Dodaj do ulubionych

Znalezione na FB

22.06.13, 00:03
"Dorastaliście w latach sześćdziesiątych,siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych? Jak, do cholery, udało się wam przeżyć?! Samochody nie miały pasów bezpieczeństwa ani zagłówków, ani poduszek powietrznych! Na tylnym siedzeniu było wesoło, a nie niebezpiecznie. Łóżeczka i zabawki były kolorowe i z pewnością polakierowane lakierami ołowiowymi. Niebezpieczne były puszki, drzwi samochodów. Butelki od lekarstw i środków czyszczących nie były zabezpieczone. Można było jeździć na rowerze bez kasku. Szkoła trwała do południa, a obiad jadło się w domu. Niektórzy nie byli dobrzy w nauce i czasami musieli powtarzać rok. Nikogo nie wysyłano do psychologa. Nikt nie był hiperaktywny ani dyslektyczny. Po prostu powtarzał rok i to była jego szansa. Wodę piło się z węża ogrodowego lub innych źródeł, a nie ze sterylnych butelek PET. Wcinaliśmy słodycze i pączki, piliśmy oranżadę z prawdziwym cukrem i nie mieliśmy problemów z nadwagą, bo ciągle byliśmy na dworze i byliśmy aktywni. Piliśmy całą paczką oranżadę z jednej butli i nikt z tego powodu nie umarł. Nie mieliśmy Playstation, Nintendo 64, X-Boxa, gier wideo, 99 kanałów w TV, DVD i wideo, Dolby Surround, komórek, komputerów ani chatroomów w internecie... lecz przyjaciół ! Mogliśmy wpadać do kolegów pieszo lub na rowerze, zapukać i zabrać ich na podwórko lub bawić się u nich, nie zastanawiając się, czy to wypada. Można się było bawić do upojenia, pod warunkiem powrotu do domu przed nocą. Nie było komórek... I nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co robimy! Nieprawdopodobne! Tam na zewnątrz, w tym okrutnym świecie! Całkiem bez opieki! Jak to było możliwe? Graliśmy w piłę na jedną bramę, a jeśli kogoś nie wybrano do drużyny, to się wypłakał i już. Nie był to koniec świata ani trauma. Mieliśmy poobcierane kolana i łokcie, złamane kości, czasem wybite zęby, ale nigdy nie podawano nikogo z tego powodu do sądu! Nikt nie był winien, tylko my sami. Nie baliśmy się deszczu, śniegu ani mrozu. Nikt nie miał alergii na kurz, trawę ani na krowie mleko. Mieliśmy wolność i wolny czas, klęski, sukcesy i zadania. I uczyliśmy się dawać sobie radę! Pytanie za 100 punktów brzmi: Jak udało się nam przeżyć? A przede wszystkim: Jak mogliśmy rozwijać naszą osobowość? Też jesteś z tej generacji? Przypomnij sobie, jak było. Pewnie, można powiedzieć, że żyliśmy w nudzie, ale...przecież byliśmy szczęśliwi! Czyż nie? Miłego dnia."


Byłam szczęśliwa! Nie do pomyślenia! Wyjeżdżałam na całe wakacje, do domu zaglądając tylko na jeden lub dwa dni w celu przeprana ciuchów i pokazania się rodzicom. Nigdy nie brałam od nich pieniędzy, na wakacje zarabiałam sama. Wychodziło się z domu na wiele, wiele godzin i zastanawiam się: jak mi się , do cholery, udało przeżyć i wyjść bez szwanku z różnych sytuacji?! Na przykład raz, jak tylko zrobiło się trochę cieplej( chyba w maju) urwaliśmy się ze szkoły i poszliśmy nad rzekę kąpać się w lodowatej wodzie. Albo podczas jednych wakacji ja i moja przyjaciółka zostałyśmy zatrudnione jako opiekunki podczas przwozu dzieci na kolonie. Skończyłyśmy po osiemnaście lat i byłyśmy bardzo nierozsądne. Dzieci co prawda dojechały bez szwanku lecz my obie korzystając z okazji, dałyśmy się poderwać dwóm miejscowym chłopakom. Poszłyśmy do domu jednego z nich, piłyśmy tam z nimi jakiś ohydny alkohol a potem nie pozwalając się rozdzielić, usnęłyśmy wtulone w siebie nawzajem z obawy przed gwałtem. Chłopaki byli niepocieszeni ale nc się nie stało. Co by było, gdybyśmy trafiły na agresywnych bandziorów? Wiele wieczorów podczas ferii kończyło się powrotem do domu nad ranem. Ależ mieliśmy swobodę!
Oczywiście popełniałam błędy ale konsekwencje ponosiłam sama. . Nikt za mnie nie świecił oczami.

