Wczoraj byłam w przedszkolu na Dniu Matki u mojego Miłosza.
Owszem bywałam już wczesniej u Judyty, ale odczucia to niebo a
ziemia.
Patrzyłam tak sobie okiem kamery (bo jakże inaczej) na mojego
skrajnego wczesniaka, jak spiewał, pokazywał, grał, ziewał, a nawet
mówił dwuzdaniowy wierszyk.
I sie pierwszy raz wzruszyłam na takiej imprezie. Przypomniałam
sobie z całą mocą diagnozę: dziecko leżące, bez kontaktu, stan
wegetatywny bez rokowań. I te pierwsze 10 m-cy potwierdzających
diagnoze.
A wczoraj taki mały facet, taki zwyczajny, fajny.
To tak ku pokrzepieniu

A jak u was świetowanie?