Dodaj do ulubionych

Dlaczego...

24.08.08, 00:54
Mija 10 lat od śmierci mojej Mamy.
Mimo, że przez ostatnie dwa lata życia była sparaliżowana bez nadziei na
poprawę - Jej odejście było ciosem. Ten cios złagodziło mi później zawarcie
małżeństwa i w następstwie tego zmiana mieszkania i urządzanie nowego według
własnej koncepcji, choć w dużej części meblami wziętymi z domu rodzinnego.
W każdym razie - ból, poczucie straty - z latami słabnie...

Dwa lata przed śmiercią Mamy odeszła ode mnie Pani Profesor, która
doprowadziła mnie (zresztą jako jednego jedynego ucznia) do doktoratu. Była
rówieśniczką mojego Taty, niegdyś jego koleżanką ze studiów - przy wyborze
promotora doktoratu wyszło tak, że to ona mnie "znalazła".
Układ Mama-dziecko powstał tutaj samoczynnie. To była nieco inna Mama, niż Ta
prawdziwa:
Mama mająca bardzo dużo za złe, Mama wymagająca, Mama strofująca co i rusz,
Mama absorbująca, wymagająca pomocy w różnych sprawach, także najbardziej
codziennych -
- a równocześnie Mama wiedząca więcej, niż prawdziwa, Mama, przy której czasem
czułem się lepiej...
Kiedy odeszła - najpierw odczułem ulgę: teraz będzie spokój, nikt nie będzie
zawracał mi głowy sprawami do natychmiastowego załatwienia, nikt nie będzie
żądał ode mnie, bym rzucał swoje sprawy i szedł robić co innego...
A dziś żal, ból, poczucie braku - narasta właśnie z tej strony. Wolno - ale
rośnie.
To jest ten jeden jedyny człowiek na świecie, którego chciałbym mieć
przy sobie z powrotem.
Dlaczego?
Obserwuj wątek
    • mader1 Re: Dlaczego... 24.08.08, 20:34
      może... może to jest tak, że z czasem zostaje to, co najważniejsze ?
      Jeżeli była miłość, a przykrości i nieporozumienia nie wynikały z
      chęci czynienia krzywdy to ona zostaje ? Miłość pozbywa się tych
      niedoskonałosci, jak ciało drzazg ?
    • luccio1 Re: Dlaczego... 24.08.08, 21:23
      Widzisz:
      zadawałem sobie sam to pytanie od pewnego czasu - teraz zadaję Wam:

      Dlaczego odejście Mamy Prawdziwej boli mnie z czasem coraz mniej -
      - a tej "Przyszywanej" - z czasem coraz więcej?
      • minerwamcg Re: Dlaczego... 24.08.08, 21:57
        Albowiem, jak to mądrze napisał Aleksander Dumas:
        "twoje gorzkie wspomnienia zamienią się z czasem we wspomnienia
        pełne słodyczy".
        Pamięć o bliskich zmarłych staje się z czasem coraz słodsza, wiem to
        po sobie. Lubię wspominać moich bliskich, którzy odeszli - żałuję,
        że ich nie ma, ale o wiele bardziej cieszę się, że byli. Że
        zostawili po sobie mnóstwo dobrego, że tak dużo im zawdzięczam.

        A pani profesor... myślę, że dobrze człowiekowi mieć podręczny
        autorytet. Kogoś, czyimi radami można się kierować, z kim chociaż
        troszkę można podzielić się odpowiedzialnością za swoje wybory,
        decyzje, poglądy. Podobne do Twoich uczucia mieli i do dziś mają
        przyjaciele ks. Tischnera. Ubył ze świata człowiek, który był dla
        nich oparciem przez sam fakt, że był. Dlaczego człowiek z wiekiem
        takich autorytetów potrzebuje coraz bardziej, a nie coraz mniej? Nie
        wiem. Pewnie dlatego, że coraz mocniej czuje na własnej skórze, jaki
        ten świat jest. A niezaleznie od tego wzrasta mu poczucie
        odpowiedzialności.
      • mader1 Re: Dlaczego... 25.08.08, 11:29
        napisałeś, że to ona Cię znalazła... Wiesz... może poczułeś się "
        prowadzony" przez osobę starszą, godną szacunku, o dużej wiedzy, ale
        prowadzony przyjaźnie, z szacunkiem, po partnersku... Czułeś się
        akceptowany taki jaki jesteś.
        Ale byłeś " taki" też dzięki wychowaniu Twoich rodziców... I w
        jakimś sensie właśnie dzięki temu wychowaniu, mogliście się z panią
        profesor porozumieć, dogadać, polubić.
        A mama... czasem te stosunki są tak trudne, ze dziecko " strofowane"
        czuje, że nie spełnia oczekiwań, że " coś z nim nie tak"...
    • luccio1 Re: Dlaczego... 25.08.08, 13:16
      Wiesz,
      to chodzi, czy też może chodzić o coś innego.
      Mama na krótko przed chorobą prowadzącą już prosto do śmierci po
      dwóch latach zdążyła mi powiedzieć, a ja potem doczytałem się
      jeszcze więcej porządkując po przeprowadzce papiery pozostałe po
      Rodzicach -

      że jeszcze przede mną poroniła samoistnie inne dziecko - zdaniem
      Taty to powinien być syn, i ja potem wziąłem po nim imię (Łukasz);
      i mówiła też, że kiedy już byłem u niej wewnątrz, to lekarze
      przestrzegali, że ta ciąża może ją kosztować życie;
      że przyszedłem na świat z trudnościami (m.in. odwrotną stroną, niżby
      należało) -
      i że krótko po moim urodzeniu przeszła wstrząs, po którym mogła by
      znaleźć się już wówczas, 40 lat wcześniej, na drugim świecie.
      (Przez cały czas nie pamiętam Mamy inaczej, jak z pudełkami lekarstw
      i nogami w bandażach).

      (Pani Profesor - swoją drogą - też chorowała; swoich niedomagań nie
      ukrywała, powiedziałbym - lubiła o nich mówić).
    • otryt Re: Dlaczego... 26.08.08, 09:02
      Byłeś Łukaszu niezwykle mocno związany ze swoją Mamą. Twój Tata
      odszedł wcześnie. Stałeś się wtedy najważniejszą osobą dla swojej
      Mamy, a Ona dla Ciebie. I tak było przez całe lata, aż w którymś
      momencie Mama odeszła na zawsze. Równo rok temu pisałeś o tym w
      wątku "Zrobiłabyś tak?". Rocznica śmierci Mamy wciąż wywołuje w
      Tobie niezwykle mocne poruszenie. Pozdrawiam.
    • mamalgosia Re: Dlaczego... 26.08.08, 10:04
      Czasem (a morze częściej niż czasem) to nie więzy krwi decydują o
      tym, kto jest nam najbliższy

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka