Dodaj do ulubionych

slub jednostronny

01.11.07, 00:31
czy jest cos takiego?wydaje mi sie,ze slyszalam o czyms takim,tzn
slub katolicki np gdy katoliczka bierze slub z facetem innego
wyznania i ona mu przed swoim Bogem slubuje i nie zyje wtedy w
grzechu.ale bardziej chodzi mi o przypadek kolezanki,ktora ma slub
cywilny tylko,bo jej maz nie chce koscielnego,bo jet ateista-czy ona
ma mozliwosc wziasc z nim takiego jednostronnego slubu
koscielnego,by nie zyc w grzechu i miec Sakrament malzenstwa?
slyszeliscie o czyms takim,moze sa na temn temat jakies znanae wam
przepisy,odnosniki itp?
Obserwuj wątek
    • basia313 Re: slub jednostronny 01.11.07, 00:38
      OCzywiscie, ze jest taka mozliwosc. Dobrze slyszalas. Maz oczywiscie
      musialby wyrazic chec tego, ale skoro kocha, to pewnie nie byloby z
      tym problemu. wtedy zona przysiega " tak mi dopomoz.itd..", a maz
      juz tych slow nie wypowiada.
    • kann2 Re: slub jednostronny 01.11.07, 08:01
      Nie ma ślubów "jednostronnych". Małżeństwo jest zawsze dwojga osób,
      jednakowo zobowiązujące oboje.

      Natomiast możliwe jest zawarcie małżeństwa katolika z "ateistą" po
      spełnieniu okreslonych warunków:

      Strona katolicka musi zobowiązać się na piśmie, że:

      a) zachowania własną wiarę,
      b) usunie zagrożenia w jej praktykowaniu,
      c) uczyni wszystko, co jest w jej mocy, by całe potomstwo było
      ochrzczone i wychowane w wierze katolickiej.

      Strona niekatolicka (nieochrzczony, niewierzący, ateista,
      chrześcijanin innego wyznania, osoba, która formalnie wystąpiła z
      Kościoła...)

      - Jeśli jest od dzieciństwa niekatolikiem, to jedynie oświadcza, że
      przyjmuje do wiadomości zobowiązania strony katolickiej.

      - Jeśli w jego życiu miało miejsce odstępstwo od wiary katolickiej
      (także w tym sensie, że otrzymał katolickie wychowanie, a teraz
      uznaje się za niewierzącego), to zobowiązuje się wobec świadków, że
      nie będzie przeszkadzał stronie katolickiej w wypełnianiu jej
      obowiązków.

      Przepisy i opracowania:

      www.kkbids.episkopat.pl/dokumentydlep/malzenstwo.htm#etykieta1
      (od nru 71 do 93)
      www.mateusz.pl/rodzina/as-mm.htm
      www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TA/TAI/pr_malzenskie_07.html
      www.mateusz.pl/ksiazki/js-pn/js-pn_34.htm
    • wolanka79 Re: slub jednostronny 01.11.07, 21:52
      tak, jest taki ślub, sama przymierzam się do niego, chociaż
      przyznam, że ciężko... Na razie mój mąż nie chce nawet takiego
      ślubu, twierdzi, że to dla mnie upokarzające i on w tym udziału brać
      nie będzie to to tylko woda na młyn w naszej rodzinie, która chyba
      myśli, że nie mamy ślubu kościelnego, bo mąż mnie nie kocha i jest
      ze mną z obowiązku i poczucia przyzwoitości. Do tej pory, choć z
      bólem nie naciskałam na niego, bo wiem, że jest w tym trochę racji i
      głupich komentarzy bym nie uniknęła. Ostatnio jednak częściej o tym
      myślę, myślę nawet, że być może kiedyś weźmiemy wspólny ślub przed
      Bogiem, że mój mąż znowu się otworzy na wiarę... Nadzieję widzę w
      chrzcie naszych córek, na który wyraził zgodę, w tym, że coraz mniej
      krytykuje Kościół, a coraz częściej tam z nami zagląda. Choć na mszę
      ciężko go zagonić, a uczestnicząc np. we mszy w trakcie ślubu nie
      modli się. Tak czy inaczej, jeżeli on się nie zdeklaruje, to ja będę
      walczyła o taki jednostronny ślub, dla dobra własnego, dzieci i
      jego. Tak się tylko zastanawiam, czy jeżeli mój mąż kilka lat po
      takim ślubie wróciłby do Boga to czy moglibyśmy wziąć drugi ślub,
      podczas którego on także złożyłby przysięgę kościelną? To tak od
      strony formalnej, może ktoś wie...
      • kann2 Nie ma slubów jednostronnych! 01.11.07, 22:58
        Nie trzeba powtarzać przysięgi. Ślub jest ślubem i każdy jest przed
        Bogiem, bo Bóg małżeństwo ustanowił. Przestańcie pisac o slubach
        jednostronnych. Zobowiązania małżeńskie są takie same dla obojga.
        Jeśli obie strony są ochrzczone, małżeństwo jest sakramentem. W
        niektórych przypadkach może "nieuświadomionym", a więc być może mało
        owocnym.

        Męża namawiaj. Niech wystąpi w kościele na ślubie jako niewierzący,
        skoro za takiego się uznaje. Czy z miłości do Ciebie nie zdobędzie
        się na to? Byś mogła uczestniczyć w życiu sakramentalnym w pełni?
        Wiem, że to trudne, ale nie ustawaj.
      • twoj_aniol_stroz Re: slub jednostronny 02.11.07, 10:18
        Jestem jak najbardziej optymistką i wierzę, że powolutku Wasze życie
        się zmienia. Mężczyźni mają czasami problemy z wiarą z powodu ich
        racjonalnych umysłów, a im więcej bredni mówili o Kościele, im
        bardziej się zacietrzewiali, tym trudniej im potem przychodzi
        powrót, ale on wróci, módl się o to, proś o pomoc, a jemu tłumacz,
        pokazuj i on w końcu przyzna, że wierzy.
        W sumie to on już wierzy, tylko jeszcze nie chce sam przed sobą
        przyznać. Samo ochrzczenie dzieci, bywanie w kościele to już dużo.
        To przeciwstawianie się takiej formie sakramentu jaki proponujesz
        też myślę swiadczy o tym, że on powoli przyzwyczaja się do myśli, że
        jednak wierzy w Boga smile
        Sama to przerabiałam z własnym mężem. My co prawda ślub kościelny
        wzieliśmy, ale potem (bez bata rodziców nad głową) oboje odbieglismy
        od Kościoła truchcikiem smile Ja wróciłam pierwsza, mój mąż natomiast
        bardzo długo się zapierał, ale powoli, po wielu rozmowach o Bogu, o
        wierze i Kościele, wrócił. Teraz jest nieźle.
        Mam nadzieję, że z Twoim facetem też tak będzie. Weź poprawkę na to,
        że to facet i on troszkę Boga chce objąć rozumem a nie uczuciem.
        Faceci na ogół są nienajlepsi w uczuciach smile))) stąd jego wahania.
        Kasia
        • maika7 dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 13:43
          Dlaczego nie można po prostu zaakceptować, że druga osoba nie wierzy? Nie
          naciskać, nie prosić, tylko po prostu zaakceptować?
          Czy chciałybyście, żeby partnerzy niewierzący zachowywali się tak wobec Was?
          Przekonywali, odwodzili od wiary, naciskali szantażowali emocjonalnie?

          nienajlepsza w uczuciach wink
          M.
          • twoj_aniol_stroz Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 14:12
            Czym innym jest mieć do czynienia ze zdeklarowanym ateistą, wtedy
            faktycznie masz rację, nie da się człowieka na siłę zmusić do wiary.
            Ale zupełnie inna jest sytuacja, kiedy człowiek nagle zaczyna szukać
            Boga, zaczyna pytać, bywać w kościele (na razie jako widz bardziej,
            niz uczestnik). W takim przypadku uważam, że nic-nie-robienie byłoby
            błędem.
          • isma Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 14:33
            O, to ja sie pod kolezanka podpisze. Jakos bardziej wierze we
            wszechmoc Boza, niz zonina/mezowska...

            No, ale ja tez w uczuciach jestem nienajlepsza, i lekki wewnetrzny
            opor we mnie budzi, jak slysze, ze facetowi to trzeba dac czas, bo
            ten z natury rzeczy Pana Boga chce obejmowac rozumem, a niewiescie,
            jaka sama nazwa wskazuje, wiadomo, rozumu nie potrzeba - troche
            kadzidla i lzawe pienia pobozne wystarcza wink)).
            • twoj_aniol_stroz Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 14:41
              Nie no, to nie jest tak, że babie wystarczy powiedzieć, że ma
              wierzyć i ona uwierzy. Chodziło mi o to, że facet podchodzi do wiary
              inaczej niż kobieta, bo różni się sposobem myślenia, inaczej
              podchodzi do swojej przeszłości (nie lubi rozpamiętywać, jeszcze raz
              przeżywac tego co już było), nie lubi mówić o uczuciach, o tym co
              dzieje się z nim w środku. To są cechy, które nie ułatwiają wiary,
              spełniania obowiązków osoby wierzącej. Oczywiście nie mówię tu o
              wszystkich facetach na świecie, bo od tej reguły sa wyjątki.
              Kasia
              • isma o meskie chrzescijanstwo 02.11.07, 14:52
                Jesli zakladamy, ze taka jest regula, to istotnie, wyjatki od niej
                zapewne sa, i to liczniejsze, niz by sie moglo wydawac. Ale byc moze
                regula jest inna: ze ludzie po prostu roznie wierza, i nie ma to
                zasadniczego zwiazku z plcia (inna sprawa jest uczestnictwo w
                okreslonego rodzaju praktykach religijnych oczywiscie, ale my tu
                mowimy na razie o wierze jako takiej).

