Ja się MODLĘ. Ja wychowana w ateistycznej rodzinie, około
trzydziestki sama zaczęłam szukać Boga.W 33 r życia ochrzciłam się w
Kośiele Katolickim, potem narastające poczucie winy (za Ewę w Raju i
zło całego świata) ostro odrzuciłam wiarę i wszystkie jej przejawy.
Minęły myśli natrętne.Pogodziłam się z nieżyjacymi rodzicami,
przebaczyłam im (powazne zaniedbania i traumy). No i nadszedł
czas "jak trwoga to do Boga". Już od 4 miesięcy depresja, powoli
myśli samobójcze ( chciałabym wypaśc pod każdy pedzący zamochód,
najlepiej ciężarówkę 100km godzinę bo by nie bolało)
Tym czasem wiem jak jestem porzebna rodzinie: Mały ma zakończenie
roku, córa w Iralandii też potrzebuje mojego wsparcia i rady, mąż
bardzo mnie kocha. No więc co mi pozostało.MODLITWA agnostyczki.
Wróciłam do wiary. Tak rozumowo. Jesus był i uzdrawiał, teraz czuwa
zmartwychwtały, a kto prosi- otrzymuje. Wiem,że moja mantra: [Bóg
trzyma mnie za rękę] to autopsychoterapia. Ale niech działa. Gdyby
miało mi to pomóc wyruszyłabym do Tybetu. Tyle,że jeśli Jezus jest,
w co pragne wierzyć, jest na wyciagniecie ręki. Ucieszę tym
Nowakową. Czy ktoś jeszcze stara się dotknąć jezusowego płaszcza?