Z dziennika pewnego proboszcza:
"(...)
List Episkopatu o wyborach czytany po raz trzeci zaczyna mi się
podobać coraz bardziej. Chyba zostanę lizusem. Zaraz po parafialnej
sumie pędzę na odpust ku czci św. Jadwigi do Siekierek Wielkich.
Bardzo lubię ks. Mieczysława Kaźmierczaka, m.in. za smaczny, ale
zawsze skromny posiłek, który dla wielu księży w dekanacie jest na
wagę złota, albowiem kilkuosobowa obsługa probostwa jest możliwa
tylko w serialu „Plebania".
Po ostatniej Mszy czeka na mnie para sympatycznych ludzi, których w
sobotę pobłogosławię. Omawiamy liturgię, wystrój kościoła i
wszystko, co księdzu wydaje się nieistotne, a dla nich jest bardzo
ważne i dlatego trzeba każde pytanie uszanować. Rozstajemy się
radośnie, czyli czas na kawę, reanimację ogniska (żeby nie pobrudzić
białej koszuli) i zmykam do Gminnego Ośrodka Kultury, aby wziąć
udział w imprezie pod wdzięcznym tytułem: „Tańczą z nami". Imprezka
super, radości wiele, chylę czoło przed nową dyrektorką GOK-u panią
Ewą Czajką. Chylę bardzo nisko, bo należałem do grona wątpiących w
sukces tego programu.
Jestem, jak zwykle na świeckich radosnych wydarzeniach, bez stroju
duchownego, co jest powodem kilku komicznych sytuacji. Prowadzący
program pan Dariusz Jezierski należy do ludzi tkwiących w niewoli
schematów, przez które postrzega się duchowieństwo, i niezbyt chce
mu się wierzyć, że ten rozbawiony facet około pięćdziesiątki jest
księdzem. Moją prawdziwość potwierdzają władze gminy Kostrzyn Wlkp.
i chórem ludzie zgromadzeni na sali, co dopiero daje mu pewność.
Wracając na swoje miejsce po złożeniu ofiary kadzielnej (domyślacie
się, co robiłem na zewnątrz budynku GOK-u?), zastaję siedzącą na nim
sympatyczną niewiastę z zespołu Staropolanie, która zrywa się niczym
gazela, robiąc miejsce dla księdza. Sadzam ją z powrotem, a na ucho
informuję: „Czcigodna, mimo wszystko jestem mężczyzną". W nagrodę
otrzymuję promienny uśmiech.
Po tych wszystkich radościach wracam do domu i padam na twarz.
Poniedziałek, 15 października
Od rana walczę z tekstem do „Tygodnika Rolniczego", temat jest
zadany i konfesyjny. Mogę się trochę wyżyć. Mogłem napisać go
wcześniej, a nie w dzień oddania tekstu, ale jest jak zawsze: „gdy
ogień na dachu, Eda studnię kopie". Pisanie przerywa mi telefon od
mojej siostry, Eugenii. Głos radośnie podniecony jak u nastolatki
przed randką, a ma się z czego cieszyć, bo będzie mogła dorobić
sobie do tej potężnej emerytury nauczycielskiej i nie będzie
siedzieć w domu jak strażniczka psa i posesji. Chyba udaje mi się
trochę ostudzić siostrzyczkę: odsyłam ją po poradę do finansowego
eksperta w rodzinie, czyli brata Wiktora.
Kończę artykulik, jem śniadanie (jest 11.00). Jedzenie jest jedną z
przyjemniejszych aktywności człowieka, a jeśli są to szare kluski z
boczusiem i kapustką, to czujesz się jak na uczcie, nawet jeśli
odgrzałeś je w kuchence mikrofalowej. Od kiedy Marlena wstąpiła do
zakonu i liczba stale obecnych na probostwie zmniejszyła się o jedną
osobę, rzadziej siadamy razem do stołu: Ala, jej córka Magda i ja.
Taki stan powoduje, że kluski zrobione w sobotę będę jadł do środy,
a resztę dostaną trzy szczekające siostry: Kropeczka, Kaja i Beja –
przecież one też są moją rodziną."
Calosc tu:
tygodnik.onet.pl/1546,1457148,dzial.html
Ha! Powiedzenie "gdy ogien na dachu, Eda studnie kopie" wydaje mi
sie dziwnie znajome, a zwlaszcza okolicznosci, w jakich znajduje ono
nader celne zastosowanie

)).