Trzy dni temu łapnęły mnie skurcze, nie trzeba tłumaczyć ze cokolwiek za wcześnie (ok 8 t.c.) Zatelefonowałam do lekarza, położyłam się, małża w środku nocy pogoniłam do apteki po No Spę, córka leżała ze mną. Pyta: "Mama co się stało??" "Myszko, brzuszek mnie mocno boli, mam skurcze i boję się żeby się nic dzidziusiowi nie stało, bo jak są mocne skurcze to on się moze za wcześnie urodzić i umrzeć. Poproś Jehowę, zeby nam pomógł..." Młoda naciągnęła kołdrę na głowę (ma tak jak się 'bardzo prywatnie' modli), pomruczała pod nosem swoje prośby "...i pozwól Jehowo zeby dzidziuś w brzuszku u mamy żył i był zdrowy...", po czym wydostaje się na powierzchnię i oświadcza: "Mamo, już załatwione. Nic Ci nie jest i nie masz żadnych...tych... Dzidziuś będzie żył. Poprosiłam."
Faktem jest ze skurczy nie mam.
Zastanowiłam się nad ufnością dziecka w moc modlitwy i realnością Boga jako dobrego ojca w jej małym serduszku. Piękne.
Dzisiaj po zebraniu (pod wpływem tego o czym sama na nim mówiła) dołożyła do informacji o tym, że 'załatwione' wyjaśnienie: bo ja szukam najpierw Królestwa i te wszystkie inne rzeczy czyli zdrowy dzidziuś też, będą mi dodane.
Ktoś mi nie tak dawno powiedział, że na własnym łonie uhodowaliśmy sobie świetny przykład silnej wiary

)