30.10.09, 22:43
W watku Mamalgosi byla mowa o wolontariuszach w szpitalach.
Chcialam tu osobno o tym napisac, bo to bardzo jest wazne.

Czlowiek, ktory cierpi, nie chce sie czuc tylko przedmiotem zawodowych staran
fachowcow. On potrzebuje klimatu akceptacji, uznania go jako osoby - a nie
jako "przypadku", ktoremu trzeba zaaplikowac jakas skuteczna terapie, jakiegos
anonimowego ciala, ktore traci zdolnosc zycia.

Jest tak, ze zrodlem ogromnej sily jest poczucie, ze drugi czlowiek jest
prawdziwie obecny. "Jestem tutaj, i czekam na ciebie - kiedy wrocisz z sali
operacyjnej, albo z dna depresji." I jeszcze: "bede czekal na ciebie - nawet
jesli uplynie dlugi czas, zanim sie znowu bedziemy mogli spotkac, nawet jesli
nastapi to w zupelnie innym zyciu".

Jedna z moich hospicyjnych kolezanek ma zwyczaj mawiac, ze o wiele wieksza
tajemnica, niz to, ze milosc trwa na wieki, jest to, ze ona czasem
potrzebuje kilku chwil, zeby zaistniec.
Czasami mozna stac sie jutrem dla drugiego czlowieka przez przypadek.
Obserwuj wątek
    • mamalgosia Re: Obecnosc 31.10.09, 10:48
      Chciałam, ismo, żebyś się odezwała. I mam nadzieję, że to nie koniec.

      Nikt nie chce być "przypadkiem". I to jest jasne. Nie tylko w
      miejscach, o których pisałam ja, czy piszesz Ty. Nikt nie chce być
      przypadkiem nawet przychodząc ze zwykłym bólem kręgosłupa do lekarza
      pierwszego kontaktu. I tyle się mówi o holistycznym leczeniu i o
      tym, że trzeba spojrzeć na psychikę, na osobę... ale ciągle jest to
      w powijakach.
      Wiem, że lekarz nie ma czasu. I nie może być z każdym. Więc niech on
      leczy. Co nie znaczy, że nalezy wołać przez pół korytarza
      szpitalnego (co się zdarzyło na neurologii w moim mieście): "Ta pani
      z przerzutami do mózgu niech przyjdzie do zabiegowego!". Właśnie
      lekarze, których widziałam na oddziale hematologii i onkologii w
      GCZD byli moim zdaniem właśnie tacy jak powinni być. Z dobrym
      słowem, ze znajomością pacjenta po imieniu i z uwagą - krótką, ale
      bezpośrednio skierowaną do tego, a nie innego dziecka, konkretne
      słowa do niego.
      Myślę o roli pielęgniarki. Wiadomo, że ma robić zastrzyki, pobierać
      krew i podłączać kroplówki. Ale i to można czynić miękko, a nie
      poburkując "nie wiem, o co cały ten wrzask". I to też oczywiste.
      Zastanawiam się, czy pielęgniarki jednak nie powinny być ciut bliżej
      niż lekarz.
      Wolontariuszy nie było na tym oddziale. Szkoda.
      Z każdym dzieckiem był rodzic (jedno dziecko tylko było samo). Ale
      czasem (a może często? Nie wiem) był to rodzic kompletnie nieudolny,
      jak ja. Sam rozklekotany, załamany, sam wymagający wsparcia.

      Dziewczynka, w wieku gimnazjalnym, wychodziła do domu na jakiś czas -
      między siódmą a ósmą chemią. Wcale nie żegnała się z radością.
      Znalazła swoje miejsce na oddziale, opisuje probówki z krwią, podaje
      jakieś sprzęty pielęgniarkom, poklepuje maluchy. W domu czuje się
      niepotrzebna i niezrozumiana. Połowa kolegów i koleżanek odsuwa się
      lub podchodzi do niej z lękiem - taka łysa, taka chora, taka dziwna.
      A druga połowa traktuje ją normalnie - cóż z tego, jeśli dla niej to
      normalne wcale nie jest normalne. Bo nie potrafi rozmawiać o
      dyskotekach, o głupim nauczycielu z biologii, o planowanym obozie
      wakacyjnym, o nowym lakierze do włosów.

