Dziewczyny, podjęłam męską decyzję (po raz 3 w tym miesiącu) i zaczynam w
konsultacji z pediatrą odchudzać Małgosię. Zwiększyłam jeszcze porcję jarzyn w
diecie, kaszki ryżowe zamieniłam na pełnoziarniste, staram się jej dawać
odrobinę mniejsze porcje i karmić o pół godziny rzadziej. Poza tym 3x dziennie
wychodzimy na dwór polatać (na razie krótko, żeby mięsień sercowy nie przerósł).
Efekt jest taki, że zaczęła przepięknie artykułować słowo "jeść!" (bo może
mama nie rozumie, o co mi chodzi) i prosi o żarcie już nawet kota.
Podtrzymajcie mnie na duchu, bo się czuję jak wyrodna matka - dziecko chodzi
za mną jak piesek, wlepia te swoje błękitne ślepka i błaga rozpaczliwie "mama,
jeść!"

.
Poprzednie dwie próby ograniczenia jedzenia skończyły się sromotną klapą (tata
wymiękł), ale mała osiągnęła już rozmiary młodego hipopotama i czas z tym coś
zrobić. Słusznie robię, prawda? Bo wciąż się łudzę, że może jeszcze z tego
wyrośnie...