                Nawiasem mowiac, teza o tym, iz facetom jest trudniej byc wierzacymi
                stoi w pewnym roziewie z dosc latwo obserwowalnym faktem, iz, he,
                he, zawodowi wierzacy w KK, ksieza znaczy sie, sa co do zasady
                mezczyznami wink)).
                I zaryzykowalabym twierdzenie, ze wlasnie autentycznie meski
                zawodowy wierzacy to jest to, o co chodzi - w odroznieniu od licznie
                wystepujacych przeanielonych bezplciowych niewiadomoco ;-(((.
              • wolanka79 Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 15:38
                masz rację, tak własnie jest z moim mężem smile Dochodzi do tego
                jeszcze brak pokory. Mój mąż uważa, że ludzie nie potrafią wziąć
                sprawy we własne ręce, nie potrafią odpowiadać za swoje błędy-
                łatwiej im powiedzieć, że widocznie Bóg tak chciał... Poza tym
                trudno by mu było chyba przyznać, że jest komuś podległy, że ktoś go
                kocha i otacza opieką i że to właśnie jest Bóg. On próbuje wszystko
                wytłumaczyć racjonalnie, "szkiełkiem i okiem".
          • kann2 Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 14:57
            maika7 napisała:

            > Dlaczego nie można po prostu zaakceptować, że druga osoba nie
            wierzy? Nie
            > naciskać, nie prosić, tylko po prostu zaakceptować?

            Zdaje się, że autorkom powyższych postów nie chodzi tylko o
            przekonanie do wiary, ale najsampierw o to, by mąż (czy też kandydat
            na męża) po prostu zaakceptował, że ona jest osobą wierzącą i w
            związku z tym ważnym małżeństwem dla niej jest ślub zawarty w
            kościele. Dlaczego nie chcą tego zaakceptować i zawrzeć ślub
            kościelny, choć występując jako osoba niewierząca?
            • isma Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 15:04
              No nie, chwilunia. Jesli mowimy o kandydacie na meza, to zgoda. Ale
              jesli mowimy o mezu, no, to, daruj, ale niby z czego ma ten juz maz
              wnosic, ze to wazne, skoro do tej pory wazne nie bylo, i kontrakt
              cywilny wystarczyl?
              • kudyn Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 15:10
                No np. z tego powodu że ważne zaczęło być, chociażby z powodu np. nawrócenia
                • isma Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 15:21
                  W naszych powyzszych np. wink)) mowy o tym nie ma, to raz.
                  Po drugie, mielibysmy wtedy do czynienia z uprzednim kontraktem
                  cywilnym dwojga niewierzacych? To chyba troche postac rzeczy zmienia.

                  A mowiac powazniej - ludzie sie, oczywiscie, zmieniaja, niemniej
                  mysle sobie, ze jednak pewne minimum szacunku dla wspolmalzonka
                  (wlasnie wspomalzonka - jesli powaznie traktowac slowa o "byciu
                  jednym"!) wypada miec. Jesli umawialismy sie w powaznej sprawie na
                  jakies okreslone rozwiazanie, to nie bardzo mozna, moim zdaniem,
                  wywierac nacisk na podporzadkowanie sie oczekiwaniu przeciwnemu, no.

                  Przykladowo, gdybym zaczela teraz slubnemu suszyc glowe o
                  zaadoptowanie sierotki z Ukrainy, bo uznalam, iz dziecie nasze nie
                  moze znosic bolow jedynactwa, to bym sie wcale nie zdziwila, gdyby
                  mi drzwi (mentalnie) pokazal ;-P.
                  • kudyn Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 15:42
                    Ad 1. To że o tym nie ma mowy znaczy że nie jest?
                    Ad 2. No formalnie mamy jeszcze inne stany w naszych realiach, wierzący
                    niepraktykujący, wierzący czasem praktykujący, też może się nawrócić.

                    Na czym ma polegać minimum szacunku? Skoro jedna osoba się nawraca – uznaje że
                    ze względu na grzech chce sakramentu, to nie może wystąpić o to z wnioskiem do
                    nieślubnego, ponieważ to dla niej ważne?
                    U mnie w parafii jedna z kobiet rozeszła się z nieślubnym po rozmowie z
                    duszpasterzem. Powód – ona się nawróciła z niewierzącej czasem praktykującej na
                    wierzącą na poważnie, on nie chciał sakramentu.
                    • isma Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 16:38
                      E, no, albo rozmawiamy o wszystkich przypadkach na raz, albo o
                      przedstawionych, bo balagan sie robi.

                      Nawet zakladajac, ze terminem "nawrocenie" obejmujemy przypadek
                      cywilnego malzonka, ktory, powiedzmy, zaczal w pewnym momencie
                      wieksze znaczenie przypisywac sakramentowi, to, przyznasz, jest
                      ogromna przestrzen mozliwych zachowan pomiedzy "wystapieniem z
                      wnioskiem do nieslubnego", a nastawaniem, w pore i nie w pore, ze
                      sie tak ewangelicznie wyraze.
                      Zostaly tutaj uzyte sformulowania "na msze ciezko go
                      zagonic", "tlumacz, pokazuj, i on w koncu przyzna, ze wierzy" -
                      ktore, moim zdaniem, sa ponizej tego minimum szacunku, ktory
                      malzonkowi sie nalezy.

                      Maz nie jest dzieckiem, ktore sie zagania na msze. I - zwlaszcza
                      maz, bo przeciez mezczyzna, jak wiadomo, kieruje sie rozumem - ma
                      swiete prawo dostac alergicznej wysypki na diagnoze o kompletnej
                      indolencji swojego intelektu i woli: "w sumie to ty juz wierzysz,
                      tylko sie nie chcesz sam przed soba przyznac"...

                      (no, niech by mnie, kobiecie przeciez, ktos sprobowal z takim
                      tekstem w swoim czasie wyjechac!)

                      Jak pisalam do Kanna - jest kwestia zakresu ingerencji w cudze
                      (wlasna decyzja o rozstaniu sie z nieslubnym - prosze bardzo)
                      sumienie. Nie chcialabym, zeby maz, ktory stracil wiare (bo i to sie
                      zdarza), "z milosci", dla mojego dobra przezen na nowo rozeznanego,
                      forsownie namawial mnie do niemarnowania czasu na niedzielna Msze
                      sw. np. ;-(((.
                      • twoj_aniol_stroz Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 18:23
                        Isma, ale jest zasadnicza różnica pomiędzy tym, co my między sobą tu
                        mówimy,a tym co dyplomacja kobieca pozwala powiedzieć facetowi smile))
                        W życiu bym mojemu mężowi nie powiedziała: wiesz kochanie, ja wiem,
                        że ty wierzysz, tylko ty jeszcze o tym nie wiesz. To byłby koniec
                        rozmów o wierze, o Bogu. Ja mogę tak czuć, powolutku cieszyć się z
                        tego faktu, ale to on sam musi to zauważyć i uwierzyć.
                        Określenie "zagonić na mszę" też jest przenośnią, a nie dosłownym
                        zapędzaniem za pomocą kija i awantury. To nie tak, za bardzo
                        dosłownie do tego podeszłaś i stąd całe nieporozumienie smile))
                        • isma Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 18:37
                          Wbrew pozorom, nie podchodze doslownie (dawno temu, ale jednak
                          kiedys bylam filologiem wink)). Mam natomiast dosyc glebokie
                          przekonanie, ze slowa jednak sluza glownie do wyrazania mysli
                          (prawda, raczej mezczyznom, bo kobietom to czasem do wygadania sie
                          jako czynnosci o charakerze nerwicy natrectw) ;-P.
                          Oczywiscie, ze nie chodzi, doslownie, o stanie nad kims z pejczykiem
                          w reku. Gdziezbym smiala dyplomatki kobiece o to podejrzewac!

                          Tyle tylko, ze, z tych opisow, ktore tu sie pojawily, to ci
                          malzonkowie wychodza na, przepraszam, kompletnych durni, ktorzy sie
                          na "kobiecej dyplomacji" nie potrafia poznac i jej wyrafinowanej
                          subtelnosci przeniknac. No, po prostu puste glowy, ktorymi ich
                          (sakramentalne lub nie) szyje kreca jak chca. I tak dlugo beda
                          krecic, az (dla swietego spokoju?) nawet malzonek nie zauwazy, jak
                          jej w koncu zaplaci rachunek za futro/wezmie slub w kosciele.

                          Miedzy nami mowiac - ja jestem w stanie na argumenty mojego slubnego
                          zapedzic w kozi rog w kazdej kwestii. Ale w zaden sposob nie daje mi
                          to prawa do wywierania nacisku na niego w sprawach sumienia. W
                          innych, zreszta, tez nie zawsze. Kwestia szacunku.
                          • pawlinka Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 18:44
                            i wolności teżsmile
                            • isma Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 19:00
                              Tez. No wiec, jako czlowiek wolny, zasuwam ze slubnym na Msze sw. do
                              kolegiaty, zostawiajac cherlajace dziecko pod czula opieka
                              zaprzyjaznionej pielegniarki hospicyjnej (a niech sie dziecko od
                              malego wdraza wink)) i niech no kto sprobuje do mnie w trakcie
                              zadzwonic wink)).
                              • pawlinka Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 19:15
                                zjechać takiego dzwoniącego, zjechaćsmile
                                • isma Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 23:52
                                  Jak mnie znasz, to ja bym w pierwszej kolejnosci sama siebie
                                  zjechala, zem komorki nie wylaczyla wink)).

                                  Ale i tak moja dzwoniaca komorka, oraz ewentualne zjechanie siebie
                                  samej/dzwoniacego, nawet publiczne, by nie zrobilo dzisiaj w
                                  kolegiacie na nikim wrazenia, albowiem gwiazda wieczoru byla pewna
                                  pani, w typie wdowy po profesorze UJ (miejsce to ma zreszta
                                  szczescie do oryginalow roznej masci, do ktorych nieudolnie probuje,
                                  moze mi sie to z wiekiem uda, doszlusowac wink)). Pani mianowicie
                                  dodreptala do prezbiterium mniej wiecej rowno z poczatkiem modlitwy
                                  po Komunii sw. i zaczela cos obficie klarowac zaszytemu w stallach
                                  niejakiemu ks. Stryczkowi - ktoren, z chronotopu wnoszac, skinal
                                  wyrozumiale w strone koncelebransa, aby ten pobiezyl do pani z
                                  Komunia sw.
                                  Okazalo sie wszakze, ze pani nie o to chodzilo - zyczyla sobie
                                  bowiem, wobec braku dyzuru w konfesjonale, zostac wprzody
                                  natychmiast wyspowiadana, w celu zyskania stosownego do pory
                                  odpustu - a nie spotkawszy sie tym razem ze zrozumieniem, wyrazila
                                  swa dezaprobate nader gwaltownie.

                                  Wiec, ja chyba jednak nie mam racji w tym niespowiadaniem w czasie
                                  Mszy sw. A nawet pogadac przez telefon chyba w trakcie mozna wink)).

                                  Dlaczego nie zaakceptowac wink))?
                                  • pawlinka Re: dlaczego nie zaakceptować? 03.11.07, 00:04
                                    tak, samozjechanie mi do Ciebie pasujesmile
                                    Boję się ostatnio o siebie, bo jestem w stanie obecnie zjechać każdego, wiec
                                    Is., dobrze, że Kraków dalekosmile))
                                    Zjechałam znajoma, taką z widzenia znana bardziej. No, wytrzymałam 15 nabożeństw
                                    różńcowych z obsadą gwiazdorską jej dzieci przy tzw. sztandarku, wytrzymałam
                                    dzielnie, 16 nie zdzierżyłam. Zjechałam. Matkę.
                                    • isma Re: dlaczego nie zaakceptować? 03.11.07, 00:17
                                      Miedzy nami rekinami mowiac, stanowimy zatem koronny kontrargument
                                      dla tezy o zrzedliwosci starych panien wink)).
                          • twoj_aniol_stroz Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 18:52
                            Isma, tu nie chodzi o wywieranie nacisku, o zmuszanie do
                            czegokolwiek, w trakcie rozmowy można mówić o wszystkim, można się
                            zgadzać lub nie, spierać, dyskutować. Mam prawo mieć inne poglądy i
                            zdanie niż mój mąż, on także ma prawo do odmiennego zdania, co oboje
                            szanujemy i żadnemu z nas nie przychodzi do głowy zmuszać drugie do
                            zmiany zdania. Zmiana zdania jest wyłącznie możliwa jeśli któreś z
                            nas do tego dojrzeje samodzielnie, po przemyśleniu argumentów
                            drugiej strony, po własnych zmaganiach z myślami.
                            • isma Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 23:57
                              No, coz. W moim przekonaniu jest roznica pomiedzy sporem na
                              plaszczyznie intelektualnej, a proba wplywania na czyjs akt woli.
                              Spierac sie mozna o wszystko. Ale oczekiwac okreslonych decyzji -
                              chyba nie.
                              • twoj_aniol_stroz Re: dlaczego nie zaakceptować? 03.11.07, 00:49
                                Myślisz, że mój mąz poszedł w końcu do spowiedzi, bo ja tego
                                oczekiwałam? Chyba żartujesz. Gdyby tak było to nie czekałby z tym 5
                                lat, prawda? Dla świętego spokoju chodził do kościoła i spowiedzi
                                jak był kawalerem, co zresztą sam powiedział. Do tej poważnej
                                spowiedzi dojrzał sam, przy wybitnej pomocy Boga, nasze rozmowy,
                                dykusje służyły wyłącznie wyjaśnianiu, a i tak wielu owoców z tego
                                nie było póki się Bóg w to nie wmieszał smile))
                                • isma Re: dlaczego nie zaakceptować? 03.11.07, 00:55
                                  Nic nie mysle, a na temat cudzych mezow przestalam myslec jakies
                                  dwadziescia lat temu wink)). Skadinad, byla - i na powrot aktualna -
                                  zona mojego niedoszlego meza jest fantastycznym przykladem, jak
                                  mozna sie powstrzyamc od ciosania kolkow na glowie, a Pan Bog i tak
                                  prawego czlowieka nie ukrzywdzi wink)).
                                  • twoj_aniol_stroz Re: dlaczego nie zaakceptować? 03.11.07, 00:59
                                    Moja teściowa jest bardzo skutecznym "odstraszaczem" od metody
                                    ciosania kołków na głowie, jak również metody litosci z powodu
                                    choroby. Ona jest w tych dwóch metodach perfekcjonistką - nie będę
                                    robić konkurencji, bo i tak nie mam szans na wygraną smile)))
                          • nati1011 isma 02.11.07, 19:37
                            Ale w zaden sposob nie daje mi
                            > to prawa do wywierania nacisku na niego w sprawach sumienia. W
                            > innych, zreszta, tez nie zawsze. Kwestia szacunku.

                            Isma - a gdyby twój ślubny doszedł pewnego dnia do wniosku, że jego
                            sumienie pozwala mu na związek na boku z inną kobietą - to tez nie
                            wywierałabyś nacisku na jego sumienie?

                            Skoro małżeonkowie są jednością, to nie jest obojętne dla drugiego
                            co czyni pierwszy. Praca, wiara, wychowanie dzieci, hobby.... -
                            wszystko ma wpływ na życie mojego małżonka a jego na mnie. No chyba
                            że to małżeństwo polega jedynie na wspólnym mieszkaniu.
                            • maika7 Re: isma 02.11.07, 20:10
                              > Isma - a gdyby twój ślubny doszedł pewnego dnia do wniosku, że jego
                              > sumienie pozwala mu na związek na boku z inną kobietą - to tez nie
                              > wywierałabyś nacisku na jego sumienie?

                              Przepraszam, że odpowiadam na pytanie nie mnie zadane.
                              Nie widze tu związku z sumieniem tylko z miłością do mnie. To nie sumienie ma
                              byc hamulcem przed zdrada, ale miłośc i fakt, że nasza rodzina (ja, on, dzieci)
                              i być może rodzina "tej drugiej" zostałyby skrzywdzone.

                              M.
                              • nati1011 Re: isma 02.11.07, 20:32
                                Ale ja znam osoby, które twierdzą, że mają romas bo kochją obie
                                osoby (żonę - męża) i ta drugą. W ich sumieniu nie wyrzadzają nikomu
                                krzywdy.


                                Nie widze tu związku z sumieniem - tego to już nie rozumiem. Zawsze
                                mi się wydawało, że to właśnie sumienie podpowiada co j est dobre a
                                co złe.

                                A co do wychowywania i dojrzałości - ja osobiście uważam, że jeszcze
                                mi daleko do dojrzałości w wielu dziedzinach. Uważam, że cżłowiek
                                wzrasta przez cąłe życie. Jeżlei wydaje mu się, że w wieku 20-30-40
                                juz jest ostatecznie ukształtowany i nic nie może się w nim zmienić
                                to chyba coś jest nie tak. nie zmienia to faktu akceptacji człowieka
                                takim jakim jest. Nikt nie jest ideałem, ale jżeli wybrałam sobie na
                                męża czlowiek, który pali papierosy, czyż złem jest próba
                                nakłonienia go do rezygnacji z nałogu - przecież włąśnie w imię
                                miłości. Tak samo w imię miłości do męża chciałabym by zostął
                                zbawiony. Nie widzę w tym sprzeczności.
                                • maika7 Re: isma 02.11.07, 20:47
                                  > Ale ja znam osoby, które twierdzą, że mają romas bo kochją obie
                                  > osoby (żonę - męża) i ta drugą. W ich sumieniu nie wyrzadzają nikomu
                                  > krzywdy.

                                  I czy odwoływanie sie do ich sumienia coś zmienia?

                                  > Nie widze tu związku z sumieniem - tego to już nie rozumiem. Zawsze
                                  > mi się wydawało, że to właśnie sumienie podpowiada co j est dobre a
                                  > co złe.

                                  Tak, ale odwoływanie sie do sumienia raczej skuteczne w takiej sytuacji nie
                                  jest. Szczególnie, jesli róznimy sie poczuciem tego co jest dobre, a co złe (jak
                                  w przykładzie, który podałaś).

                                  Nati, ja nie pisałam o dojrzewaniu, bo dojrzewamy, rozwijamy sie i kształtujemy
                                  do końca życia. Pisałam o wychowywaniu.

                                  Jesli w drugim człowieku nie ma chęci zmiany, to nasze "wychowawcze" zabiegi
                                  moga odnieść skutek dokładnie odwrotny.
                                  Czy chciałabyś, żeby niewierzący mąż w imię miłości ratował Cie przed "tymi
                                  bzdurami"?? Czy może chciałabyś, zeby odniósl się do Ciebie i Twojej wiary z
                                  szacunkiem i akceptacją? Nawet jesli sam nie rozumie jak można wierzyc?
                                  Nie piszę o tym, żeby nic nie robić, tylko o tym, żeby nie przekraczać granicy
                                  wzajemnego szacunku dla odmienności swoich poglądów. Dotyczy to zarówno
                                  wierzących, jak i niewierzących.

                                  M.

                                • isma Re: isma 03.11.07, 00:28
                                  Hm. Czlowiek, oczywiscie, zmienia sie przez cale zycie. Niektorzy
                                  lysieja np. Albo rzucaja palenie.

                                  Natomiast zasadniczo, np. do malzenstwa wymaga sie pewnej
                                  dojrzalosci. Takiej, ktora pozwalalaby przyjac, przynajmniej w
                                  kwestiach zasadniczych, odpowiedzialnosc za to, do czego sie
                                  czlowiek wobec drugiej osoby zobowiazuje. A to, co piszesz
                                  o "przejrzeniu na oczy" w kwestii akceptacji romansow, jest wlasnie
                                  dowodem niedojrzalosci - ot, zmienilo mu/jej sie...