    • sion2 Re: Obecnosc 31.10.09, 13:42
      Napiszę też o inne obecnosći. O towarzyszeniu przez wierzących innym wierzącym w
      cierpieniu. Że często pocieszając, wchodzimy na takie wyżyny duchowe, że nie ma
      na nich miejsca na ludzkie emocje, na gniew, żal, złośc na Boga, chęć
      wygarnięcia Mu co o tym wszystkim myślimy. Ja jestem impulsywna cała, duchowo
      tez. Nie ukrywam przed Bogiem swoich mysli i stanow psychicznych, potrafię
      powiedzieć "zostaw mnie bo dajesz mi tylko cierpienie". Potrafię obrazić się i
      nie modlić 2 dni. Zawsze wracam, zawsze po czasie znajduje ukojenie w Nim. Ale
      kiedy w danym dniu, momencie wszystko sie zawali, gdy muszę zaakceptowac kolejny
      cios lub zawód albo atak bólu i myslę "Boże jak to nie minie skoczę z mostu" to
      nie mogę sie tym podzielic z żadna osobą... mocno zaangazowana w duchowosc. Moge
      ze swieckimi przyjaciolmi, moge z niewierzacym ale nie z przyjaciolka ze
      wspolnoty... bo nie wypada chciec skoczyc z mostu gdy kocha sie Jezusa.
      Mocno wierzacy czesto daja rady pt świete banały: wszystko w reku Boga, zaufaj
      Jemu, to tajemnica co sie z toba dzieje... No tak w zasadzie zgadzam sie z tym
      wszystkim w 100%, naprawdę.
      Ale czasami w tym sporze miedzy Bogiem a czlowiekiem, trzeba stanac po stornie
      czlowieka... bo Bóg jest po jego stronie. Bóg nie gniewa sie za nasze emocje,
      które wynikaja z ludzkich ograniczen, z braku znajomosci przyszlosci i wlasciwie
      niemoznosci wybrania raz na zawsze. To niektorzy aniolowie w swej doskonalszej
      od czlowieka naturze, majac nieskonczenie wieksze poznanie Boga, bez zadnych
      ograniczen, raz wybrali źle i byl to wybór nieodwolalny. Czlowiek nie potrafi za
      zycia na ziemi wybrac Boga na zawsze ani na zawsze Go porzucic. Wiec Bóg nie
      gniewa sie za bunt, żal i krzyk jesli tylko z tym przychodzimy do Niego.
      Czasami warto na pytania "dlaczego?!" odpowiadac "nie wiem, czy moge ci jakos
      pomoc?". Czemu ludzie wierzacy, tacy ksztaltowani latami duchowo, w roznych
      wspolnotach, przewaznie uwazaja że na wszystko trzeba miec odpowiedz i że
      ludzkie emocje zlosci i gniewu na nieszczescie są niegodne przyjacioł Jezusa?

      Jezus zaplakał na widok matki chowajacej jedynego syna.
      • ruda110 Re: Obecnosc 31.10.09, 18:33
        Prawda. Ja do niej doszłam stosunkowo niedawno (no cóż wink)sądząc niegdyś, że
        moje emocje: złość, żal, rozczarowanie itd. muszę schować do kieszeni i grać
        przez Bogiem, że mnie nie boli, że się zgadzam i takie tam. Przez swoją głupotę
        nie dawałam sobie prawa do przeżywania emocji naturalnych dla każdego człowieka.
        Przepłaciłam to zdrowiem, lękami i mnóstwem problemów, a przecież Bóg stworzył
        nas z całym bagażem uczuć i to co odczuwamy w pewnych sytuacjach nie musi być
        złe. Po prostu jest i tyle.
      • isma Re: Obecnosc 31.10.09, 22:59
        sion2 napisała:

        > Napiszę też o inne obecnosći. O towarzyszeniu przez wierzących innym wierzącym
        > w
        > cierpieniu. Że często pocieszając, wchodzimy na takie wyżyny duchowe, że nie ma
        > na nich miejsca na ludzkie emocje, na gniew, żal, złośc na Boga, chęć
        > wygarnięcia Mu co o tym wszystkim myślimy.
        > nie mogę sie tym podzielic z żadna osobą... mocno zaangazowana w duchowosc. Mog
        > e
        > ze swieckimi przyjaciolmi, moge z niewierzacym ale nie z przyjaciolka ze
        > wspolnoty... bo nie wypada chciec skoczyc z mostu gdy kocha sie Jezusa.
        > Mocno wierzacy czesto daja rady pt świete banały: wszystko w reku Boga, zaufaj
        > Jemu, to tajemnica co sie z toba dzieje...


        Nnnnie, mnie sie wydaje, ze to nie ma zwiazku z wiara badz niewiara.
        Raczej z takim dosc fundamentalnym poczuciem (ktorego wielu ludziom, fakt,
        brakuje), ze to absolutnie nie chodzi o pocieszanie. Tu akurat doswiadczenie
        hospicyjne blyskawicznie to obnaza - no jak tu "pocieszac" sensownie kogos, co
        do kogo wiadomo - on sam to wie - ze umrze?

        Mnie nauczono w hospicjum, ze moim powolaniem nie jest "rozprawienie sie z
        problemem". Ja (ani nikt) go nie rozwiaze. Ten, z kim jestem, jest chory na
        smierc, i nic sie tu nie da zrobic. Tego bolu - w sensie egzystencjalnym, nie
        fizycznym - nie da sie zniwelowac. Ale mozna probowac przeniesc go na taki
        poziom, aby mozna sie bylo nim dzielic.

        Nie wolno mi wmawiac nikomu, ze nie cierpi, albo, ze to cierpienie go z samej
        swej istoty uszlachetni. Ale moge komus, kto czuje sie tylko pozbawionym
        mozliwosci decydowania przedmiotem, probowac dac swiadectwo tego, ze dla mnie
        jest autentycznym podmiotem, ktory MOZE, w sposob wolny, uznac, ze ta piekaca
        rana, ktorej doswiadcza, moze posluzyc WSPOLNEMU poszukiwaniu zycia. Moge
        powiedziec: "nie tylko ty umrzesz, JA tez". To jest deklaracja jakosciowo
        zupelnie inna od "nie tylko ty umrzesz, WSZYSCY umieraja".

        Tak naprawde, to mnie umierajacy nauczyli wiecej, niz ja ich "pocieszylam"...
      • mamalgosia Re: Obecnosc 01.11.09, 10:08
        sion2 napisała:

        > Napiszę też o inne obecnosći. O towarzyszeniu przez wierzących
        innym wierzącym
        > w
        > cierpieniu. Że często pocieszając, wchodzimy na takie wyżyny
        duchowe, że nie ma
        > na nich miejsca na ludzkie emocje, na gniew, żal, złośc na Boga,
        chęć
        > wygarnięcia Mu co o tym wszystkim myślimy.

        Od takich wierzących uciekam. Czasem dlatego, że czuję, że to nie te
        fale, nie ta półka. Czasem dlatego, że czuję zakłamanie. Takich
        wierzących się boję. Wielu takich co prawda nie spotkałam, ale
        ciekawa rzecz: jeśli już, to były to osoby świeckie.
    • isma Re: Obecnosc 01.11.09, 23:06
      Poniewaz moje wcielenie depresyjne komunikuje sie glownie wierszem, to ja moze
      bede cytowac, bardzo akurat dzisiaj a'propos, o prawdziwej obecnosci:

      Jakże tak można, pośrodku rozmowy
      Zniknąć i nawet nie powiedzieć: "wrócę"
      I dom od razu mieć wieloechowy
      Skąd żadnej wieści, tylko szum zakłóceń?

      Tak szczerze, to nam obce i Piekło i Niebo,
      I Pola Elizejskie i Nirwana.
      A nie ma przewodnika dostojnego
      I mapa lądów nie narysowana.

      Ogromny gmach bez murów i podłogi,
      Loty umarłych z krzyżami jaskółek,
      I wszystkich plemion ukochane bogi
      I relikwiarze wypalonych królestw?

      Zgiełk nawoływań, labirynt narzeczy,
      Porysowane znakami jaskinie?
      Kogo na ziemi ten zaświat pocieszy,
      Co jest i nie jest, zabłyśnie i ginie?

      Nie w to ja wierzę. Bo twoja obecność
      Tak dla mnie mocna, że zawsze prawdziwa.
      I chociaż nie wiem, co jest czas, co wieczność,
      Ufam, że słyszysz ten głos, który wzywa.

      Zmień moje życie. Trzeba mi pomocy,
      Tak jak dawałeś, radą i modlitwą.
      Wymawiam imię przebudzony w nocy,
      Leżę i czekam, aż widziadła znikną.

      Żywi z żywymi zanadto złączeni
      Żebym uznawał moc zamkniętych granic
      I nad podziemną rzeką, w państwie cieni
      Zgodził się ciebie, żywego, zostawić.

      Niech triumfuje Świętych Obcowanie
      Oczyszczający ogień, tu i wszędzie,
      I co dzień wspólne z martwych powstawanie
      Ku Niemu, który jest i był i będzie.


      PS. Tak, wiem. Podmiot liryczny jest mężczyzną. Adresat liryczny też. Ale
      Czesław Miłosz nie byl gejem wink)).

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka