Za każdym razem jak lądowałam na poczcie z avizo i czekalam z numerkiem swoje 40 min, jak juz podchodziłam do okienka zaczynałam swoje "dlaczego właściwie na kopercie jest adnotacja o nieobecności adresata w mieszkaniu, skoro przynajmniej jeden człowiek zwykle w nim jest". Grzecznie, z uśmiechem, ale z coraz mniejszą cierpliwością, coraz mocniej wkurzona. Poradzono mi pismo do kierownika. Nie bardzo mi się chciało. Ostatnio panienka z okienka (szanuję jej pracę, niewdzięczna) pofatygowała się na zaplecze, aby poinformować Dział Kontroli, że żadne listy polecone nigdy nie docierają do obecnego w domu adresata. Myślałam, że to podpucha. Ale jednak nie. Dziś sobie leży na stole list polecony do mamy i ojciec mówi, że listonosz mówił, że będzie do nas polecone przynosił. Czyli aż trzeba sobie to wyprosić... Ale włączyła mi się od razu wizja zapracowanego listonosza z ciężką torbą listonoszką, który musi wchodzić na ente pietro... No i włącza się niejakie poczucie winy...
(poczucie winy ustaje, jak pomyślę, że on do nielicznych mieszkań tak donosi te listy)
Miła Sensi przypomniała mi, że ostatecznie polecone są droższe.
Asertywność ociera się jakoś o agresję?
Nie krzyczałam, ale przecież dawka agresji, która dawała siłę musiała w tym być, skoro okazałam się być skuteczna...
No i dziwnie mi.
Dalej, ale juz tak poza konkursem, bo zawsze mnie to ciekawiło

Akt seksualny w przypadku Panów - rodzaj wrodzonej agresji przecież (nie mówię o gwałcie). O doświadczeniach z b. nieśmiałymi Panami opowiadać nie będę, ale mówię NIE
Da się żyć bez grama agresji? Coś osiągnąć wyłącznie miękkimi metodami?