24.03.21, 11:22
Witam wszystkich forumowiczów. Moje życie jest dziwne ale niekoniecznie bezbarwne. Wychowała mnie mama, ojca niestety nie dane mi było znać, jest to mój jak to nazywam "punkt zapalny" w moim życiu, coś co ukształtowało mnie na pewno "psychicznie" i zaważyło na moich losach. Dzieciństwo wspominam dziś dobrze, z perspektywy czasu potrafię się odpowiednio zdystansować chociaż jest szereg faktów które mnie w jakiś sposób determinowały. Odczuwałem wielki wstyd na pytania dotyczące ojca ponieważ nikt w rodzinie matki nic na ten temat nie wiedział, niestety wraz z śmiercią matki zostały pogrzebane szanse na jakiekolwiek ustalenia w tej kwestii. Więc dzieciństwo miałem barwne, pełne zabaw i beztroskich chwil, matka chowała mnie dosyć specyficznie, raczej nie mieliśmy jakiś specjalnych ckliwych relacji. Ot co - matka sobie - dziecko sobie. Czas spędzałem na zabawach z kumplami na podwórku grając w piłkę, na trzepaku, przy komputerze. Ogólnie bardzo miłe chwile, prymusem nie byłem ale z nauką radziłem sobie doskonale bez żadnego wysiłku. Zdolny ale leń, robo to co musi - zawsze słyszałem te słowa w szkole podstawowej. W szkole średniej nastąpiła zniżka formy, wpadłem w złe towarzystwo, pijące i obijające się na maxa. Z nauką szło jakoś tak bardzo średnio, ot trójki, czwórki.... Czułem się w otoczeniu kumpli dosyć dobrze, podobało mi się że mogliśmy wspólnie słuchać muzyki i generalnie nic nie robić. Był rok 1996 i pojawiło się dziwne uczucie....Opiłem się na sylwestra w wieku 14 lat co odchorowąłem dwutygodniową absencją w szkole. Poczułem dziwne odrealnienie, w tym zaburzenia zmysłów, słaby węch, jedzenie jak trawa..... Nigdzie jednak nie konsultowałem tego stanu więc siłą rzeczy jakoś minęło. Byłem dosyć wrażliwym chłopakiem, który nie bardzo wiedział co w życiu jest istotne, byłem totalnie pogubiony, odciąłem się po jakimś czasie od znajomej ekipy alkoholowej i skupiłem się na "Byciu niezauważalnym". W szkole skryty, cichy, grzeczny , w domu dominujący, krzykliwy i opryskliwy. Byłem rozdarty i nie miałem na nic siły. Szkołę średnia przeskoczyłem w sposób niezauważalny , maturę zdałem dosyć dobrze ale miewałem problemy z koncentracją i generalnie przyswajaniem materiału, chociaż jakoś sobie radziłem. Studia olałem, poszedłem na płatne zaoczne, gdzie sami wiecie , niewiele wymagają. Był rok 2000, byłem wycofany i miałem coraz większe doły (wówczas nie znałem tego określenia) z powodu braku pomysłu na swoje życie. Było coraz gorzej, dziewczyny nie szukałem, myślę że toksyczna relacja z matką miała wpływ na moje podejście do tej materii. Po prostu nie interesowały mnie jakieś związki, byłem aspołeczny , jednocześnie pełen pasji muzycznych i literackich. Na garnuszku matki było niezobowiązująco jednak czułem że to wszystko zmierza po równi pochyłej, nadmienie tylko że stan od 1996 dezorientacji pojawiał się u mnie rok do roku w okolicach grudnia powodując niemiły stan otępienia i "derealizacji". w 2003 zaczałem włóczyć się po knajpach poznając grono fajnych osób, naukę skończyłem na licencjacie czego matka nie mogła znieść. Tłumaczyłem że edukacja to temat zamknięty i basta. Nie było na mnie siły, depresja i nicość. Knajpy trzymały mnie przy życiu bo czułem się tam dobrze, długie posiadówki, wspólne rozmowy, było lightowo, bez żadnych obowiązków. W międzyczasie małe rozterki natury miłosnej bo o dziwo zaczeły mi się podobać dziewczyny, nie zbliżyłem się nigdy jednak na tyle blisko by mogło coś z tego