniesionych na
        terapeutę. To jest zresztą podstawą. Możesz się starać tego uniknąć, ale nie
        uda Ci się - oczywiście, że to będzie trudne, ale chodzi chyba o to, żeby
        kontynuować MIMO - ja wycofałam się, gdy przeniesienie stało się zbyt trudne, i
        dosłownie uciekłam z psychoanalizy - efekt: przeniesienie i jego efekty jakoś
        się "skończyły", uspokoiły - ale jego przyczyny cały czas żyją we mnie i mogą
        się w każdej chwili uaktualnić... Lepiej więc byłoby chyba je
        przeprawcować "raz na zawsze".

        potraktuj te "rady" na zasadzie "przyganiał kocioł garnkowi" wink
        • awanturka Re: Psychoterapia 04.04.04, 13:32
          ne.la napisała:

          > W psychoanalizie jest tak, że w relacji terapeutycznej MUSI dojść do tzw.
          > przeniesienia: rozegrania jeszcze raz negatywnych emocji, przeniesionych na
          > terapeutę.

          Z klasyczna psychoanaliza nigdy nie miałam do czynienia. U mnie problem polega na tym, że nie ma żadnych negatywnych emocji!

          Jak jestem w remisji to wyglada na to,ze nie mam żadnych wewnetrznych, nie rozwiazanych konfliktów.

          Czasem mam wrażenie, że bedac w depresji wydaje mi się, że je mam bo trzeba jakoś logicznie uzasadnic tak drastyczne obniżenie nastroju.
          A jak depresja przejdzie to sprawy te sa poprostu nieistotne.

          Gdy mówię psychoterapeutom, że tak to własnie widzę sa bardzo niezadowoleni i przypuszczaja, że poprostu te konflikty wypieram do podświadomości. Może maja rację. Ale czy napewno?

          Parę razy w imie "niewypierania" zaczęłam zajmowac sie emocjami "trudnymi" i "nie rozwiazanymi konfliktami", ale miałam wrażenie jakbym robiła na siłę problem z niczego, po to, poprostu, by zadowolic terapeutę. To chyba idiotyczne, prawda?

          Nie bardzo wiem co tu przeprawcować "raz na zawsze".

          Zwróc uwagę, że podobna myśl wyraża Jagoda w swoim poscie. Moze w tym coś jednak jest....

          Pozdrawiam! - awanturka
      • empeka Re: Psychoterapia 30.03.04, 17:59
        awanturka napisała:
        > Więc boję się nawrotu choroby w
        > skutek emocji, które pojawiaja sie w trakcie psychoterapii.

        I bardzo słusznie się boisz - wlaśnie niedawno się dowiedziałam, że wyzwalaczem fazy w CHAD
        może być każde ważniejsze przeżycie, zmiana, nawet typu podróż.
        Coś takiego mi się przydarzyło w zeszlym roku, popadłam w hypomanię na kilka miesięcy pod
        wpływem nagłego spotkania i otwarcia na pewne możliwości zawodowe (nic z tego nie wyszło,
        tak na marginesie).
        Na początku maja wyjeżdżam na jakieś 3 tygodnie i już się boję.

        > Podczas psychoterapii indywidualnej bardzo pilnowałam, żeby wracaniem do trudnych
        > wydarzen w moim życiu i "grzebaniem w psychice" silnych emocji w sobie nie w
        > zbudzic.
        Ja w takiej sytuacji uznałam, że korzyści będą mniejsze niż ryzyko. Ale ja jestem tchórzliwa.

        Pa
        Marta
        • awanturka Re: Psychoterapia 30.03.04, 18:34
          Z tymi wyzwalaczami fazy CHAD jest dokladnie taj jak piszesz.
          U mnie fazę CHAD wyzwoliły :
          - nadspodziwanie dobre zdanie pewnego trudnego egzaminu
          - choroba mamy
          - własny ślub
          - wyjazd zagraniczny
          - utrata pracy
          - znalezienie pracy
          - koniecznośc przebywania w dużej grupie ludzi których nie znam
          (zwiazana z pewnym nieuniknionym w tej sytuacji napieciem)
          i inne przeżycia, których wspólna cecha było,że wiazały się z silnymi emocjami.

          Więc "chucham i dmucham" na siebie jak mogę i staram sie życ bez żadnych emocjonalnych wstrzasów. Ogranicza to drastycznie moje możliwosci zyciowe bo j tak już jest, że robienie rzeczy ważnych dla mnie jest zwiazane z dużym ładunkiem emocji (inaczej nie potrafię). No wiec z wielu rzeczy zrezygnowałam.
          Wolę w pewien sposób nie realizowac się w życiu niż ryzykowac nawroty choroby (bardzo trudno mnie wyprowadzic z depresji i potrafi się taka depresja ciagnac i ciagnac..)

          Nie wiem czy to tchórzostwo czy rozsadek i doświadczenie jakie daje życie z ta choroba?

          Ale trzeba przyznac, że od kiedy tak bardzo na siebie uważam właściwie nie mam poważniejszych nawrotów, więc może to najrozsadniejsza postawa jaka można było przyjac w mojej sytuacji? Jak myślicie?

          W koncu sa przecież ludzie niepełnosprawni, którym kalectwo czy choroba tez ogranicza możliwości zyciowe. Może poprostu trzeba sobie jasno powiedziec,że jestem w pewien sposób "niepełnosprawna" z powodu choroby afektywnej?





          • empeka Re: Psychoterapia 31.03.04, 16:10
            > [...]może to najrozsadniejsza postawa jaka można było
            > przyjac w mojej sytuacji? Jak myślicie?

            Tak właśnie myślę smile))

            > W koncu sa przecież ludzie niepełnosprawni, którym kalectwo czy choroba tez ogra
            > nicza możliwości zyciowe. Może poprostu trzeba sobie jasno powiedziec,że jestem
            > w pewien sposób "niepełnosprawna" z powodu choroby afektywnej?

            A tak wcale nie myślę.
            Jesteś bardzo mądrą i wnikliwą osobą i robisz to co słuszne dla własnego dobra. Jak się dobrze
            zastanowić, to nikt nie ma wszystkich pożądanych sprawności.

            Pytanie: czy psychoterapia pomaga w zdobywaniu mądrości?

            Pozdrawiam
            Marta
    • jagoda16 Re: Psychoterapia 31.03.04, 00:46
      Oj żałuję, że ciągle zbyt dołuję by aktywnie włączyć się w Wasze dyskusje. Ale
      po cichu śledzę co piszecie.
      Też mam dlugie doświadczenie z psychoterapią: Rasztów (Ośrodek psychoterapii
      nerwic) i ok. 6 lat psychoterapii indywidualnej po nim. Przez cały ten okres
      nikt nie dostrzegł,że mam CHAD, ja natomiast czułam się jakbym nie zaliczala
      kolejnych lekcji, tzn. nie dość dobrze starała się leczyć. Terapia także
      podkręcała moje emocje i wyzwałała wojownicze zachowania ( że niby tłumię złość
      i stąd depresja)Ale i nietłumienie nie pomagało. Fakt nauczyłam się wiele o
      sobie, o relacjach, wiele zmieniłam. Acha, w grupie dołujące dla mnie było
      momentami poczucie, że ja jestem jakoś inaczej. głębiej zaburzona. Choć
      oczywiście było to też doświadczenie wspólnoty ludzkich problemów.
      Dużo więcej dała mi kolejna terapia chyba nazwałabym ją wspierająco -poznawczą.
      Dzięki niej też z pełną odwagą odkryłam co mi jest, bo lepiej poznałam siebie,
      a i terapeutka nie narzucała mi takich przekonań, że dopóki czegoś nie
      przepracuję to się nie wyleczę. Zrozumiałam, że już cholernie dużo
      przepracowałam a tu ciągle to samo. I wtedy zaczęłam odróżniać zmiany nastroju
      wynikające z przeżyć od tych które są endogenne właśnie.
      Dopiero póżniej wyczytałam, że najlepsza psychoterapia dla dwubiegunowych to
      p. wspierająca. No bo trzeba też przyznać, że biorąc na bok dzieciństwo, gdzie
      u każdego można się czegoś doszukać to życie z tą chorobą też prowadzi do
      wikłania się w różne trudne sytuacje, po prostu żyje się też ciężej.

      A tak w ogóle to ta choroba podobno ma swoją dynamikę w wieku młodzieńczym fazy
      są krótsze i częstsze, w dojrzalym , no po 30 depresje dłuższe.
      To tyle na razie, pozdrawiam wszystkich
      • awanturka Re: Psychoterapia 31.03.04, 12:45

        jagoda16 napisała:

        > I wtedy zaczęłam odróżniać zmiany nastroju
        > wynikające z przeżyć od tych które są endogenne właśnie.

        Tak bardzo bym chciała posiaśc tę umiejętnośc! Myślę,że jest to kluczowa umiejętnośc potrzebna człowiekowi z CHAD. Gdybym to umiała udało by mi się uniknac wielu komplikacji życiowych.

        Na razie tego nie potrafię.
        Z jednej skrajności popadłam w druga.

        Wcześniej szukałam przyczyn zmian nastroju wyłacznie w okolicznościach życiowych nie zdajac sobie sprawy, żę moga byc to zmiany pochodzenia endogennego. Teraz z kolei popadłam w druga skrajnośc - wszystkie intensywne emocje przypisuje chorobie i do wszystkich emocji, które towarzysza życiu mam dystans. Tak na wszelki wypadek. Ale to też nie dobrze, bo przy tym dystansie gubi się gdzieś moje "ja" i sama siebie przestaję traktowac poważnie.

        Jagodo! Czy odróznianie emocji "normalnych" od tych spowodowanych choroba było jednym z celów psychoterapii, która przeszłaś czy osiagnęłaś to niejako "przy okazji" - jako efekt niezamierzony?

        Tak bardzo bym się chciała tego nauczyc. To co piszesz budzi we mnie nadzieję, że jest to możliwe. Bardzo Ci za te informację dziekuję i pozdrawiam.

        - awanturka
        • jagoda16 Re: Psychoterapia 02.04.04, 01:06
          Awanturko,
          nie bylo to wcale celem psychoterapii, ale efektem ubocznym, niezbyt zreszta
          mile przyjetym przez terapeutkę. No nie bylo to też takie trudne, bo jesli
          przez iles miesiecy jestes w dole, a dzieją się z Tobą rożne , też dobre
          rzeczy, a tu nic nie pomaga; i na odwrót w okresach wyżu różne mocno stresowe
          sytuacje nie byly w stanie mnie wywrócić. W pewnym momencie psychoterapii
          zaczęłam tak jakoś wierzyć w to co czuję i że nie ma już pod tym jakiegoś
          nieuświadomionego drugiego dna, wypartych emocji. Ale wiesz, ta wiedza nie
          pomaga w niczym oprócz tego że odbarczyłam się z poczucia winy, ze jeszcze
          czegoś nie przerobiłam z przeszlości, ze gdybym się lepiej postarała to byłoby
          mi lepiej. Ale wiesz, ze w dole i tak nie brak innych negatywnych myśli.
          Ale druga sprawa jednak to te wewnętrzne, niczym niespowodowane zmiany
          nastroju cholernie komplikują życie, zacierają ogląd różnych sytuacji, powodują
          przynajmniej u mnie różne komplikacje w relacjach z ludżmi. W ogole mam ochtę
          na taki nowy wątek "Jak Wasi bliscy reagują na Waszą chorobę?" No bo moi
          fatalnie.

          pozdrawiam
          • awanturka Re: Psychoterapia 04.04.04, 13:57
            jagoda16 napisała:

            > W pewnym momencie psychoterapii
            > zaczęłam tak jakoś wierzyć w to co czuję i że nie ma już pod tym jakiegoś
            > nieuświadomionego drugiego dna, wypartych emocji. Ale wiesz, ta wiedza nie
            > pomaga w niczym oprócz tego że odbarczyłam się z poczucia winy, ze jeszcze
            > czegoś nie przerobiłam z przeszlości, ze gdybym się lepiej postarała to
            > byłoby
            > mi lepiej.

            Ze mna jest identycznie! (przeczytaj mój post pod postem ne.li)

            jagoda16 napisała:

            > nie bylo to wcale celem psychoterapii, ale efektem ubocznym, niezbyt zreszta
            > mile przyjetym przez terapeutkę.

            Psychoterapeuci, z którymi miałam do czynienia (poza jednym), absolutnie nie mogli się jakoś pogodzic z tym, że tak to widzę i cały wysiłek kierowali na przekonanie mnie ,że tak nie jest.

            (Znowu odsyłam Cię do mojego postu po poscie ne.li.)

            Natomiast psychoterapia prowadzona przez kobietę, która nie kwesionowała (przynajmniej otwarcie) tego mojego przeswiadczenia dała mi najwiecej.
            Nie zajmowałysmy sie jakimiś "wydumanymi" problemami tylko poprawa mojego zwykłego funkcjonowania na codzien i radzeniu sobie w niełatwym zyciu z choroba.

            jagoda16 napisała;

            > Ale druga sprawa jednak to te wewnętrzne, niczym niespowodowane zmiany
            > nastroju cholernie komplikują życie, zacierają ogląd różnych sytuacji, powodują
            > przynajmniej u mnie różne komplikacje w relacjach z ludżmi. W ogole mam ochtę
            > na taki nowy wątek "Jak Wasi bliscy reagują na Waszą chorobę?" No bo moi
            > fatalnie.

            Wiem coś o tym! Dwanascie lat nie mogłam wyjsc za maż za człowieka, którego kochałam (z wzajemnościa) bo moje zmiany nastroju wywoływały miedzy nami bardzo duże konflikty. Trzy razy "podchodziliśmy" do małżenstwa. Dopiero za trzecim razem skutecznie.

            Sprawę pogarszał fakt, nie miałam dystansu do emocji, myśli i przekonan, które sa wytworem mojej choroby. Od kiedy mam go trochę jest dużo lepiej między nami.(A na psychoterapii chca mi zasadnośc tego "dystansowania" się podważyc!)

            Propozycja nowego watku moim zdaniem swietna!
            Nie bedę odbierała pomysłodawczyni przyjemności osobistego zainicjowania nowego watku. Ale obiecuje w nim napisac sporo. Mój maż reaguje na moja chorobę nawet nie najgorzej (dopiero po latach). Natomiast moja siostra fatalnie!
            I bardzo mi szkoda, że moje chorowanie zniszczyło silna wież miedzy nami jaka mialysmy z dziecinstwa i wczesnej młodosci.
        • proximano Re: Psychoterapia 10.04.04, 17:56
          awanturka napisała:

          >
          > jagoda16 napisała:
          >
          > > I wtedy zaczęłam odróżniać zmiany nastroju
          > > wynikające z przeżyć od tych które są endogenne właśnie.
          >
          > Tak bardzo bym chciała posiaśc tę umiejętnośc! Myślę,że jest to kluczowa umieję
          > tnośc potrzebna człowiekowi z CHAD. Gdybym to umiała udało by mi się uniknac wi
          > elu komplikacji życiowych.
          >
          Może Cię rozczaruję ale niestety tak nie jest. Przynajmniej u mnie. Rozróżniam (mniej wiecej bo faze hypomani dopiero po fakcie) fazy choroby. Niestety nadal wiklam się w różne sytuacje i komplikuje sobie życie. Jeśli chodzi o dynamikę choroby, jak pisała Jagoda, to się zgadzam. Mam 20 lat i zmiana faz następuje dość szybko. Faza hypomani nie trwa zbyt długo, dwa, trzy tygodnie, faza depresji około dwóch, trzech miesięcy. Zmiany też nastepują dużo gwałtowniej. Jak na razie okres mani miałam (dzieki Bogu) tylko raz i trwał bardzo krótko, ok tygodnia, dwóch. Natomiast zaraz po nim, bez żadnego okresu normalizacji, natychmiast weszła faza depresji tak slinej ze w końcu wylądowałam w szpitalu. Potem nastąpiła faza mieszana a po niej znowu depresja. Wszystko w ciagu zaledwie 3 miesięcy. Po 30-stce faktycznie fazy depresyjne trwają dłuzej i co gorsza są jeszcze silniejsze. Miałam okazje obserwować.
          Psychoterapię miałam przez około 2 lata. Na początku zdiagnozowano zaburzenia osobowości nerwicowo-depresyjne oraz osobowość niezdolną do radzenia sobie ze stresem. Wszystko ładnie, pięknie i pod linijke. Psychoterapie prowadziła żona znajomego. Nie od początku, najpierw on ją prowadził ale stracił dystans. Miło sie z nią rozmawiało, była. jak to się nazywa "więź". Niestety moje kłopoty nie mijały. W czasie terapi nie było żadnych większych emocji, żadnego przeniesienia. Raczej tłumaczenie mechanizmów jakimi żądzą się ludzkie działania. Teoretycznie poznałam siebie lepiej i nauczyłam się kilku praktycznych sztuczek. Na dłuższą metę nie dało mi to nic. Fazy dalej sie zmieniały. Nagle, dośc niespodziewanie po bardzo krótkim leczeniu farmakologicznym (2 miesiace na afobamie i fluoksetynie) nastąpił okres normalizacji który trwał 8 miesiecy. Przeżywałam wtedy duże stresy (matura, egzaminy na studia, konflikty z chłopakiem) ale mimo to wszystko było ok, nie miałam nawrotów. Nawroty zaczęły sie w listopadzie 2003 najpierw łagodne a potem coraz silniejsze. Żeby było śmieszniej, akurat wtedy nadal wszystko układało mi sie jak z płatka. Nigdy jeszcze nie miałam takiej dobrej passy jak od maja 2003 roku. W zeszłym tygodniu zdiagnozowano u mnie ostatecznie ChAD. Na psychoterapie się jak na razie nie wybieram bo jak do tej pory niewiele mi dała. Jak mam okres normalizacji lub hypomani to oczywiście zgodnie z wolą psychoterapeutów mam wysokie poczucie własnej wartości, racjonalne lub optymistyczne nastawienie do swiata etc, a jak dołek to wszystko leci a ja nie mam ochoty się przyznawac że znowu czuje się jak... no fatalnie.
          Jak na razie się z psychoterapią nie śpiesze. Tym razem oddałam lekarzom pole do popisu.
      • planasana Re: Psychoterapia 11.04.04, 12:41
        cytujac jagode >>ja natomiast czułam się jakbym nie zaliczala kolejnych
        lekcji, tzn. nie dość dobrze starała się leczyć. Terapia także podkręcała moje
        emocje i wyzwałała wojownicze zachowania ( że niby tłumię złość i stąd depresja)
        Ale i nietłumienie nie pomagało. Acha, w grupie dołujące dla mnie było
        momentami poczucie, że ja jestem jakoś inaczej. głębiej zaburzona. Choć
        oczywiście było to też doświadczenie wspólnoty ludzkich problemów. >>

        Czuje dokladnie tak samo. Od miesiaca jestem na terapii grupowej w szpitalu z
        diagnoza nerwica depresyjna i zaburzenia jedzenia (kompulsywne objadanie sie).
        Raz padlo podejrzenie dwubiegunowej, ale psychiatra pewnosci nie ma. Mam lekka
        manie po lekach, wtedy czuje sie super pewna siebie, silna, jestem mega
        towarzyska , szczupleje i czuje sie atrakcyjna, mam taka jasnosc umyslu, robie
        sie szczera w wyrazaniu emocji i wlasnego zdania, mam wiecej spontana i skupiam
        uwage w towarzystwie. Mam wrazenie, ze mam wtedy wiecej racjonalizmu. Maluje
        paznokcie na czerwono, mam ochote na seks, na szalenstwa, tancze, imprezuje,
        duzo gadam, rozwijam swoje talenty i probuje wszystkiego naraz, nie poznaje
        siebie i inni tez mnie nie poznaja, jestem zupelnie inna osoba. Ciagle gdzies
        wychodze, z latwoscia sie zaprzyjazniam, pomagam innym, duzo z siebie daje,
        czuje sie swietna, fajna, ladna i ze cos znacze, ze moge wszystko a przede mna
        wszystko co najlepsze.
        Teraz od pazdziernika jetsem w depresji i jest dokladnie odwrotnie.

        Marudze od wczoraj na Depresji o sobie bo juz sie pogubilam. Moje problemy z
        zarciem, niezrownowazenie.
        Moze CHAD sobie wkrecam ?

        I zastanawiam sie nad ta psychoterapia, czy ja nie chce wyzdrowiec, czy po
        prostu na ten moment pozostaja mi tylko lekarstwa.
        Pogubilam sie, bo nie wiem co mi jest.
        • awanturka Re: Psychoterapia 11.04.04, 13:14
          Plasano!!

          Czytuję Twoje posty na depresji. Lekarze jakoś chyba boja diagnozowac chorobę afektywna, moja choroba przez 10-12 lat była diagnozowana jako newica depresyjna. Dopiero jak postawiono diagnozę choroby afektywnej i właczono systematyczna, stała farmakoterapię moje zycie zaczęło jakoś wygladac.
          Chorobę afektywna uważa się za poważniejsze zaburzenie niż nerwicę, ale ja osobiście wole miec diagnozę "chorobę afektywna" i byc dobrze leczona niż diagnozę "nerwica", przechodzic kolejne psychoterapie z marnym skutkiem i budowac w sobie poczucie winy, że na psychoterapii nie pracuję i opieram się oddziaływaniom psychoterapeutycznym.

          Coś mi się wydaje ,Plasano, ze musisz swoje wycierpiec zanim zdiagnozuja Cię prawidłowo i wdrożone zostanie odpowiednie leczenie.

          Nie chcę wchodzic w kompetencje leczacych Cię lekarzy, ale to co opisujesz wyglada na CHAD lub CHAJ (po antydepresantach, w przebiegu CHAJ, może zdarzac się, że wychodzi sie z depresji poprzez okres podwyższonego nastroju).

          Musisz niestety te wszystkie eksperymenty, łacznie z psychoterapia jakoś przeżyc. Pamiętaj, że z każdym dniem leczacy Cię lekarze coraz więcej wiedza o Tobie i tym samym coraz blizej jest moment w którym beda wiedzieli jakie wdrozyc leczenie żeby Ci pomóc. Więc nie uważaj tego czasu, mimo, że nie widzisz poprawy za czas zmarnowany.

          Przytulam Cie mocno,zeby dodac Ci otuchy. To,że nie odzywam sie do Ciebie na forum depresja nie oznacza,ze o Tobie nie myslę. Myślę i to czesto!!

          Wytrzymaj!! - awanturka
          • empeka Re: Psychoterapia 11.04.04, 13:35
            > Coś mi się wydaje ,Plasano, ze musisz swoje wycierpiec zanim zdiagnozuja Cię
            > prawidłowo i wdrożone zostanie odpowiednie leczenie.

            A może jednak domagać się takiej próby leczenia, jaka wynika z założenia hipotezy że to ChAD?
            Dużo pewnie stracić nie można.

            Pozdrawiam Was, Dziewczyny, świątecznie
            Pozdrawiam też wszystkich czytelnikow tego Forum
            Marta

          • planasana Re: Psychoterapia 11.04.04, 13:56
            Dziekuje awanturko, czuje Twoja obecnosc dyskretna i wsparcie. Moze moja
            neurotyczna osobowosc sie martwi, ze "wszyscy o mnie zapomnieli i awanturka tez
            mnie omija, bo za duzo smece i marudze". wink

            Tak jak Ty wole "wyrok" ze to dwubiegunowa i przynajmniej wiadomo co z tym
            zrobic z nie ze moze nerwica i terapia bez lekarstw i wglad i rodzice i
            dziecinstwo itp.
            Zawsze bylam raczej smutasem z okresami, kiedy sie polepszalo i mialam power
            (tak od polowy liceum, zmiana srodowiska, nowi przyjaciele, pierwsza milosc).

            Zastanawia mni kwestia zarcia, bo jem jak szalona i wiem, ze to moze wynikac z
            samotnosci, jak sie boje, to jem i jak stresy sa to tez, przyczyn duzo. Jem tez
            pewnie by depresje oslodzic, ze strachu, nie mam sily w to wchodzic. Czy jak
            macie depresje, to jecie wiecej slodyczy, czy to nie ma zwiazku z CHAD czy CHAJ
            (co oznacza ten skrot CHAJ ?). Nadwaga laczy sie u mnie z depresja a szczuplosc
            z lekka mania.

            Mam dosc.
            sciskam serdecznie

            planasana

            Pozdrawiam
            • proximano Re: Psychoterapia 11.04.04, 14:28
              planasana napisała:
              (co oznacza ten skrot CHAJ ?).

              ChAJ - choroba afektywna jednobiegunowa. czyli albo depresja (najczęściej) abo mania (dużo mniej).
              Generalnie jest różnie, jak mam stresy to też czasem jem jak mały hipopotam. Przed maturą przytyłam prawie 10 kilo. Ale miałam wtedy okres normy po długim zmaganiu się z depresją wiec zwyczajnie wróciłam do właściwej wagi. W depresji zazwyczaj troche chudne, w manii lekko tyje. Zwykle jednak trzymam wage 59 kilo przy 163 wzrostu co do mnie pasuje. Kiedys w depresji zjechałam do 48 kilo, to dopiero był koszmarek, wyglądałam jak kościotrup. Staraj nie martwić się jedzeniem, tak długo jak się chorobliwie nie głodzisz i nie obżerasz organizm sam to sobie będzie regulował. Jeśli jednak zauwazysz ze tracisz nad tym kontrole i dzieje się coś niedobrego zgłoś się do lekarza. Aha, nieraz jak ci brak enegii warto zjeść troche czekolady, ponoć podnosi poziom serotoniny w mózgu (no i niezawodnie psuje zęby wink
            • awanturka Re: Psychoterapia 11.04.04, 15:46
              Ja w depresji też jem (a raczej "żrę") jak szalona i tyję. Chociaż w bardzo cięzkiej depresji zdarzało mi się też nie przyjmowac jedzenia i chudnac.
              Natomiast gdy zdarzajaja mi sie stany, które można by traktowac jako hipomaniakalne (do tej pory lekarz nie do konca wie jak je traktowac), a nawet parę dni wcześniej tracę zupełnie apetyt (jest to pierwszy sygnał, że zaczyna się hipomania).]

              Nie bardzo mam Cię ochotę wtajemniczac w rozmiary mojej tuszy, (jest to dla mnie troche krępujace), jest ona spowodowana nie tylko napadami depresyjnego "obżarstwa", ale również dośc poważnymi zaburzeniami endokrynologicznymi (zespół poliendokrynologiczny). No coż, jest tak jak jest i nie będę marnowac życia na martwienie się swoja tusza. Poprostu.
              - awanturka
            • awanturka Re: Psychoterapia 11.04.04, 16:10

              Jedzenie dużej ilosci słodyczy i w ogóle węglowodanów (pieczywo, kluski, makaron itp.)w depresji ma swoje głeboki fizjologiczne uzasadnienie. W depresji w szczelinie postsynaptycznej jest za mało neuroprzekaznika - serotoniny, a dostarczenie dużej ilości węglowodanów (w postaci tzw. "bomby węglowodanowej" czyli słodyczy) wzmaga jej produkcję. Więc jest to jakby podświadoma próba redukowania objawów depresji (lęku, uczucia izolacji, smutku itp.). Niestety nie na wiele się to zdaje, (po "bombie węglowodanowej" poziom serotoniny się rzeczywiście nieznacznie podwyższa, ale potem spada szybciutko, często do poziomu jeszcze niższego niż przedtem).

              Tak wiec kompulsywne objadanie się powinno zniknac gdy przywrócony do prawidłowego zostanie poziom serotoniny. Tak jest w depresji endogennej, nie wiem jak podchodzi sie do kompulsywnego objadania gdy zdiagnozowana jest nerwica.
              • planasana Re: Psychoterapia 11.04.04, 17:17
                Alez awanturko, nie wymagam, zebys wywnetrzniala sie w temacie Tobie
                niewygodnym jesli nie masz na to najmniejszej ochoty. Ciekawilo mnie czy tez w
                depresji miewasz chcice na slodycze.
                Ja czuje sie uzalezniona od slodyczy.
                Leki przeciwdepresyjne sprawialy (efectin), ze szczuplalam, mialam ochote na
                ruch, i zerowa na slodycze. W ogole czasem musialam sie zmuszac, zeby cos
                zjesc, dla przyzwoitosci. Mysle, ze popelnilam blad - po okolo 3 miesiacach
                zazywania efectinu przestalam go brac bo juz czulam sie cudownie. Znajoma mi
                mowila, ze bylam wtedy dosc agresywna w slowach, wladcza, silna, w centrum
                uwagi (klelam jak szewc, uwazalam, ze wywalam skumulowana agresje). Duzo
                palilam i pilam.
                Lekarka mowila o odstawieniu efectinu, ale ja bylam na "haju" spowodowanym
                samozachwytem i stanem zakochania, potem zaczelam brac pigulki antykoncepcyjne
                i zastanawiam sie, czy przez to nie pogorszylam sobie i tak juz rozregulowanych
                stanow psychicznych. Potem zwiazek sie nie udal i musialam swoje odplakac no i
                potem stopniowo zaczelam czuc sie coraz bardziej smutna, samotna (brak chlopaka)
                i spalam coraz wiecej w ciagu dnia. Zaczelam czuc dziwny niepokoj i izolowac
                sie towarzysko. Po okresie postu slodyczowego na widok czegokolwiek w
                czekoladzie dostawalam histerii i napychalam sie stopniowo. Najpierw 20 dkg
                ciasteczek, potem 2 batoniki, czasem od siodmej rano 2 drozdzowki i
                wydlubywalam ostatnie pieniadze byleby sie najesc slodkiego. Pewnie by sie
                pocieszyc z powodu zawodu milosnego (tak sobie to tlumacze). Zaczelam
                najbezpieczniej czuc sie pod koldra. Przysnil mi sie "ciasteczkowy" sen, pelen
                mnie napychajacej sie czekoladkami i wtedy sie przerazilam. Przyjaciolka kazala
                mi pojsc do psychiatry. Poszlam choc nie chcialo mi sie. Potem budzilam sie z
                placzem w lazience, z niechecia do nowego dnia w pracy, nie chcialo mi sie umyc.
                Czasem wieczorem kladlam sie nieumyta o 19:00 i wstawalam dopiero rano.
                Bylo coraz gorzej reszte opisywalam.........Przepraszam, ze tyle pisze, ale
                widze, ze to pisanie pozwala mi lepiej zrozumiec i uchwycic momenty, kiedy sie
                zapadalam.
                Biochemia mozgu biochemia, ale moze ja tylko ze stresem sobie nie radze i stad
                te obnizone stany i ucieczki w zarcie?
                Jesli bedziecie mieli dosc moich przydlugawych wywodow, to napiszcie prosze,
                bym sie przymknela.
                • awanturka Re: Psychoterapia 11.04.04, 17:59
                  planasana napisała:

                  > Alez awanturko, nie wymagam, zebys wywnetrzniala sie w temacie Tobie
                  > niewygodnym jesli nie masz na to najmniejszej ochoty. Ciekawilo mnie czy tez w
                  > depresji miewasz chcice na slodycze.

                  Wcale nie uznałam, że tego ode mnie wymagasz. To raczej było tak, że uważałam, że może by było dobrze podac szczegóły i troche sama przed soba zaczęłam się tłumaczyc czemu tego nie robię.

                  planasana napisała:

                  > potem stopniowo zaczełam czuc sie coraz bardziej smutna, samotna
                  > i spalam coraz wiecej w ciagu dnia. Zaczelam czuc dziwny niepokoj i izolowac
                  > sie towarzysko. Po okresie postu slodyczowego na widok czegokolwiek w
                  > czekoladzie dostawalam histerii i napychalam sie stopniowo. Najpierw 20 dkg
                  > ciasteczek, potem 2 batoniki, czasem od siodmej rano 2 drozdzowki i
                  > wydlubywalam ostatnie pieniadze byleby sie najesc slodkiego. Pewnie by sie
                  > pocieszyc z powodu zawodu milosnego (tak sobie to tlumacze). Zaczelam
                  > najbezpieczniej czuc sie pod koldra. Przysnil mi sie "ciasteczkowy" sen,
                  > pelen mnie napychajacej sie czekoladkami i wtedy sie przerazilam.
                  > mi pojsc do psychiatry.

                  U mnie na pewnym etapie mojego chorowania wygladało to identycznie!
                  A w łóżku czułam się najbezpieczniej i gdybym mogław ogóle z niego bym nie wychodziła. Zreszta coś z tego zostało do dziś, gdy mam podły nastrój często
                  sięgam po słodycze i włażę do łóżka kiedy się tylko da.

                  I do tej pory pozostał mi zwyczaj, ze nie scielę łóżka - "rozgrzebane łóżko" daje mi jakoś poczucie bezpieczenstwa.

                  planasana napisała:

                  > Biochemia mozgu biochemia, ale moze ja tylko ze stresem sobie nie radze i stad
                  > te obnizone stany i ucieczki w zarcie?

                  Można tłumaczyc to i na odwrót - to znaczy, że zaburzona biochemia mózgu powoduje, że nie radzisz sobie ze stresem. Tak właśnie jest w chorobach afektywnych. Z drugiej strony przewlekły stres może zaburzac ta biochemię - stad depresja w przebiegu nerwicy czy tzw. depresja sytuacyjna.

                  Bardzo trudno dojśc do tego co tu jest pierwotne a co wtórne i stad trudności w postawieniu diagnozy. U mnie próbowano przyjac najpierw jedna hipotezę (nerwica) i leczyc tak jak się leczy nerwicę, czyli głównie psychoterapia.
                  Nie dało to pozytywnych efektów i jakiś madry lekarz postanowił przyjac hipotezę, że jest to depresja pochodzenia endogennego i leczyc mnie tak jak leczy się to zaburzenie (farmakoterapia, stabilizatory nastroju).
                  No i dopiero to dało efekty (też nie tak od razu). Można powiedziec, że mam diagnozę postawiona na podstawie eksperymentalnego stwierdzenia jak reaguję na jedno i drugie leczenie!

                  Nie będę Ci niczego doradzac, nie jestem ekspertem (zreszta i eksperci w tych sprawach często się myla), dzielesie tylko moim doświadczeniem w chorowaniu. Wnioski wyciagaj sama! I odezwij się jeszcze!
                  - awanturka
                  • jagoda16 Re: Psychoterapia 12.04.04, 18:49
                    Awanturko Droga,
                    a po jakim czasie zaczęly u Ciebie skutkować stabilizatory nastroju? I co
                    bierzesz? Jestem na takim etapie, że wątpię w wszelkie leczenie, a raczej nie
                    widzę skutków. Choroba toczy sie z jakiąś swoją własną logiką, niezależnie od
                    leków, które przyjmuję. Obecnie od siedmiu miesięcy jestem w glębokiej depresji
                    i nic nie pomaga, miewam tylko kilkuniowe okresy troche mniej zkego
                    samopoczucia. Swięta są dla mnie tez bardzo trudnym okresem do przetrzymania.
                    Każdy kontakt z ludzmi, zwlaszcza ze szczęśliwymi jest bolesny.
                    • awanturka Re: Psychoterapia 13.04.04, 00:33
                      Jagodo!

                      Wiem jak to może byc. Bierzesz leki, z utęsknieniem czekasz na jakaś poprawę a
                      tu nic.. I nikt nie jest w stanie powiedziec Ci kiedy będzie lepiej.

                      I jeszcze te święta! Wtedy jeszcze bardziej widzi się kontrast miedzy swoim
                      samopoczuciem psychicznym a samopoczuciem osób zdrowych...
                      Znam, przerabiałam to wiele razy..

                      W tej chwili nie biorę stabilizatorów. Z najgłębszej w moim zyciu depresji
                      depresji (sam pobyt w szpitalu trwał 6 miesiecy) wyszłam na solach litu.
                      W kazdym razie, mój lekarz ogłosił wtedy sukces tej metody leczenia. Ja tego
                      czy był to skutek działania soli litu nie jestem tak pewna jak on, zważywszy na
                      pewne okoliczności, które temu "wychodzeniu z choroby" towarzyszyły.

                      Nie jestem w stanie napisac ile czekałam na jego działanie - od pierwszej
                      tabletki do widocznej poprawy upłyneło 6 miesięcy, ale wiem, że stężwenie litu
                      we krwi długo nie osiagało poziomu terapeutycznego. A po jakim czasie osiagnęło
                      terapeutyczny poziom nie pamiętam.

                      Piszesz:
                      > Choroba toczy sie z jakiąś swoją własną logiką, niezależnie od
                      > leków, które przyjmuję.

                      I ja bardzo często nie moge oprzec się temu wrażeniu.


                      Jak widzisz za eksperta od stabilizatorów nastroju uchodzic nie mogę.
                      Natomiast mam pytanie. Czy rozważano u Ciebie leczenie za pomoca
                      elektrowstrzasów? Podobno zdarza się, że daja rewelacyjne wręcz efekty właśnie
                      w depresjach lekoopornych. Na oddzile na którym leżałam prawie połowa pacjentów
                      była leczona w ten sposób i wielu z nich bardzo ładnie wychodziło z głębokich
                      depresji. Sama elektrowstrzasów nie miałam, ale tyle się napatrzyłam i
                      nasłuchałam o tej metodzie, że mogę trochę o niej napisac. (I jeżeli jesteś
                      zainteresowana to napiszę).

                      Na razie przesyłam Ci słowa otuchy... nawet nie wiem co napisac w tej sytuacji..

                      - awanturka
                      • awanturka do jagody - dla jasniejszego obrazu sytuacji 13.04.04, 01:09
                        Nie wiem czy to co napiszę do czegokolwiek Ci się przyda.
                        Możesz nie czytac, jeżeli uznasz, że nie.
                        Pewnie wyjdzie to trochę przydługie...

                        Moja przygoda ze stabilizatorami nastroju wygladała następujaco:

                        Zaczęłam je przyjmowac w okresie najgłębszego w zyciu episodu depresyjnego (6
                        miesiecy w szpitalu!). Były to sole litu (+ imipriamina). Bardzo długo nie było
                        żadnych skutków. Gdy depresja trochę zelżala (raczej przypisywałam to wtedy
                        upływowi czasu) wyszłam ze szpitala, bo nie chciałam przechodzic na rentę.

                        Wróciłam do pracy, 5 dni było koszmarnie trudnych i nagle z dnia na dzien
                        zrobiło sie lepiej. Poprostu rano otworzyłam oczy i było dobrze. Takie cudowne
                        ozdrowienie. Chociaż, mówiac miedzy nami, dzisiaj zastanawiam sie czy nie była
                        to lekka hipomania (lekarz uznał to, później za skutek działania soli litu). Na
                        fali entuzjazmu, nie skonsultowawszy tego z lekarzem odstawiłam i lit
                        imipriaminę. Do lekarza trafiłam 4-5 miesiecy pózniej, gdy groził mi
                        kolejny "dół". Uprosiłam, żeby spróbowac bez litu (sam antydepresant) bo po
                        licie drżały mi rece co bardzo przeszkadzało w pracy.

                        Zaczęłam brac Prozac, depresja nie pogłebiala się i za miesiac-dwa było znowu
                        dobrze. Od tej pory nie biorę stabilizatorów, depresje się zdarzaja, ale nie
                        bardzo głebokie i wychodzę z nich w jakimś rozsadnym czasie.

                        Nie wiem dlaczego jest lepiej. Naprawdę, nie mogę powiedziec dlaczego.
                        Leki, zmiana filozofii myślenia o mojej chorobie, zmiana trybu życia na
                        spokojniejszy (cały rozbudowany system unikania nadmiernych obciażen i stresu)?
                        Nie wiem jak to się stało.

                        Przy każdej powtarzajacej się depresji lekarz zastanawia sie nad właczeniem
                        depakine, ale jakoś sie ostatecznie na to nie może zdecydowac ("jest tak dobrze
                        w porównaniu z tym co było, że strach tu cokolwiek ruszac" - to jego słowa).

                        No i tak sytuacja wyglada do tej pory.

                        Jak widzisz za specjalistkę od stabilizatorów nastroju uchodzić nie mogę.

                        Pozdrawiam! - awanturka
                        • jagoda16 do awanturki 14.04.04, 16:23
                          Droga Awanturko,
                          dzieki za ciepłe slowa otuchy, napisz prosze co wiesz o elektrowstrzasach. Z
                          obserwacji pacjentow, ich doswiadczen. Myślę o tym.
                          A tak nawiasem mowiac dawno już zauważylam podobienstwo naszych doświadczen, a
                          także doświadczen Marty. Chcialabym Was kiedyś poznać,gdy wylezę trochę z tego
                          dołu i jeśli też bedziecie miały na to ochotę. Mam też wrażenie, ale mogę się
                          mylić, że łączy(- ła) nas ta sama przychodnia na Gruzińskiej.
                          • awanturka do jagody 14.04.04, 17:22
                            Na pewno mnie z Toba nie łaczy ta sama przychodnia. Mieszkam 400 km od Warszawy!

                            O elelktrowstrzasach napiszę co wiem, pewnie moje informacje na ten temat sa
                            niepełne.

                            A więc:

                            Tam gdzie się leczyłam stosowanie elektrowstrzasów wymagało położenia się w
                            szpitalu (ale wiem,że sa też osrodki gdzie robi się to "ambulatoryjnie").
                            Stosuje sie je przewaznie dwa - trzy razy w tygodniu, u niektórych osób poprawa
                            jest już po 3-4 zabiegach, niektórzy wymagaja ich wiecej. Po uzyskaniu poprawy
                            stosuje się jeszcze 1-2 zabiegi (podobno to zapobiega szybkiemu nawrotowi
                            choroby).

                            Odbywa się to w lekkiej narkozie z równoczesnym podaniem leków zwiotczajacych
                            mięśnie i wcale nie widac, w zwiazku z tym żadnych "wstrzasów". Do
                            nieprzyjemnych skutków należa chwilowa dezorientacja, ból głowy, sztywnośc
                            mięśni, ale to mija dośc szybkio.
                            Poza tym moga się zdarzyc przemijajace zaburzenia pamięci (zwykle o niewielkim
                            nasileniu). Nawet jak pojawiaja się powazniejsze zaburzenia pamięci (u O,5%
                            pacjentów - tak podaje literatura) to nigdy nie zaobserowano by wystepowały
                            dłużej niż miesiac po zaprzestaniu aplikowania elektrowstrzasów. Ja,
                            przebywajac w szpitalu, u leczonych elektrowstrzasami jakiś powazniejszych i
                            dłuzej utrzymujacych się zaburzen pamięci nie obserwowałam.

                            Niektórzy lekarze sa zwolennikami podawania elektrowstrzasów już po uzyskaniu
                            poprawy systematycznie, co 4-6 tygodni (tak "profilaktycznie", żeby poprawę
                            podtrzymac).

                            Mnie też wtedy, gdy leżałam w szpitalu, proponowano(od razu w momencie
                            przyjecia) elektrowstrzasy, ale się nie zgodziłam bo nazwa brzmiała okropnie (a
                            poza tym i tak nie wierzyłam, że może pomóc mi cokolwiek). Potem tej decyzji
                            żałowałam.

                            Oczywiście elwektrowstrzasy nie sa żadna "cudowna metoda" i zdarzali się też
                            pacjenci u których nawet po 12- 15 zabiegach nie było poprawy.

                            Przemyśl sobie to wszystko. I życze madrej decyzji!

                            Pozdrowienia!! (gdybys chciala jeszcze coś wiedziec to pytaj, w miare
                            możliwości odpowiem)
                            -awanturka
    • aneta10ta Re: Psychoterapia 01.04.04, 10:11
      empeka napisała:

      > Myślę, że pozbylam się nieco kompleksu niższości, ktory mi wmawia moja
      psychiat
      > ra, ale
      > którego nikt nie widzi. Tak na marginesie: podobno jak się go ma, to już na
      sta
      > łe! Dobry
      > Boże...
      Jest jednak coś stałego na tym Bożym świecie.
      Aneta

      > pozdrawiam
      > Marta
    • vinja Re: Psychoterapia 27.04.04, 13:45
      Od kilku dni przymierzam się do napisania tego postu , Awanturka prosiła , a i
      ja również chcę coś o sobie napisać , mam jednak ostatnio duże trudności
      w "opisywaniu" , moje myśli stają się chaotyczne , a przelanie ich na klawisze
      jeszcze trudniejsze.
      Spróbuję jednak ...
      Pierwszy raz z psychoterapią zetknęłam się ok. 20 lat temu.
      To były początki zaburzeń depresyjnych , polegające przede wszystkim na
      napadach lękowych ( tzw. ulicznych , pojawiających się podczas przebywania w
      mieście ) , które doprowadziły z czasem do agorafobii i związanych z tym
      problemów w życiu.
      Brałam wówczas amitryptylinę i lysanxię i skierowano mnie na psychoterapię
      grupową.
      Grupa - 8 osób o różnych schorzeniach depresyjnych .
      Spotkania - 2 razy w tygodniu.
      Terapeuta - niestety ( to przemyślenie po latach) -dominujący
      Spotkania te były dla mnie męczące , NICZEGO z nich nie wyniosłam , chodzenie
      na nie było coraz trudniejsze , zrezygnowałam po ok. 2 miesiącach.

      Druga prychoterapia , po kilku latach , była indywidualna.
      Wielkie nieporozumienie , terapeutka sama miała jakieś problemy , upokarzała
      mnie , dziwnie się zachowywała - sama poszła na zwolnienie lekarskie w czasie
      trwania terapii .Miałam pecha.

      Miałam jeszcze kilka sesji z psychologami , ale bez większego znaczenia.

      Prawie dwa lata temu nagle trafiłam na oddział do szpitala( nie będę teraz
      opisywać przyczyn , za długo by ) .
      Po prawie miesiącu pobytu ,po obserwacjach pacjentów - psycholodzy utworzyli
      grupę na psychoterapię grupową.
      Myślę , że grupa zastała świetnie "dobrana" i dzięki temu prawie wszystkim z
      nas ta terapia naprawdę pomogła.
      Nasza grupa to 8-9 osób , bardzo różnych , wiek , temperament , doświadczenia ,
      sposób myślenia , no nie wiem , wydaje mi się , że wszystko nas różniło...
      Nie będę opisywać co się czasem działo na tych spotkaniach , nudno to tam nie
      było nigdy , a "ostro"- często.
      Psycholog - z prawdziwego zdarzenia , zawsze przygotowana , bardzo
      umiejętnie "kierowała" grupą.

      Ta terapia dała mi więcej niż całe dwudziestoletnie leczenie.
      Oprócz korzyści terapeutycznych zyskałam grupę PRAWDZIWYCH PRZYJACIÓł
      Byliśmy razem w naprawdę ekstremalnych sytuacjach , wiele wspólnych
      przeżyć ...,to tak nas połączyło , że teraz wciąż jesteśmy sobie niezwykle
      bliscy i "trzymamy się" razem ( chociaż tyle nas przecież różni).

      Po zastanowieniu się mogę podzielić naszą grupę ze względu na rodzaj schorzenia
      (jest to podział mój , bardzo subiektywny ) następująco:
      afektywna- dwubiegunowa -2 osoby
      depresja z dużą fobią społeczną -2 osoby
      depresja z napadami lęku i agorafobią -1 osoba
      depresja z zaburzeniami schizoidalnymi -1 osoba
      depresja umiarkowana nawracająca -1 osoba
      depresja endogenna -1 osoba

      Brałam tu pod uwagę nazwy chorobowe jakie mieliśmy w wypisach.
      Uważam jednak , że utworzenie takiej , a nie innej grupy polegało raczej na
      obserwacji nas w szpitalu , a nie na podstawie diagnoz.

      Myślę , że "powodzenie" terapii uzależnione jest od prawidłowego doboru
      pacjentów i profesjonalizmu terapeuty.

      Ot , łud szczęścia - ale próbować warto...






      • vinja Re: Psychoterapia 27.04.04, 13:51
        Muszę to dopisać ;
        plusem mojej choroby i to wielkim jest to , że dane mi było poznać tak
        wspaniałych ludzi.
        Czasem gdy się spotykamy , zastanawia nas , czy taka choroba nie była po to
        właśnie nam potrzebna - żeby się poznać wink

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka