Hej,
mam do Was pytanie o radę; w dwóch kwestiach, które jednak mają ze sobą coś
wspólnego.
Przeprowadziliśmy się pod Warszawę i jesteśmy nowi i tak po prostu i w
parafii. Ja przez wiele lat byłam zaangażowana w ruchu studenckim, w swojej
parafii mniej, ale znałam księży mimo, że była to chyba największa parafia w
Polsce (Ursynów

.
Teraz nie znamy zupełnie. Po kolędzie ksiądz był szybko, ale zostawił nr
swojej komórki z tekstem, że chętnie by się dał zaprosić na pomidorówkę. Ja
chętnie bym z nim pogadała o tym co się dzieje w parafii i czy w coś się nie
da włączyć chociaż troszeczkę (na razie powiększona rodzina b. nas pochłania)
tylko boję się, że to był gest czysto kurtuazyjny i on by się zdziwił.
Odważylibyście się czy czekalibyście na jakieś oficjalne działania. Chodzi o
to, że w tej parafii tak naprawdę nie ma żadnych wspólnot no nic zupełnie,
ale proboszcz wspominał, że chcą to zmienić.
A dwa to chrzest mojej córki. Dałam się przekonać, by nie czekać z nim, aż
coś zacznie rozumieć (argumentem, że żeby naprawdę rozumiała musielibyśmy
czekać nie kilka a kilkanaście lat), ale i tak chciałabym, by to było jakieś
przeżycie dla nas. Planowaliśmy zwyczajnie z innymi, ale mąż był na
przeszpiegach w niedzielę i trochę mnie przeraził; 14 dzieci i dodatkowo
jakieś inne intencje (włącznie z płogosławieniem jakiegoś sztandaru lokalnych
rzemieślników). I zastanawiam się by porozmawiać z tym księdzem o jakijś
możliwości chrztu poza tą mszą chrzcielną. Czy to ma sens? Czy aby na pewno
będzie lepiej? Czy nie zniechęcimy do siebie jako do dziwaków?
A jeśli mielibyśmy chrzić na tej zwyczajnej mszy to jak (oprócz tych
oczywistych wymogów kościelnych) byście się przygotowali; co zrobili, by było
to dla nas prawdziwie duchowe przeżycie.
M.
PS. Jak nie piszę to nie piszę, a tu tak się rozpisałam