                                  Przy czym, zeby bylo jasne - ja sama nie moge zagwarantowac, jak to
                                  kiedys pisalam tu przy innej okazji, ze mi palma nie odbije i sie
                                  nie "zakocham". Ale niezaleznie od moich takich czy innych uczuc, to
                                  pozostaje jeszcze kwestia mojej woli - a za te (wlasnie dlatego, ze
                                  sie uwazam za osobe w miare dojrzala, ktora sie do okreslonych
                                  rzeczy swiadomie zobowiazywala), moge reczyc. Tzn. moge reczyc, ze
                                  nie uznam, iz ten romans jest OK i nie wyrzadza nikomu krzywdy.
                            • isma Re: isma 03.11.07, 00:14
                              O, momencik. Analogia jest dalece chybiona.
                              Otoz, decydujac sie na slub, sakramentalny na dokladke, mysmy sie ze
                              slubnym wlasnie na tolerancje dla "zwiazkow na boku" nie umawiali
                              (my akurat umawialismy sie natomiast, chociaz bez szczegolnego
                              przekonania ze strony in spe slubnego, ktore jednak cudownym
                              zrzadzeniem Bozym, dzieki Duchowi sw., zmienilo sie w pewnosc wink)) -
                              na nierobienie sobie wzajem scen zazdrosci z powodow mesko-damskich
                              wobec wagi sakramentu malo istotnych)- stad, gdyby ktores z nas
                              takowy zwiazek sobie, doszedlszy do wniosku, ze jednak sa one OK,
                              zafundowalo, widzialoby, jakie to moze miec konsekwencje. Bo to by
                              bylo nieuczciwe wobec konkretnego zobowiazania, jakiesmy sobie
                              wzajemnie, dobrowolnie skadinad, poczynili.

                              Natomiast malzenstwo, ktore sie umawia na kontrakt cywilny, umawia
                              sie wlasnie na to: na kontrakt cywilny. A nie na to, ze ktoregos
                              dnia jedno zacznie drugie uznawac za przyczyne swojego "zycia w
                              grzechu" i zacznie forsownie dzialc na rzecz zniesienia tej
                              przyczyny. Bo to, w jakims sensie, jest wlasnie nieuczciwosc wobec
                              zobowiazania, z jakim sie w zwiazek wchodzilo.

                              Wiec, ja sie zgadzam, ze rozne sfery zycia malzonkow wzajmnie na
                              siebie wplywaja. I dlatego, hmmmm, no, pozadane wydawaloby mi sie
                              nierobienie sobie swiadomie w sprawach waznych niespodzianek.

                              Jakos mysle sobie, ze drogi ludzi do Pana Boga sa rozne, czasem
                              mocno pokrecone, i tym, kto je najlepiej prostuje, jest Bog sam.
                              Niekoniecznie zona musi sie poczuwac do bycia omnipotentna apostolka
                              w tym wzgledzie...
                      • kudyn Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 19:30
                        Więc mieliśmy dwa opisane przypadki. W pierwszym motyw do zawarcia ślubu był
                        wyrażony - "by nie żyć w grzechu i mieć Sakrament małżeństwa?" W drugim wcale
                        nie jest wyrażony.
                        Na podstawie tego stwierdzasz, że "niby z czego ma ten już mąż wnosić, że to
                        ważne, skoro do tej pory ważne nie bylo, i kontrakt cywilny wystarczył?"
                        Kiedy zadaję pytanie czy nie mogło się coś wydarzyć, stwierdzasz że nic o tym
                        nie było napisane. Wyciągasz wniosek pomimo braku danych, a za chwilę
                        argumentujesz że coś nie może mieć miejsca bo nie ma danych. Za chwilę z mojej
                        wypowiedzi, nie wiem w jaki sposób wyciągasz wniosek, że "mielibyśmy wtedy do
                        czynienia z uprzednim kontraktem cywilnym dwojga niewierzących". Dalej zaczynasz
                        o braku szacunku i wywieraniu nacisków kiedy w jednym z dwóch przypadków jest to
                        opisane: "Do tej pory, choć z bólem nie naciskałam na niego, bo wiem, że jest w
                        tym trochę racji i głupich komentarzy bym nie uniknęła", a dalej w kontekście
                        wychowania dzieci jest wspomniane o zaciąganiu na mszę.
                        Ciężko prowadzic dyskusję kiedy sugerujesz coś, czego ktoś nie mówi lub
                        wyolbrzymiasz czyjeś wypowiedzi. Takie miałem odczucia przy dyskusji o
                        halloween, w wątku o szkole, podobnie jest tutaj.
                        • isma Caritas discreta 03.11.07, 01:15
                          Kudynie, przyznam, ze nie potrafie Ci odpowiedziec. Moze dlatego, ze
                          mam wrazenie - podobnie jak w watku o szkole wink)), ze (z braku
                          argumentow?) w pewnym momencie dyskusji zamiast skupienia sie na
                          sprawie zabierasz sie do oceniania wspoldyskutanta, ktory Cie
                          zreszta o to nie prosil. Nie wspomne juz o takich drobiazgach, ze
                          wspoldyskutant musialby udowadniac, ze nie jest wielbladem, np.
                          widzac swoje zdanie sformulowane w trybie przypuszczajacym i
                          zakonczone znakiem zapytania, ktory zwyczajowo wyraza, jak mu sie
                          zdaje, watpliwosc - przytoczone przez Ciebie jako zdanie
                          twierdzace... Moze tez wspoldyskutant nie rozumie, co czyta, ale
                          jesli ma przed oczyma deklaracje, iz ktos "do tej pory" czegos nie
                          robil, to jest dla niego nazbyt oczywiste, iz nie jest to nic
                          innego, jak zapowiedz zmiany dotychczaswego modus operandi (ponizej
                          zreszta wyrazona w slowach jeszcze bardziej dobitnych)...

                          Moge tylko powiedziec tyle - jezuici maja takie celne okreslenie:
                          caritas discreta. Milosc, ktora szczerze chce powszechnosci czci
                          Bozej i szczescia ludzi w Bogu, ale tez milosc umiejaca wybierac
                          takie srodki, ktore najlepiej posluza wiekszej chwale Bozej i dobru
                          ludzi. Nie jest tak, ze oczywistym wyborem jest "walka"
                          i "nawracanie", zwlaszcza w tak szczegolnej rzeczywistosci, jaka
                          jest malzenstwo. Tutaj mozna sobie jak w probowce przecwiczyc reguly
                          rozeznawania: jesli cos wprowadza niepokoj, spor, konflikt - trzeba
                          sie zastanowic, czy to jest Boze, bo nie wystarczy, ze jest z
                          imieniem Bozym na ustach podejmowane.
                          A przede wszystkim, czasami trzeba cos niecos Wszechmocnemu
                          zostawic.

                          Pozwole sobie na dygresje, bo przypadek zrzadzil, ze sie nam dzisiaj
                          w domu wieczorem hospicyjnie pogawedzilo, z dawno niewidzianymi.
                          Otoz, kiedy w hospicjum umiera niewierzacy, to nikt mi nie moze
                          zabronic sie modlic za niego, a takze za jego dusze po smierci.
                          Moge, i powinnam, sie modlic ZA niego. Ale Z NIM - tylko wtedy,
                          kiedy on mnie do tego zaprosi.
                          Co zdarza sie znacznie, znacznie czesciej, niz bysmy, zadufani w moc
                          swoich swiadomych "apostolskich" wysilkow, mogli uwierzyc!

                          Wiec, napisawszy co napisalam, wycofuje sie z dyskusji: jestem w
                          stanie przyjac, ze bladze, i to uporczywie. Ale nie musze miec
                          racji, albowiem szczesliwie nie watpie, ze Pan Bog sobie i beze mnie
                          w tych sprawach poradzi wink)).
                          • kudyn Re: Caritas discreta 03.11.07, 11:09
                            Pokazałem w moim poście sposób rozumowania który mi nie odpowiada ponieważ w
                            moim przekonaniu do wyciąganych wniosków nie ma wystarczających przesłanek.
                            Dyskusja na podstawie niewłaściwych wniosków IMHO nie ma sensu. W wątku o szkole
                            sytuacja była podobna. Można to nazwać brakiem argumentów, to bardzo zgrabnie
                            rozwiązuje sprawę.
                            I nie wiem czy ktoś oczekuje od Ciebie udowadniania Twojego nie bycia
                            wielbłądem, ja nie. Zauważyłem jednak, jak kilka osób musiało udowadniać że nie
                            chodziło im o to co wywnioskowałaś z ich wypowiedzi. I często były to słowa, wg
                            mojej chłopskiej wrażliwości, dość ostre.
                            Dla mnie ważne (nie próbuje powiedzieć że dla Ciebie nie) jest nie tylko to co
                            się mówi, ale jak się mówi. I na pewno sam muszę sobie to wziąć do serca.
                            Shalom
              • kann2 Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 15:12
                Świadomie napisałem o kandydacie na męża, bo wiadomo, że małżeństwo
                cywilne katolików za małżeństwo przez Kościół uznane być nie może,
                dlatego nie ma - w kanonicznym sensie - męża i żony. Choć z drugiej
                strony dzisiejsze kościelne spojrzenie na mężczyznę i kobietę
                połączonych związkiem cywilnym jest dużo inne, aniżeli dawniej,
                kiedy określano to po prostu jako bezbożny konkubinat.

                Niemniej wcale nierzadkie sa sytuacje, gdy kobieta (naczęściej)
                prosi swego narzeczonego o ślub kościelny, on się nie zgadza,
                zawierają ślub cywilny i tak żyją, chcąc (ona) uregulować sytuację.
                Nie można mówić, że "do tej pory ważne nie było". Pewnie, na gruncie
                zasad nie powinni byli zawierać samego cywilnego, ale...
                • isma Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 15:26
                  W porzadku, wiem przeciez. Roznimy sie w ocenie, hmmm, stopnia
                  dopuszczalnej ingerencji jednej strony w sumienie i wole drugiej.
                  Dla mnie to sa powazne sprawy, duzo powazniejsze, niz suszenie glowy
                  przez zone, zeby maz rzucil palenie, dajmy na to.
            • maika7 Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 19:44
              > Zdaje się, że autorkom powyższych postów nie chodzi tylko o
              > przekonanie do wiary, ale najsampierw o to, by mąż (czy też kandydat
              > na męża) po prostu zaakceptował, że ona jest osobą wierzącą i w
              > związku z tym ważnym małżeństwem dla niej jest ślub zawarty w
              > kościele. Dlaczego nie chcą tego zaakceptować i zawrzeć ślub
              > kościelny, choć występując jako osoba niewierząca?

              Tak, Kannie. Pojawiły sie tu dwa problemy.
              1. Co zrobic, zeby mąż/partner zaakceptował i zachciał uczestniczyć w ślubie
              kościelnym jako storna bierna.
              2. Liczenie na to, ze malzonka można nawrócić stosujac czy to łagodna perswazje
              czy inne formy nacisku"

              ad. 1. Odpowiedziałes wyczerpująco i zgadzam sie, ze trudno zrozumieć dlaczego
              malzonek niewierzacy opiera się ceremonii kluczowej dla małzonki, skoro w nim
              samym nic to nie zmienia i raczej nie gwałci jego sumienia (chyba...).

              ad. 2. po prostu uważam, ze małzonka akceptuje sie "ze wsiem" - a szczególnie ze
              światopoglądem - wybieraliśmy człowieka okreslonego. Jesli małzonek ateista w
              czasie życia w związku stanie sie wierzącym - fajnie. Ale nie ma chyba sensu
              naciskac na to, albo deprecjonować jego "zdolności do wiary".

              smile
              M.

              • twoj_aniol_stroz Re: dlaczego nie zaakceptować? 02.11.07, 21:20
                A co w sytuacji kiedy mąż nagle zaczyna tracić tę wiarę? Kiedyś
                wierzył, a teraz coraz bardziej odchodzi od Kościoła, wiary i
                praktyk religijnych. W takiej sytuacji też mam nic nie mówić, nic
                nie robić?
                • maika7 Re: dlaczego nie zaakceptować? 03.11.07, 07:20
                  > A co w sytuacji kiedy mąż nagle zaczyna tracić tę wiarę? Kiedyś
                  > wierzył, a teraz coraz bardziej odchodzi od Kościoła, wiary i
                  > praktyk religijnych. W takiej sytuacji też mam nic nie mówić, nic
                  > nie robić?

                  Chyba inaczej rozumiemy słowo akceptacja. To nie jest zostawienie drugiego
                  człowieka samego sobie, tylko uważne otworzenie się na niego i jego potrzeby. I
                  poszanowanie jego decyzji, woli. I tak, jak są przyjścia do Boga, tak samo są
                  odejścia. Jasne, ze warto coś robić, jesli Ci na tym zalezy, ale nie na siłę.

                  Zareagowałam na "zagonic go na msze jest trudno" - wolanki.
                  I Twoje "w sumie to on juz wierzy, tylko nie chce się przyznac" i to, co pisałaś
                  o rozumie, uczuciach i różnicach między płciami.

                  Zareagowałam, bo nie chcialabym byc w sytuacji zaganianej, "nieumiejacej
                  uczuciem objać", nieumiejacej rozpoznac własnych stanów" itd.. Tak, jak nigdy
                  nie chciałabym , żeby np. moja wierząca mama była postrzegana - szczególnie
                  przez najbliższych, ale odmiennych światopoglądowo - jako "stary moher".

                  M.

          • a_weasley Zakład Pascala, czyli dlaczego nie zaakceptować 02.11.07, 16:47
            Ponieważ z perspektywy ateisty człowiek w ostatecznym rozrachunku nic nie traci
            przez to, że wierzy. Nawet nie powie sobie po śmierci "cholera, pomyliłem się",
            bo po prostu go nie będzie.
            Natomiast z perspektywy człowieka wierzącego ateista odrzucając Boga odrzuca
            Jego ofertę zbawienia wiecznego i po tamtej stronie powie "cholera, pomyliłem
            się, a teraz już na wszystko za późno".
            Poza tym zaś - tytuł tego forum dotyczy wychowania w wierze. Niewątpliwie ze
            współmałżonkiem ateistą jest to dużo trudniejsze. Ba, samemu trudniej zachować
            wiarę, gdy od najbliższej osoby nie można liczyć na pomoc w chwilach zwątpienia
            (a te ma każdy).
            • isma Re: Zakład Pascala, czyli male cwaniactwo 02.11.07, 18:05
              No, widzisz. To we mnie zgody na takie male cwaniactwo nie ma, ze
              lepiej wierzyc, bo a nuz sie oplaci...
              • a_weasley Re: Zakład Pascala, czyli male cwaniactwo 17.11.07, 12:48
                isma napisała:

                > No, widzisz. To we mnie zgody na takie male cwaniactwo nie ma, ze
                > lepiej wierzyc, bo a nuz sie oplaci...

                Wiesz, ja nie muszę kalkulować. Ja wierzę w Boga, bo jest. Natomiast wolę nie
                sprawdzać, ile ryzykuje najbliższa osoba. I dzieci, którym trudniej przekazać
                wiarę, gdy ta osoba w tym nie pomaga - a poniekąd przeszkadza, od kolebki
                prezentując alternatywę.
            • maika7 Re: Zakład Pascala, czyli dlaczego nie zaakceptow 02.11.07, 19:58
              > Poza tym zaś - tytuł tego forum dotyczy wychowania w wierze.

              Artur, nie cierpię na aż TAKĄ skleroze - wiem, na jakim forum piszę wink Zechciej
              nie przyponiac mi o tym za każdym razem.

              > Niewątpliwie ze
              > współmałżonkiem ateistą jest to dużo trudniejsze. Ba, samemu trudniej zachować
              > wiarę, gdy od najbliższej osoby nie można liczyć na pomoc w chwilach
              zwątpienia (a te ma każdy)> .

              Uważam, ze małżonków się nie wychowuje - wychowuje sie dzieci i to tylko do
              pewnego wieku. Za małzonka to wolałabym wybrać sobie osobę juz dojrzałą, wobec
              której nie musze stosować żadnych wychowawczych zabiegów - i odwrotnie - nie
              chcę być wychowywana przez meża.

              M.
              • a_weasley Zakład Pascala i bolesne nieporozumienie 17.11.07, 12:54
                maika7 napisała:

                > Artur, nie cierpię na aż TAKĄ skleroze - wiem, na jakim forum piszę wink Zechcie
                > j
                > nie przyponiac mi o tym za każdym razem.

                A jednak czasem trzeba. Tym razem przypomnieć, że w preambule forum jest mowa o
                wychowaniu DZIECI. I tego dotyczyła moja notka. Nie wychowywania współmałżonka
                ateisty, tylko wychowywania dzieci w wierze

                > ze współmałżonkiem ateistą.

                co jest w oczywisty sposób trudniejsze zarówno z przyczyn, które wspomniałem
                odpowiadając Ismie, jak i dlatego, że w takim układzie

                > samemu trudniej zachować wiarę.

                A współmałżonkowie, choć i nieświadomie, wychowują się nawzajem.
                • maika7 Re: Zakład Pascala i bolesne nieporozumienie 17.11.07, 13:16
                  Niezaleznie od tego, kogo wychowywania dotyczy formu, miło mi bedzie, jak w
                  końcu zapamietasz, ze pisze tu z pełną świadomością założeń forum i nie podważam
                  żadnych postów dotyczacych wychowywania w wierze.

                  > co jest w oczywisty sposób trudniejsze zarówno z przyczyn, które wspomniałem
                  > odpowiadając Ismie, jak i dlatego, że w takim układzie

                  Wychodząc za mąż za ateiste lub "letniego w wierze" trzeba to brać pod uwage
                  PRZED ślubem. Tak, jak to, że ateista moze uwierzyc w trakcie zwiazku z
                  wierzącym malzonkiem, albo wierzący przestać wierzyć.

                  > A współmałżonkowie, choć i nieświadomie, wychowują się nawzajem.

                  Jak zdefiniujesz wychowywanie w takim razie?

                  M.
                  • maika7 I jeszcze jedno 17.11.07, 13:25
                    Przyjmij w końcu do wiadomości, ze ateistów - szczególnie tych , którzy pochodzą
                    z rodzin katolickich i większośc członków ich rodzin nalezy do KK, problem
                    wychowywania (lub przynajmniej nie przeszkadzania) w wychowywaniu w wierze
                    dotyczy jak najbardziej.

                    Swoją drogą miło, że poświęcasz swój czas na staranne czytanie moich postów wink

                    M.
      • ankapok Re: slub jednostronny 03.11.07, 02:15
        wolanka79-zycze ci powodzenia i pozdrawiam serdecznie!
    • nati1011 Re: slub jednostronny 02.11.07, 17:35
      Myślę, że powinnaś widzieć, że to nie sam ślub jest najważniejszy.
      Pierwsze pytanie, na jeakie trzeba sobie w takiej sytuacji
      odpowiedzieć, czy ta druga strona nie będzie powodem mojej niewiary.
      Czy przynajmniej nie będzie przeszkadzać - planując np coniedzielne
      wypady za miasto, czy pozowli na katolickie wychowanie dzieci - nie
      sprzeciwi się chrztu, komunii, nie będzie wyśmiewał religii czy
      chodzenia na mszę. Co z tego, że raz zgodzi się na ślub, kiedy dalej
      będzie ciągle stawał okoniem. Jest jeszcze sprawa, o kórej tu nikt
      nie wspomniał - stosowania zasad planowania rodziny. Stosowanie
      antykoncepcji, wyklucza cię z sakramentów, czy twój mąz będzie w
      stanie zaakceptować zasady, kóre mogą być mu obce i niezrozumiałe?

      Zakładam,

      Ciężko jest żyć w takim mieszanym związku. Jeżlei mogę coś doradzić,
      to ustallić zawczasu pewne zasady - żeby mąż nie był np zaskoczony,
      że po takim ślubie np żona rezygnuje też z antykoncepcji. Ustalić
      przynajmniej to co da się ustalić. I nie starać się nic robić na
      siłę. Do wiary nie można nikogo zmusić. Jestem jednak przekonana, ze
      można do wiary przekonać własnym przykładem. Ale nie jest to droga
      łatwa i krótka.
    • nati1011 wolanka 02.11.07, 17:45
      my tez mamy ślub kościelny, ale mój mąż był wtedy katolikiem
      okazjonalnym. Tzn jego praktyka ogranicząła się do udziału w
      niektórych uroczystościach a wiara była bliżej niesprecyzowana. JA
      miałam nadzieję, ze ślub uporządkuje nasze życie religijne i
      pozwoli na życie w zgodzie z sumieniem, ale okazało się, ze to tylko
      pogorszyło całą sprawę. 6 lat potrzebowałam, by znaleźć właściwą
      drogę. Zrezygnowałam z walki i zaczełam działania dywersacyjne. Nie
      wchodziłam w otwarte konflikty tylko zaczęłam dyskusje od tyłu.
      Godziny rozmów, wyniana argumentów, czsem podsunięty artykół. Jak
      tylko zaczynało zgrzytać, wycofywałam się i zaczynałam z innej
      strony. Mój mąż jesszcze nie wrócił. Ale poglądy ma bardziej
      ortodoksyjne niż nie jeden praktykujący katolik. I z czego jestem
      najbardziej dumna, potrafił stanąć po mojej stronie w sprawie wiary
      nawet wbrew własnej rodzinie.

      Nie jest łatwo i pewnie jeszcze dluga droga przed nami, ale dziś już
      wiem, że Bóg lepiej zna wnetrze cżłowieka i nawet 2 takich ludzi jak
      my potrafi wyprowadzić na właściwą drogę.
      • twoj_aniol_stroz Mój mąż i jego powrót :) 02.11.07, 18:16
        No dobra, to u nas było inaczej, choć wiele było podobieństw. Mój
        mąż był wychowywany w domu, gdzie mama miała zawsze rację. Ona wiarę
        traktowała na zasadzie obowiązków (chodzenie do kościoła, raz w roku
        spowiedź itd). Mój mąz będąc kawalerem potulnie stosował jej zasady,
        ale bez głebszej refleksji po co to robi. Po ślubie nie było bata w
        postaci mamusi, więc i obowiązki jakoś się rozmyły, ja nie
        oponowałam, wręcz mnie tez to było na rękę. Po długim czasie i
        sporych problemach moja wiara wzrosła, zaczęłam potrzebować Boga,
        rozmowy z Nim, bycia z Nim w przyjaźni. Mój mąż jakby mniej, owszem
        na Msze chodził, bo w zasadzie mu to nie przeszkadzało, ale już
        spowiedź i komunia to niekoniecznie. Nie spowiadał się i już. No i
        tu był właśnie temat do dyskusji. Nie były to awantury, bo jestem
        daleka od awanturowania się o tego typu rzeczy. To były rozmowy,
        książki, pytania, na które mąż nie dawał odpowiedzi, ale które na
        pewno gdzieś w środku w nim siedziały i były tematem rozmyślań.
        Pamiętam, że ta spowiedź to był temat nie do przebrnięcia, ja nie
        rozumiałam jego, a on mnie (ale nie było żadnych kłótni, zwykłe
        rozmowy). Kiedyś modliłam się: Panie Jezu no przykro mi, durna
        owieczka Ci się trafiła, wiem, że on powinien z Tobą się pogodzić,
        ale ja nie umiem mu tego wytłumaczyć, bez Ciebie ani rusz, oświeć
        mnie to mu to wyjaśnię tak, żeby pojął, oświeć jego, żeby zrozumiał,
        wszystko jedno, pomóż. No i któregoś ranka zrozumiałam nagle, że
        wcale tu nie chodzi o spowiedź, ale paradoksalnie o komunię św. Mój
        mąz był święcie przekonany o tym, że komunia jest dla idealnych, dla
        takich bez grzechów najmniejszych. Potem było już z górki, powoli
        dojrzewał do spowiedzi i w końcu się zdecydował. Teraz sam dba o
        spowiedź, chodzi jak potrzebuje i już jest całkiem nieźle smile
        • nati1011 Re: Mój mąż i jego powrót :) 02.11.07, 19:29
          Dla mnie wiara była czymś naturalnym, wyssanym z mlekiem matki.
          Praktyka też. Jak mycie zębów i kąpiel. Przez cąłe życie
          praktykowałam, ale nie było we mnie wiary. Nie było więzi ani
          odczucia Bożej obecności - i to mimo małych cudów, kórych
          doświadczałam. Oczywiście wolałam trafić do nieba niż piekła, ale
          boga traktowałam jak wielkiego księgowego, kóry sumuje złe i dobre
          uczynki i trzeba ciągle dbać, by być na małym plusie. I jak mi się
          gdzieś rachunki pomyliły to nie potrafiłam sobie z tym poradzić.
          Długo trawało zanim zrozumiałam, że to Bogu bardziej zależy na moim
          zbawieniu niż mnie.
          Z moim mężem jest inaczej. Jego rodzina była zdecydowanie mniej
          praktykująca (o czyjejkolwiek wierze nie ośmielę się wypowiadać)
          Teściowa nie pilnowała ani nie goniła dzieci do praktyk religijnych.
          Mój mąż jednak był bardzo związany z parafią - mieliśmy wtedy
          wspaniałych księży pracujących z młodzieżą. Był ministrantem,
          chodzil na msze nawet w dni powszednie. Niestety w wieku kilkunastu
          lat spotkała go tragedia, a proboszcz zachował się po porstu
          nieludzko. Niby drona sprawa, ale nastolatki często odczuwają
          intensywniej. I jedno ścięcie z kapłanem zerwało kontakt mojego męża
          z kościołem. Wiem, zę wierzy w Boga. Ale chyba nie potrafi go
          jeszcze zauważyć w swoim życiu. A doświadczenie z młodości
          spopwodowało duży uraz do instytucji kościelnej i jej
          przedstawicieli. A z biegiem lat pojawiło się tez parę innych
          problemów. Ale czy Bóg może odmówić modlitwom o nawrócenie?
          • twoj_aniol_stroz Re: Mój mąż i jego powrót :) 02.11.07, 21:09
            Myslę, że Bóg znajdzie drogę do Twojego męża, tak jak trafił do
            mojego, tak samo trafi do Twojego smile
            Znam niestety sporo ludzi, którzy przez jedną rozmowę z księdzem,
            który nie zauważył wagi problemu, odeszli od Kościoła. Mój dziadziuś
            był takim człowiekiem. Jako młody chłopak walczył w AK, po wojnie
            poszedł do spowiedzi i wyznał, że zabijał ludzi. Ksiądz spytał, czy
            to byli nieprzyjaciele, a dziadziuś potwierdził. Ksiądz to
            zbagatelizował mówiąc, że to nie był grzech, bo to była konieczność.
            W sumie miał rację i chciał dobrze, ale dziadziuś czuł inaczej, dla
            niego ci mężczyźni, których zabił byli przede wszystkim ludźmi,
            synami, ojcami, męzami, a dopiero potem żołnierzami - to
            okrucieństwo wojny sprawiło, że staneli po dwóch stronach barykady i
            nie mieli wyjścia, ktoś musiał zginąć, żeby mógł żyć ten drugi. Ta
            spowiedź była ostatnia, więcej nigdy nie poszedł do konfesjonału sad
    • pawlinka Re: slub jednostronny 02.11.07, 18:23
      Żona jest dopowiedziana za zbawienie swojego męża, on - za jej. Oczywiście,
      zakładam, że obie strony wierzą.
      • pawlinka Re: slub jednostronny 02.11.07, 19:36
        Nie, źle napisałam,

        jeśli nawet tylko jedna strona wierzy, musi dbać pod tym względem o tą drugą.
        Jasne, zakładam szacunek i wolność.
        • wolanka79 Re: slub jednostronny 02.11.07, 21:03
          dziękuję Ci za te słowa, mam wrażenie, że niektóre osoby źle mnie
          zrozumiały. Nie mam zamiaru wymuszać nic na mężu, czy manipulować
          nim (chociaż to słowo nie padło z dyskusji wnioskuję, że niektórzy
          tak myślą). Właśnie taka presja, hipokryzja i powierzchowna wiara
          niektórych członków naszej rodziny wzbudziła w mężu wstręt do
          kościoła i ludzi, którzy uważają się za godnych naśladowania,
          praktykujących katolików. Możecie sobie wyobrazić, że Wasza matka,
          czy babcia ukrywają przed księdzem istnienie wnuczki, zdejmują jej
          zdjęcia ze ścian, kiedy ma być w domu wizyta duszpasterska, a
          jednocześnie spędzają całe dnie w kościele, należą do kółka
          różańcowego, rady parafialnej itp? No i kochają wnusię oczywiście.
          Usłyszałam także nie raz, że nie mają pojęcia co się dzieje z ich
          synem/wnuczkiem, że chyba diabeł go opętał (ten diabeł to pewnie
          ja), bo kiedyś (czyt. kiedy mnie nie znał) to on do kościoła
          chodził, a jakże. I jakoś nie mogą skojarzyć niechęci męża z
          odrzuceniem jakie go spotkało z ich strony, z hipokryzją, jaką
          przejawiają. Na wieść o planowanym chrzcie naszych dzieci nie było
          radości, były za to pytania: u kogo przyjęcie, co będzie do
          jedzenia, no i ostentacyjna niechęć na wieść o tym, że chrzestnym
          nie będzie szwagier, który dzieci nie widział od półtora roku (w
          zasadzie starszej, bo mała ma dopiero trzy miesiące, ale też nie
          miała przyjemności poznać wujka) tylko ludzie, którzy wierzą, dzieci
          kochają, a nas szanują. Na koniec usłyszałam jeszcze, że w końcu mój
          mąż zmądrzał i się przekonał (do Boga), jakie było zdziwienie ogółu,
          gdy powiedziałam, że nie, że to była moja decyzja i mąż niewiele
          miał do powiedzenia, bo w pewnym momencie obiecałam sobie, że nie
          ustąpię. Na szczęście okazało się, że nieustępliwa nie musiałam być,
          bo mąż nie ma nic przeciwko ochrzczeniu dzieci. Wiecie co usłyszłam?
          Żale roztaczane nad moim mężem i zdanie, że nie powinien tak łatwo
          mi ulegać, bo zacznę robić co chcę... Straciłam trochę wątek postu,
          może skaczę z tematu na temat, ale mam do dodania jeszcze jedno.
          Lubię jak mój mąż chodzi ze mną na msze. Jego krytyczne spojrzenie i
          dyskusje o Kościele umacniają mnie w mojej wierze, a jego zbliżają
          do Boga. Nie namawiam go, ale cieszę się, że czasami zainteresuje
          się wychowaniem dzieci w wierze, w końcu się na nie zgodził i
          powinien wiedzieć jakie nauki dzieci wynoszą z kościoła, być blisko
          nich i ich przyszłych problemów. Pomimo tego, że nie wierzy, nie
          powinien dystansować się od Kościoła, bo jego dzieci w tym Kościele
          będą dojrzewać - tak właśnie sobie o tym wszystkim myślę.
          • pawlinka Re: slub jednostronny 03.11.07, 09:17
            Tak, tak myślę o odpowiedzialności, ale jeszcze podkreślam, potrzebny jest
            szacunek i delikatność.
            Przytoczę takie zdanie, które usłyszałam od mężczyzny żyjącego w związku
            niesakramentalnym: "Jeśliby moja żona chciała ślubu, zgodzę się, bo ją kocham".
            Jej nie zależy, ślubu nie było, ale naciskała rodzina. I to był błąd - w
            rodzinie dobrze sie nie działo. On poszukuje Prawdy, może, jak Bóg da, wróci do
            Niego.
            Naciski się skończyły, zaczęła się modlitwa. Skończyła się licytacja na uczucia,
            porównywanie, jak to jest z Bogiem, a jak - bez. Tylko modlitwa.