wyjść, miałem niską samoocenę z powodu braku pracy, wykształcenia..... Kryzys się nasilał. Pierwsza praca 2004 r. pozwoliła mi wyjść na prostą choć knajpy nadal wiodły prym. W 2003 miałem jakieś głupawe przypływy energii gdzie byłem gadatliwy nadzwyczaj towarzyski, jednak samo mijało bez ekscesów. Dużo alko się lało więc człowiek myślał iż głupieje od tego. w pracy nie zawalałem jednak znowu miałem okresy wzmożonej aktywności i poczucia jakiejś dużej siły.... w 2005 poznałem przyszłą żonę i świat się odmienił, zakochałem się z wzajemnością wszystko co złe minęło, związek burzliwy ale bez jakiś drastycznych wydarzeń. Schudłem, zacząłem się zdrowo odżywiać, wcieliłem ruch w życie, dobrze się czułem, dziś myślę że były to okresy hipomani. W 2006 przeżyłem miesiąc silnej depresji. Związek zalegalizowaliśmy nasz związek 2010 i dobrze było, wspólne wyjazdy, koncerty, zero alkoholu, ciąża żony 2013 to był piękny czas. Rok po urodzinach dziecko kolejny napad depresji schudłem i poczułem się fatalnie, myśli samobójcze bardzo mocne, wtedy też zacząłem podejrzewać chad. Po miesiącu minęło, po kilku przyszedł przypływ energii i głupie z dzisiejszej perpektywy pomysły na biznesy. Na szczęście wszystko było jedynie zainicjowane i nigdy nie rozwinęło skrzydeł. od 2014 właściwie związek nasz był i nie był, dziecko zmieniło wszystko, ja się nie potrafiłem dostatecznie zaangażować w życie rodzinne, unikałem tego..... Czułem się dobrze mimo wszystko przez kolejne lata aż do 2018 gdzie spotkałem mesjasza i allaha po rozkręcaniu się dwutygodniowym, ostra psychoza i hospitalizacja. Związek mi się posypał ale rozwodu nie wzięliśmy. Żona była przerażona, teraz już na chłodno ocenia naszą relację i moją osobę, W zasadzie tak się stało jak się stało, nie udźwignęła tego zdarzenia, ja chyba też. Po szpitalu leki LAMILEPT, OLANZAPINA (otumaniacz i zombie) i Clopixol. Odstawiłem olanzapinę na własną rękę i chwała Bogu, to było najgorsze świństwo jakie kiedykolwiek spożywałem. Czuję się oszukany, sponiewierany przez życie przez ten incydent z 2018, jednak mam syna, mam dla kogo żyć, nie lamentuje, pracuje i w gruncie rzeczy dobrze sobie radzę. Minęły trzy lata i żadnej depresji ani mani już nie doświadczyłem. Skutków ubocznych leków poza WAGĄ (olanzapina) nie doświadczyłem. Radzę sobie , mam hobby, mam syna, mam żonę CHOCIAŻ zdystansowaną. Mam przyjaciół, kilku wie o moich przygodach, mam wsparcie. Chyba jednak można ogarnąć się w tej chorobie, mam to szczęście , że to gówno nie męczy mnie przy lekach a i samopoczucie jest dobre, tylko emocje nieco spłaszczone. Winny jestem sobie sam i chyba matka, żonie jest żal mojej osoby a jednocześnie nie dała mi szansy wrócić do rodziny. Skomplikowana sytuacja, ale chciałem się wyrzygać. Dziękuję za uwagę. Jest stabilnie od trzsech lat , lekarz mówi że długie remisje są możliwe, w co wierzę. Nie jestem rozchwiany, matka zmarła a ja poczułem dziwną ulgę, świat jest jaki jest, ale trzeba wierzyć że pasje, hobby i wsparcie bardzo pomagają. Kto zawinił - bo słyszę że ja smile
Obserwuj wątek
    • bert30 Re: chad? 24.03.21, 11:29
      Długo się nosiłem z zamiarem opublikowania czegokolwiek , ponieważ nie mam czasu na deliberacje i kwestionowanie opinii lekarskich natomiast chciałem dać komuś cień nadzieji że nawet w takim chadzie życie jest możliwe i nie pozbawione sensu. A może ja nie mam chadu..... może to coś innego, tego nie wiem, ale żyć warto.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka