izazdo
18.09.09, 09:59
Za rada atamy wrzucam w nowy watek.
Kiedys sprawa byla jasna: dzieci zmarle bez chrztu nie ida do nieba, tylko do
otchłani, w ktorej ani nie cierpia, ani nie sa tak szczesliwe jak dusze w
raju, bo nie ogladaja Boga, a do tego celu zostaly stworzone. Ale Kosciol z
tej teorii sie jakby wycofal w kwietniu 2007 (dokument nie ma mocy wiazacej,
ale to i tak byla tylko hipoteza), uznajac, ze jak na Boga byloby to zbyt
surowe [ale podkresolono zarazem, ze chrzest jest normalna droga do zbawienia
i to nie znaczy, ze mozna z niego zrezygnowac].
Zaznaczam, ze niszczenie zarodkow (wiem, ze to eufemizm) uwazam za
rownoznaczne z zabojstwem, bo czlowiekiem jest sie od poczecia (no bo niby do
jakiego gatunku jak nie Homo sapiens nalezy ten nowy organizm?). Ale jedna
rzecz mnie zastanawia. Pomijając fakt, że najlepsza opcja jest urodzic sie,
zostac ochrzczonym i trafic do nieba, to czy lepiej jest nie poczac sie w
ogole czy poczac sie i trafic do otchlani (w gorszym razie), albo nawet i do
nieba?
Zastanawiam sie, czy gdybym byla "zniszczonym zarodkiem", to czy mialabym zal
do rodzicow za to, ze się poczęłam, czy tez bylabym raczej wdzieczna, ze
istnieje (i albo jestem w niebie, albo chociazby w otchlani, doznajac
"naturalnych dzieciecych przyjemnosci").
Co oczywiscie NIE oznacza, ze twierdze, ze moralne jest produkowanie i
niszczenie zarodkow, bo robimy im tym samym przysluge. Po prostu sie
zastanawiam, czy w ocenie ludzi decydujacych sie na in vitro z uwzglednieniem,
ze czesc zarodkow sie nie zagniezdzi (podobnie jak i ludzi, ktorzy mimo
poronien nawykowych probuja do skutku) nie koncentrujemy sie za bardzo na
wymiarze doczesnym? Ze dzieciom stanie sie krzywda, bo sie nie urodza, tak
jakby nie otrzymywaly mimo wszystko zycia wiecznego?
I wynikajace z tego pytanie: dlaczego Pan Bog pozwala na poronienia, zwlaszcza
nawykowe, i na tak czeste (podobno) niezagniezdzanie sie zarodkow po
naturalnym zaplodnieniu?
Macie jakas dobra literature na ten temat? Bo im wiecej mysle, tym bardziej
sie gubie