            Znam tez historię innej rodziny. On z rodziny wierzącej, ona - ochrzczona
            ateistka. W czasie trwania małżeństwa ona odnalazła Boga, on - zupełnie odszedł.
            Jej wzrastanie, jej wiara, przynależność do wspólnoty były dla niego źródłem
            irytacji. Ale mimo tego byli szczęśliwi. Trwali przy sobie i się kochali. Ona -
            chodząca delikatność, po prostu czekała i modliła sie. Żyła nadzieją. W końcu,
            po ponad dwudziestu latach coś się wydarzyło. Podobno najmłodsze dziecko tylko
            stwierdziło: "Nie chcę sie dalej modlić, bo tata nie modli się". Wystarczyło.
            Wrócił. To było przed Pierwszą Komunią ich najmłodszego syna. Znam tych ludzi,
            po wielokroć rozmawiałam. Rózne są drogi do Boga.

            Przepraszam, że to napiszę, ale dużo w Tobie żalu i bólu. W tej sytuacji -
            trudno jest coś tworzyć. Życzę Ci zatem spokoju i zgody w rodzinie. I daj sobie
            czas.
            Pozdrawiam
            • alex05012000 Re: slub jednostronny 05.11.07, 13:56
              na temat ślubu jednostronnego to tyle że słyszałam, iż takie
              istnieją... nie znam ososbiście nikogo kto by taki miał...
              na temat jakości wiary czy niewiary członków różnych rodzin to tomy
              można spisać, na temat ślubów też... mogę tylko napisać o sobie:
              byłam wychowana w katolickiej tradycji, najwięcej do kościoła
              chodziłam z babcią, mama czasami, ojciec 2 razy w roku... na temat
              małżeństwa miałam (negatywne wzorce...) bardzo, bardzo negatywne
              wyobrażenie, jak dla mnie, zresztą do tej pory jakoś tak
              niespecjalnie te papiery z pieczątkami mi do czegokolwiek potrzebne,
              to w ogóle instytucja niepotrzebna... mój przyszły mąż był/jest
              człowiekiem głęboko wierzącym, teoretycznie katolickiego wyznania,
              ba nawet w seminarium bywał 2 lata w młodości, ale do kościoła jako
              instytucji to raczej plecami odwrócony... pod naciskiem obu matek
              wzięliśmy ślub cywilny, dla świętego spokoju... żyliśmy sobie
              zgodnie prawie 6 lat, urodziło się dłogo oczekiwane dziecko,
              chcieliśmy ją ochrzcić, moja mama wpadła na pomysł żeby przy tej
              okazji nas uraczyć ślubem kościelnym, mąż nie oponował, ja też
              nie... i 6 lat po cywilnym wzięliśmy ślub kościelny...to było takie
              ukoronowanie, potwierdzenie tego związku, taka bita śmietana na
              torcie, nie wiem czy ktokolwiek mnie zrozumie w tym momencie...
              bardzo przeżyłam tę ceremonie, taka była podniosła, chrzest i ślub w
              jednym,
              mąż poza owym ślubem żadnych zewnętrznych praktyk religijnych nie
              stosuje, na msze nie chadza, czy się modli?... zapewne tak, po
              swojemu, w cichości ducha, jak mawiała moja babcia... ja nie
              wnikam, nie próbuje go do niczego zmuszać, nakłaniać, nie podtykam
              żadnych artykułów, nie prowadzę rozmów, nie modlę się też w tej
              intencji ... uważam, że to jego sprawa wewnętrzna, zresztą moje
              praktyki również ograniczony mają wymiar, wiec nie jesteśmy
              reprezentatywni... my raczej z tych wierzących niepraktykujących co
              nie istnieją, bo to sprzeczność....
              z dzieckiem o wierze rozmawiam raczej ja... mąż sie nie wtrąca.
              dla mnie wiara, praktyki, rodzaj ślubu jaki sie posiada czy brak
              ślubu... to kwestie bardzo osobiste i nie powinny podlegać
              komentarzom czy naciskom ze strony nawet najbliższej
              rodziny/rodziców, a co dopiero dalszej, niestety często tak nie
              jest...
    • ankapok Re: slub jednostronny 03.11.07, 02:21
      dzieki za odpowiedzi!
    • nati1011 dramat na lini wierzący-niewierzący 03.11.07, 10:46
      Odnosze wrażenie, że wiele osób wypowiadajacych sie w tym wątku ma
      niewątpliwe szczęście życia w rodzienie, gdzie wszyscy są osobami
      wierzacymi. Problem jest dla nich teoretyczny i proponowane
      rozwiązania tez z tego gatunku. Pojawiają się słowa o manipulacji,
      wychowywaniu, braku szacunku. Przepraszam bardzo, ale żadna z osób
      pozostających w związku z osobą nie do końca wierząca nie pisała o
      manipulowaniu współmałżonkiem.
      Zastanawiam się, czy ktoś, kto nie znalazł się w takiej sytuacji
      jest sobie wogóle w stanie wyobrazić dramat sytuacji. Pewnego dnia
      odnajdujesz w swoim życiu Boga, porządkujesz swoje sprawy,
      odnajdujesz spokój i szczęście. Ale tej radości towarzyszy
      spostrzeżenie, że osoba ci najbliższa idzie w niewłaściwym kierunku.
      Liczysz wprawdzie na Miłosierdzie Boże, ale wiesz, że zgodnie z
      twoją wiedzą, małżeonek obiektywinie jest w stanie grzechu cieżkiego
      (śmiertelnego). Jeżlei ktoś z naszych bliskich zachoruje - czyż nie
      robimy wszystkiego by wyzdrowiał? Czy nie sprowadzamy lekarza i nie
      podajemy mu lekarstw - czasami wręcz na siłę wysyłamy do szpital czy
      sanatorium? Wczoraj osobiści zmusiłam swoją mamę do wykonania
      inhalacji - uparła się, że jej szkodzą - a w zapaleniu plóc sa
      niezbędne. Nie zważając na jej protestu wpakowałam ją do łóżka i
      ząłożyłam maseczkę. Za 2 godziny zadzwoniła z podziękowaniami. A
      przeciez naruszyłam jej wolność i potraktowałam jak dziecko, które
      nie wie co jest dla niego dobre.

      Skoro tak troszczymy się o zdrowie fizyczne, czyż nie bardziej
      powinno nam zależeć na zbawieniu naszych bliskich? Czyż nie
      ważniejsze jest życie wieczne? Wielu z was powie, że stosuję
      manipulację - tak, w pewnym sensie macie rację, ponieważ moim celem
      jest - by mój mąż stał się praktykującym katolikiem, czyli chcę go
      zmienić. Możecie to nazywać manipulacją. Ja nazywam to miłością. I
      nie podważa to mojego przekonania, że leży to tylko w mocy Boga.
      Jeżeli mój mąż się nawróci, to nie z mojej zasługi. Ale czy to
      znaczy, że mam nic nie robić? Ze wolno mi leżeć do góry brzuchem i
      czekać biernie aż małżonek dojrzeje? Wg mnie nie. I porównanie typu -
      a gdyby mąż namawiał na ateizm są nietrafne - Bóg jest pełnią,
      ateizm pustką.
      • maika7 Re: dramat na lini wierzący-niewierzący 03.11.07, 11:14
        Nati, łatwiej by mi było, gdybyś odnosząc sie np. do moich wypowiedzi cytowała
        je, bo nie wiem czy piszesz komentujac np, to, co ja pisałam czy inne wypowiedzi.

        > Odnosze wrażenie, że wiele osób wypowiadajacych sie w tym wątku ma
        > niewątpliwe szczęście życia w rodzienie, gdzie wszyscy są osobami
        > wierzacymi.

        Nie. I to zalezy, co mamy na mysli mówiąc rodzina. Współmałżonków i dzieci czy
        równiez rodziców, dziadków, kuzynów.
        Mysle, że coraz częstszą sytuacja jest róznorodność pod tym względem w rodzinie
        (tej szerzej pojetej) i problem wzajemnego szacunku dla naszych światopoglądów
        jest coraz bardziej aktualny.

        > Zastanawiam się, czy ktoś, kto nie znalazł się w takiej sytuacji
        > jest sobie wogóle w stanie wyobrazić dramat sytuacji.

        Wyobrazic częściowo tak. Z drugiej strony to moze wygladac tak, ze ateistyczny
        partner spostrzega, jak jego współmałzonek brnie w "przedziwne praktyki" i
        "marnotrawi swoja energie i czas na rzeczy zbedne". I co? Ma ten wspólmażonek
        robic wszystko, zeby "ratowac wierząca żonę"? czy raczej szanować jej ZMIANE i
        WIARE?

        > I porównanie typu -
        > a gdyby mąż namawiał na ateizm są nietrafne - Bóg jest pełnią,
        > ateizm pustką.

        Jest nietrafne przy Twoim założeniu, ze droga ateizmu to droga niewłasciwa, a
        ateizm to pustka. Pokaz mi ateiste, który tak mysli.

        M.

        • a_weasley Nieporozumienie na poziomie założeń 17.11.07, 13:00
          maika7 napisała:

          > > I porównanie typu -
          > > a gdyby mąż namawiał na ateizm są nietrafne - Bóg jest pełnią,
          > > ateizm pustką.

          > Jest nietrafne przy Twoim założeniu, ze droga ateizmu to
          > droga niewłasciwa, a ateizm to pustka.
          > Pokaz mi ateiste, który tak mysli.

          Znam natomiast ateistów, którzy tak nie myśląc, faktycznie wypełniają tę pustkę
          surogatami. Ale mniejsza o to.
          To jest forum dla ludzi pragnących wychować dzieci w wierze, czyli dla ludzi
          uważających, że lepiej jest wierzyć niż nie wierzyć. Dlatego oczywistym
          założeniem toczonych tutaj dyskusji jest wyższość teizmu nad ateizmem (a także
          deizmem, panteizmem, indyferentyzmem, agnostycyzmem itp. izmami).
          • maika7 Re: Nieporozumienie na poziomie założeń 17.11.07, 13:21
            > To jest forum dla ludzi pragnących wychować dzieci w wierze, czyli dla ludzi
            > uważających, że lepiej jest wierzyć niż nie wierzyć. Dlatego oczywistym
            > założeniem toczonych tutaj dyskusji jest wyższość teizmu nad ateizmem (a także
            > deizmem, panteizmem, indyferentyzmem, agnostycyzmem itp. izmami).

            Oczywistym założeniem dyskusji toczonych na forum religijnych, na którym
            przeważaja chrześcijanie wydaje mi sie szacunek dla innych światopoglądów -
            szczególnie, gdy dotyczy to światopoglądów ludzi, ktorych kochamy, wybraliśmy
            ich na partnerów życiowych i mamy z nimi dzieci.
            A szcunek oznacza nie "rozumienie tylko po swojemu", ale otworzenie sie na to,
            jak dany światopogląd pojmuje ateistyczny wspólmałżonek.

            M.
      • mader1 Re: dramat na lini wierzący-niewierzący 03.11.07, 11:54
        (między jednym a drugim atakiem kaszlu)
        Manipulacja od miłości znacznie się różni. Manipulacja jest
        nieszczera - masz na myśli pewnien cel i znasz środki, często
        techniki do osiągniecia tego celu. Niektórzy są urodzonymi
        manipulatorami, teraz można powiedzieć " sprzedawcami" - bezwiednie
        stosują różne chwyty, sztuczki do osiągnięcia celu : podsuwają TYLKO
        określone lektury, powołują się na autorytety, czasem cenzurując ich
        wypowiedzi.Kształtują ( czyt. ograniczają) sposób myślenia,
        pobudzają potrzeby. To jestem w stanie zrozumieć - to jest
        podświadome, bezwiedne.
        Teraz jest mnóstwo poradników, które współżycie społeczne,
        wychowanie dzieci, zarządzanie pracownikami, stosunki w małżeństwie
        sprowadzają do znajomości, opanowania i zastosowania paru technik -
        właśnie manipulacji. Co mówić, jak mówić, jak robić. I o ile jestem
        w stanie zaakceptować taki sposób zarządzania przez kilka godzin
        obcymi osobami, o tyle takie zarządzanie ludźmi, których kocham i...
        którzy mnie kochają, a więc mi ufają, nie wchodzi w grę.
        Nie odnoszę się tu do żadnego konkretnego wpisu w kontekscie innych
        wpisów - żeby nie było.
        Wydaje mi się jedynie, że każdy w swojej pysze ma w pewnym momencie
        taką pokusę, żeby " zarządzić" najbliższymi, ukochanymi, bo chce dla
        nich " dobrze" ( któż o to miałby pretensje, zwłaszcza jeśli to
        dobrze oznacza zbawienie czy życie w dobrobycie ?). " Dobrze" to nie
        zawsze oznacza " dobrze". To oznacza to, jak nam wydaje się "
        dobrze"..... I tu powinniśmy się kontrolować.
        Piszecie o małzeństwach, gdzie jeden ze współmałżonków jest
        niewierzący. Ale przecież i w wierzących parach kazde ma inną
        dynamikę dojrzewania w wierze...
        Miłość jest silna i słaba zarazem. Miłośc jest troskliwa , ale i
        szczera. Miłośc nie pozwala sobie na sztuczki dla osiągnięcia celu.
        Woli okazać swoją słabość, bezbronność, ale być prawdziwa.
        Im bardziej jesteśmy słabi , tym bardziej dajemy pola do działania
        Bogu. Taki paradoks, że w słabości jest siła. W szczerości jest
        siła smile W szacunku dla tej odmiennej dynamiki jest siła.
        Bóg chce człowieka wolnym nie " zagonionym". Im cięższą walkę
        stoczył on ze sobą, tym dla niego lepiej. Czasem idzie mu jak po
        grudzie, czasem zbłądzi, czasem upadnie. Obok jest wpółmałżonek,
        który patrzy z miłością, z uwagą, z troską, jest gotów podać rękę,
        unieść, otoczyć modlitwą, ale nie prowadzi na skróty, w drodze nie
        przeszkadza.
        A co do poruszanego przypadku, jasne że poproś o ślub.
        • nati1011 Re: dramat na lini wierzący-niewierzący 03.11.07, 12:27
          odnosże wrażenie, że nie do końca się rozumiemy - może to wina
          nieumiejętności pisania o rzeczach bardzo ulotnych - nie do końca
          dających się opisac słowami. Pod tym samaym pojęciem często
          rozumiemy zupełnie różne rzeczy. Często czytając odpowiedzi na swoje
          posty jestem bliska irytacji - odnosze wrażenie, że zostają mi
          przypisane słowa i intencje zupełnie nieprawdziwe. NIe rozumiem,
          dlaczego z góry ktoś (nie odnoszę się do nikogo konkretnego)
          zakłada, że robię coś żle, czy z niewłaściwych pobudek. Fakt, że nie
          zawsze potrafię zrozumiale opisać sytuacje nie jest równoznaczny z
          jakimiś ukrytymi podtekstami.

          Szczerze mówiąc trudno mi się pisze na tym forum. Z jednej strony
          cieszę sie, że jest takie miejsce, ale nie potrafie ogarnąć
          rozrastajacych sie wątków. I po raz pierwszy czuję sie zupełnie nie
          rozumiana. Do świętości mi daleko, mam masę wad z których mniej lub
          bardziej zdaję sobie sprawę. Osobiście jest dla mnie dużą pociechą,
          że pewne problemy dotycza tez innych ludzi, że nie tylko ja się z
          nimi zmagam. Pociechą są dla mnie wątki anioła stróża, bo dają mi
          nadzieję, że i moje małżeństwo może mieć taki finał. Opisałam swoją
          sytuację, bo tez jest na jakiejś pozytywnej drodze. A w szczegoły i
          intencje poszczegolnych osób nie chcę się zagłębiać, bo wydaje mi
          się, że nie da się tego opisac na forum.

          A co do różnych punktów widzenia, gdybym wierzyła że może być coś
          takiego jak szczęśliwy ateista, to nie wierzyłabym w Boga. Ja
          wierzę, że nie ma szczęścia poza chrześijaństwem. I możecie nazwać
          mnie ortodoxem czy fundamentalistą smile
          • maika7 ?????? 03.11.07, 12:45
            > A co do różnych punktów widzenia, gdybym wierzyła że może być coś
            > takiego jak szczęśliwy ateista, to nie wierzyłabym w Boga. Ja
            > wierzę, że nie ma szczęścia poza chrześijaństwem. I możecie nazwać
            > mnie ortodoxem czy fundamentalistą smile

            Chyba w takim razie nie ma to za duzego sensu, ale jednak postanowiłam napisać smile)
            Istnieje COS (??) TAKIEGO (??) jak szcześliwy ateista. MOżesz to podważać. Ale
            póki będę na tym forum i bedę szczęśliwa, to będe mówić, ze tacy istnieją.

            smile)
            Pogodnego popołudnia smile
            M.
            • nati1011 Re: ?????? 03.11.07, 15:42
              maika7

              Pisałam o SWOICH uczuciach i SWOJEJ wierze. Nie mam zamiaru nikomu
              tego narzucać. Twoja odpowiedz trochę mi wyjaśniła pewne
              nieporozumienia - dzięki. I gwoli ściłości - od swojego męża mam
              prawo wymagać więcej niż od człowieka niewierzącego. Mamy ślub
              kościelny, na który on się zgodził bez oporów i występował jako
              strona wierzaca, przyjmując na siebie pewne zobowiazania.


              <Istnieje COS (??) TAKIEGO (??)

              Miałam na myśli pojęcie, a nie konkretnego człowieka.
          • mader1 Re: dramat na lini wierzący-niewierzący 03.11.07, 13:57
            > Szczerze mówiąc trudno mi się pisze na tym forum. Z jednej strony
            > cieszę sie, że jest takie miejsce, ale nie potrafie ogarnąć
            > rozrastajacych sie wątków. I po raz pierwszy czuję sie zupełnie
            nie
            > rozumiana.

            Nie martw się. Każdy z nas tak ma smile
            Powyższy post pisałam ogólnie. Także do siebie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka