36.a
18.09.11, 01:24
Czuję coraz większą pustkę. Jakbym kopała sobie grób za życia. Nie wiem czy i jak pozbieram się gdy on umrze (wznowa raka). Mówi, że obiecałam mu napisać książkę. Że będzie na mnie patrzył, że ze mną będzie. Że mam żyć. Jego potwornie boli, a ja bardzo płaczę. Mała osamotniona dziewczynka. Tak się czuję. Nie wiem, skąd czerpać siłę, by żyć. Ludzie mówią, że po czyjejś śmierci jeden rozdział się zamyka, ale życie pisze kolejne. Może. Dum spiro spero... A nuż wyzdrowieje. Powinnam wspierać, w miarę normalnie żyć, wpadłam w głęboki dół. Unikam ludzi. Mówi mi, że przed naszym poznaniem się żyłam, będę więc żyła, gdy umrze. Ale ja nie chcę. Mam mu obiecać, że nie zrobię nic głupiego. "Nie mogę Ci tego obiecać". Straszliwe rozżalenie, bo nie tak mialo być. W przebłyskach myśli dociera do mnie, że myślę egoistycznie, bo może fizyczne opuszczenie świata będzie dla niego czymś najlepszym - ukróci fizyczny ból, wręcz mękę. Tłumaczy mi, że żyje sie nie tylko związkiem, ale LASEM, POWIETRZEM, ZIELENIĄ. Tylko że ja już chyba nie chcę. Powoli opuszczają mnie siły. Iść po silniejsze leki? Żeby znieczuliły?
Jedna prośba: nie oceniajcie. Raczej napiszcie, jak sobie radzić. Teraz.
chcę podkreślić: straciłam (jeśli w jakimś stopniu kiedyś byłam zainteresowana) zainteresowanie życiem jako takim. po co więc dalej...?
mi rodzice widzą, co się dzieje. że znikam dla normalnego świata. chyba nawet nie mam do nich pretensji, że nie niepokoją się. terapię wykluczam. czuję się pomimo mentalności jednak osoby niedojrzałej - zmęczona. wyczerpana. marzeń już nie mam. planów też nie. można więc spakować się i odejść?