Patrzę na mojego syna i wiem, że on jest szczęśliwy na swój młodzieńczy sposób. Nie jestem pewna czy podobałoby mu się w moich czasach. Ja jestem zachwycona wspomnieniami bo byłam młoda, bardzo młoda i taka beztroska! Szkoda, że czasu nie można wrócić, choć wtedy nie mogłam doczekać się dorosłości. Gdybym wiedziała co mnie czeka...
Obserwuj wątek
    • quba Re: Znalezione na FB 22.06.13, 05:11
      Tak samo mówi Tadeusz Konwicki, w swojej książce "Wschody i zachody księżyca".
      Nie zacytuję dosłownie, bo aż tak nie pamiętam, ale chodziło o to, że kiedy zaczęła się wojna i okupacja, to on był młody, szaleńczo, całym instynktem nastawiony na miłość, wyłącznie go obchodziła jego młodość i piękne dziewczęta.
      To oczywiście nie znaczy, że wyłącznie kochał w tym czasie.
      Natomiast tamten czas wspomina, jako najpiękniejszy okres swego życia.
      A my - swoje dzieciństwo, prawda?
      Byliśmy dziećmi, dobrze wychowanymi, jednak były z nas niezłe łobuziaki, ale za to bardzo miłe i dobre.
      Fajni ludzie z nas wyrośli.
      Pozdrowienia!
      • grrrrw Re: Znalezione na FB 25.06.13, 19:59
        W latach 1962-65 mieszkalismy w mieszkaniu z piecami. Mialam 9 lat, wracalam okolo 12 ze szkoly i rozpalalam w piecu. Nikogo to nie gorszylo, nikt nie wzywal na moich rodzicow milicji.
        • aqua48 Re: Znalezione na FB 29.06.13, 15:45
          grrrrw napisała:

          > W latach 1962-65 mieszkalismy w mieszkaniu z piecami. Mialam 9 lat, wracalam ok
          > olo 12 ze szkoly i rozpalalam w piecu. Nikogo to nie gorszylo, nikt nie wzywal
          > na moich rodzicow milicji.

          Fakt. Jak mi się nie chciało przynieść z korytarza węgla to siedziałam w zimnym. I też żaden kurator nie interweniował :) A potem wyjeżdżało się na parę tygodni bez codziennych telefonów i kontaktów z rodzicami i jakoś zdecydowana większość wracała z tych wyjazdów, cała, opalona i zadowolona.
          • marguy Re: Znalezione na FB 29.06.13, 16:23
            O!
            Ja takze jestem dzieckiem gnebionym paleniem w piecach, ktora to trudna sztuke posiadlam w wieku lat szesciu i wszyscy byli z tego dumni. Oprocz tego musialam sama sobie robic sniadanie i sama, pieszo isc do oddalonej o az 700 metrow szkoly!

            Na dodatek musialam chodzic do niej w fartuszku z bialym kolnierzykiem i mocno przyszyta tarcza. A gdy w pierwszej klasie mama w celach oszczednosciowych uszyla mi fartuszek z tafty, wezwali ja do szoly i powiedzieli, ze wygladam za bogato i koniecznie trzeba zmienic fartuszek na taki z podszewkowego materialu.
            A pamietacie jak sie te fartuszki ozdabialo koronkowymi kolnierzykami i czym tam sie dalo, byle choc troche fantazji przemycic?
            • izabelski Re: Znalezione na FB 29.06.13, 23:40
              pamietam taki mundurek w 1 kl i kolnierzyk do niego zrobiony na szydelku z nici, ukrochmalony :)
              • marguy Re: Znalezione na FB 30.06.13, 00:51
                No, bez krochmalu nie dalo rady, bo musial wytrzymac dwa dni podczas ktorych inne suszyly sie na... drewnianej stolnicy, przyszpilone tak sprytnie zeby osiagnely ksztalt doskonaly.
                • ewa9717 Re: Znalezione na FB 30.06.13, 09:22
                  U nas w pipidówku jakoś na te faruchy ohydne przymykali oko. Miałam i podszewkowy, ale jak w toku zabawy koleżanka zrobiła mi z niego jednym chwytem kostiumik, mama powiedziała, że więcej takiego g... nie kupi i chodziłam po cywilnemu. Acz bez szaleństw kolorystycznych.
                  • izabella1991 Re: Znalezione na FB 01.07.13, 12:23
                    Jak nam się udało przeżyć? Cóż,niektórym się nie udało i czasem ich groby odwiedzam....
                    Tym,którzy mieli szalone i beztroskie dzieciństwo za tej ,,strasznej,okropnej komuny" gdzie jakoby dzieci głodem przymierały,na dźwięk słowa: lata 70-te czy 80-te sama się gębusia śmieje..
                    Muzyka wtedy to był Bajm czy np. Lady Punk ,a nie te dzisiejsze ryki i człowiek rozumiał słowa piosenek,a nie kociokwik...Festiwal w Sopocie czy Opolu to było WYDARZENIE i każdy oglądał,bo i było co.Na koncerty i dyskoteki do innych miast ludzie jeździli i jakoś cali i zdrowi wracali..
                    Miejscem zabaw i spotkań był okoliczny trzepak ew.piwnice i dzięki zabawom w chowanego do tej pory znam je ,jak własną kieszeń:-))
                    • grrrrw Re: Znalezione na FB 01.07.13, 14:36
                      Sami nad jezioro chodzilismysie kapac i do lasy na grzyby i zaden pedofil nas nie zaczepial. Nie bylo czy dziecieciem bedac nieswiadomi bylismy.... ?

                      W piwnicach tez sie bawilismy.

                      Dzieci mialy wiecj naturalnego ruchu, zajec przy gospodarstwie. Normalne bylo, ze dzieci dzwigaly kubelek wegla z piwnicy, drzewo rabały... Moze dlatego nie byly leworęczne albo nie slyszano jeszcze wtdy o zaburzeniach lateralizacji...


                      Co do piosenek - zgadzam sie . Mozna bylo zrozumiec slowa - piosenka byla historyjka. Teatr to nie wiem, nie chcadzalam w latach 60 do teatru, ale lubie taki teatr, gdzie wyraznie mowia i nie miotaja sie po scenie...
                      • minerwamcg Re: Znalezione na FB 05.07.13, 13:49
                        Bez przesady. Leworęczne bywały, tylko w domu i w szkole na siłę przerabiano je na praworęczne, "no bo jak to tak", i straszono przerażającymi konsekwencjami w dorosłym życiu (była miejska legenda o leworęcznym, który z tego powodu nie dostał się na architekturę, malarstwo, obróbkę skrawaniem, niepotrzebne skreślić). Sama mam taką kuzynkę (urodzona w 1968), która natychmiast jak tylko stała się samodzielna radośnie wróciła do leworęczności i jakoś do tej pory żyje.
                    • a_weasley Co komu ryczało 05.07.13, 14:02
                      Izabella1991 napisała:

                      > Tym,którzy mieli szalone i beztroskie dzieciństwo za tej ,,strasznej,okropnej
                      > komuny" gdzie jakoby dzieci głodem przymierały,na dźwięk słowa: lata
                      > 70-te czy 80-te sama się gębusia śmieje..

                      Tłumaczono Ci to już, chyba nawet parę razy: jedno nie wyklucza drugiego. Wspomnienie dzieciństwa - poza ludźmi, którzy mieli w tej kwestii cholernego pecha - wywołuje taką reakcję, nawet jeśli faktycznie była bida z nędzą. "Było biednie, ale...".

                      > Muzyka wtedy to był Bajm czy np. Lady Punk ,a nie te dzisiejsze ryki

                      Sprawa znana od pokoleń,
                      Których tyle już ubyło,
                      Że zmieniają się idole,
                      Ale wciąż ta sama miłość...
                      Dla moich rodziców "dzisiejszymi rykami" były produkcje zespołów, które wymieniasz, dla ich rodziców - Beatlesi i ich rodzimi naśladowcy.
                      • izabella1991 Re: Co komu ryczało 08.07.13, 12:49
                        Ale widzisz,jakoś tak pokolenie 30+ i 40+ chętnie ( a nawet dużo chętniej) słucha muzyki rodziców,dziadków,no i lat 80-tych. Z wieloma osobami w moim wieku i młodszymi rozmawiam i 90% towarzystwa twierdzi to ,co ja: że nasi rodzice to mieli czego słuchać i na co na koncerty chodzić,a obecne nastolatki...już niekoniecznie. Na np. Koncertach pani Rodowicz czy Santor jakoś sporo młodych ludzi jest,gdyby p.Niemen żył,też młódź na jego koncerty by szerokim strumieniem chadzała...
    • plater-2 Re: Znalezione na FB 08.07.13, 14:02
      Moja mama nie mogla sluchac Niemena, w 1965 jeszcze chyba wtedy Wydrzyckiego. "On się nazywa Wydrzycki, bo sie wydziera". A dla mnie to było objawienie...
      Podobnie było z Beatles'ami...
      A ja na lekcji gimnazjalistom puszczalam Hey Jude Michelle i Yesterday i bardzo im sie spodobało.
      Także Czerwone Gitary - Gdzies w sercu głeboko czuje ból, straciłem ciebie - matko...
      • izabella1991 Re: Znalezione na FB 08.07.13, 15:17
        No widzisz,rzecz gustu:-))
        Z kolei moi rodzice bardzo lubili i Niemena,mama uwielbiała piosenki Ewy Demarczyk ,a wszyscy jeszcze żyjący na tym łez padole kochamy Grechutę,Annę German.Ja jestem rocznik 1970 i kocham...Chór Aleksandrowa-poważnie!
        Z kolei Presleya czy The Beatles jakoś nikt u nas nie lubił,ale już the Doors czy The Animals już ..bardzo tak!
        • plater-2 oczywiscie rzecz gustu 08.07.13, 15:24
          Mielismy fajna nauczycielke rosyjskiego, sluchalo sie na lekcji Okudzawy, Bieczewskiej, chór Aleksadrowa - super, mam obie plyty, az dreszcz czlowieka przechodzi. I Gernam po rosyjsku. Moje dzieci nie rozumieja slow, a bardzo szkoda.
          I jeszcze romanse Wertynskiego, troche po polsku, troche po rosyjsku.... plyta winyl - chcialabym to mieć.
          • izabella1991 Re: oczywiscie rzecz gustu 08.07.13, 16:04
            Oooo,widzę,że tu ktoś na forum ma gusta podobne do moich:-)) Witam pięknie!
            Gdzie romanse Wertyńskiego można znaleźć ,nie wiem,ale może się dowiem....moja pani od rosyjskiego zaprosiła mnie do siebie w odwiedziny,popytam gdzie i co....
            Co do rozumienia rosyjskiego,to fakt.....gadają ludziska głupoty,że rosyjski do naszego podobny:-))) Tiaaaaa,szczególnie dla tych ,co to na rosyjskim nie uważali ,a Rosję tylko z pocztówek znają:-)))
            • plater-2 Re: oczywiscie rzecz gustu 08.07.13, 17:20
              Nie żałuję, że uczylismy sie na pamięć pieknych rosyjskich wierszy.

              Na pielgrzymce waszawskiej poznałam chłopaka, student teologii, późniejszy jezuita... On był z arystokratycznej rodziny francuskiej, która po Rewolucji emigrowała do Rosji. Pożenili się z Rosjankami... A stamtąd musiała znów emigrować do Francji - po Rewolucji Październikowej. Mówił oczywiście nie tylko po francusku, co oczywiste, ale po rosyjsku. I zamiast się modlic recytowalismy sobie w marszu Lermontowa, albo Apolinaire'a. Bardzo romantyczne wspomnienie.

              Był pierwszy raz w Polsce i wymyślił sobie, że będzie w Polsce trenował język rosyjski !!!! Wchodzi do sklepu i prosi o płastinki. Zauważył jednak, że coś nie gra, że go za Rosjanina biorą, niechętnie obsługują... Więc wchodził do sklepu i deklamował – ja Francuz, no ja gawarju pa ruski, chaczu pokupit’ płastinki… A ekspedientki – pan jest Francuzem, niech pan się nie męczy, niech pan mówi po francusku, my zrozumiemy…
              • izabella1991 Re: oczywiscie rzecz gustu 15.07.13, 15:24
                Ha,to dobre....
                Wiem,że w latach 80-tych w małym miasteczku czy na wsi pojawienie się cudzoziemca czy to skośnookiego,czy czarnoskórego wywoływało sensację taką,że stada dzieciaków oczy wytrzeszczały:-))) A już żeby taki np. po angielsku zagadał do sprzedawczyni,to już Boziu zmiłuj:-))) Co innego w miastach uniwersyteckich,choć wiem,że trudno było np.czarnoskórym wynająć pokój na mieście,no ale w akademikach brać miała pokoje...
                Jeden taki z Indii( student-muzułmanin) oddawał swoje kartki na mięso pani sprzątającej,w zamian miał wysprzątany pokój.
                • plater-2 Re: oczywiscie rzecz gustu 15.07.13, 15:43
                  Moj kuzyn wybral sie z kolega na Wegry za Gierka to bylo. Poszli do sklepu w towarzystwie kolegi Wegra i po rosyjsku (przecie wegierskiego nie znali) poprosili o baterie do radia. A sprzedawca po wegiersku do kolegi "to jacys ruscy, daj im te przeterminowane". Kolega Wegier na to, że to nie Rosjanie, ale Polacy!!! No i dostali dobre...
                  • izabella1991 Re: oczywiscie rzecz gustu 15.07.13, 16:14
                    Ale numer,gdyby nie Węgier,toby wybrakowane dostali...
                    • beata_ Re: oczywiscie rzecz gustu 15.07.13, 22:07
                      Dziwne, że nikt sierotom nie powiedział, że na Węgrzech po rosyjsku gadać, to mogiła :-))
                      Ja tam wiedziałam, a byłam tam na obozie wędrownym z tzw. HSPS-u, co to jakoś około 70-go roku powstał był zamiast normalnego ZHP.
                      • minerwamcg Re: oczywiscie rzecz gustu 16.07.13, 22:53
                        Dokładnie, oni od 56 nienawidzili ruskich jak zarazy i nie dziwota. Mój dziadek na Węgrzech rozmawiał po niemiecku i był doskonale rozumiany.
                        • beata_ Re: oczywiscie rzecz gustu 17.07.13, 03:13
                          minerwamcg napisała:

                          > Dokładnie, oni od 56 nienawidzili ruskich jak zarazy i nie dziwota. Mój dziadek
                          > na Węgrzech rozmawiał po niemiecku i był doskonale rozumiany.

                          A, bo to chyba jakoś z racji dawniejszej przynależności do Monarchii Austro-Węgierskiej ten niemiecki był Węgrom (zwłaszcza starszym) bardziej bliski :-)

                          Z czasów tego mojego wędrowania pamiętam, że młodzi ludzie niemiecki znali średnio (jeśli w ogóle - nie umiałam sprawdzić, bo sama nie znałam i nie znam), angielski też średnio i to bardzo (ja gówniara "znałam" lepiej, co nie znaczy że dobrze), a rosyjski znali nieźle, ale gadać za cholerę nie chcieli i w ogóle rosyjskim można się było ogólnie narazić - o czym było wyżej. :-)
                          Dało się pogadać z młodymi po rosyjsku, ale trzeba się było mocno postarać, jakoś "zaprzyjaźnić" i "udowodnić", że pomimo wszystko jest to najwygodniejszy sposób na szybkie porozumienie - bez nadmiernego zmęczenia rąk. :-)
                          Ze starszymi ten numer nie przechodził za żadne skarby! "Nem tudom" i KONIEC!
                          Ot - takie czasy byli...

                          ps
                          Za to np. w Budapeszcie (dalej już trochę mniej, ale też) trzeba było uważać rzucając jakikolwiek komentarz po polsku - bywało, że ktoś się odwrócił i rzucił parę soczystych słów (jeśli komentarz dotyczył jego/jej) albo przy komentarzu w miarę neutralnym dorzucił swój :-)))
                          • plater-2 Re: oczywiscie rzecz gustu 17.07.13, 07:57
                            Mieszkam nad morzem i czesto do nas Węgrzy na wczasy przybywali. Moja Mama niemiecki znala dosc dobrze, ale z pewnym przystojym Węgrem po łacinie sie porozumiewała :-))).
                            • izabella1991 Re: oczywiscie rzecz gustu 17.07.13, 11:51
                              To wielki szacunek dla Twojej mamy,że tak biegle łaciną władała...Czy Twoja mama jest/była kształcona w czasie ,albo tuż po wojnie? Bo wiem,że wtedy to uczono nie tylko łacinę,ale i grekę i dlatego to ówczesne pokolenie nie miało problemów z nauczeniem się chociażby francuskiego,czy włoskiego.Bo niemiecki to wiadomo,że przez wojnę wiele osób pamięta...
                              • plater-2 Re: oczywiscie rzecz gustu 17.07.13, 13:37
                                Nie wiem,czy znała bardzo biegle... W 1939 miała skończoną III gimnazjum i miala w gimnazjum łacine, francuski i niemiecki.
                                Potem na komplety chodziła, mature na kompletach zdała.
                                • izabella1991 Re: oczywiscie rzecz gustu 17.07.13, 13:57
                                  A widzisz,co przedwojenna edukacja,to nie to,co teraz....
                                  Fajnie miały takie gimnazjalistki-naucza jęz.obcych była,dobrych manier -też,do tego kobiece stroje( a nie portki i portki,jak teraz) .Wiem,zrzędzę...ale ja sama chadzam w spódnicach i sukienkach-no po prostu lubię wyglądać jak kobieta:-))
                                  • plater-2 Re: oczywiscie rzecz gustu 17.07.13, 14:12
                                    Na pewno w latach trzydziestych gimnazjum nie było osiagalne dla kazdego, ale nie byla to szkola elitarna. To bylo średniej wielkosci miasto na Mazowszu.

                                    Mama opowiadala, ze byl samarzad szkolny, ktorym opiekowala sie pani od przedmiotu "prace reczne" (bylo to gimnazjum zenskie). Samorzad organizowal rozne akcje na rzecz doplacenia do czesnego (50 zl tylko miesiecznie, bo bylo to Gimnazjum Macierzy Szkolnej) Doplate dostawaly tylko uczennice, ktore sie dobrze uczyly i zachowywaly. Popieram. Samorzad posredniczyl takze w odsprzedawaniu sobie podrecznikow i strojow szkolnych (fartuszki rypsowe z falbankami nakladane na wlasna sukienke w ciemnym kolorze).

                                    Najstarsza siostra Mamy chodzila do liceum w tym miescie. Ale do liceum szly tylko te, ktore planowaly studia.
                                    Mala matura w 1939 byla calkiem porzadnym wykszatlceniem dla kobiety. Potem mozna bylo uczyc sie handlu, ksiegowosci, buchalterii...

                                    Ojca szkola byla duzo drozsza, 300 zl miesiecznie, ale to byla cena z internatem.
                              • minerwamcg Re: oczywiscie rzecz gustu 18.07.13, 13:28
                                Bez przesady, mój ojciec z powojennego gimnazjum wyniósł właśnie bardzo dobrą znajomość łaciny - a i ja w całkiem już powojennym (lata 80.) liceum też nauczyłam się jej nieźle. W krakowskim Nowodworku była też wówczas klasa o profilu klasycznym, gdzie uczono i łaciny, i greki.
                                • izabella1991 Re: oczywiscie rzecz gustu 18.07.13, 14:10
                                  No proszę-to była edukacja!
                                  Nie przypadkiem w nieistniejącym już w polskiej telewizji teleturnieju ,,Milionerzy" często największą wiedzą popisywała się ...młodzież nieco starsza -tak 60+.Nie twierdzę ,że duuużo młodsi ludzie byli głupsi-skądże znowu,ale łacina jest mega-potrzebna na historii,prawie,medycynie..
                                  Ja na profilu biologiczno -chemicznym miałam łacinę w sensie nazw ziół czy roślin-i też mi się to przydało,kiedy to w Hiszpanii za diabła nie wiedziałam,jak brzmi po hiszp.liść senesu.Podałam po łacinie i podali,co chciałam..
                                  • minerwamcg Re: oczywiscie rzecz gustu 18.07.13, 16:31
                                    Musze jednak uczciwie dodać, że gimnazjum ojca było wprawdzie powojenne, ale tuż-tuż, mój tata gdyby go nie zamknęli za politykę miałby maturę w 1949, więc komunistyczne "reformy" jeszcze nie nabrały rozpędu.
                                    Moje liceum natomiast... zaczęłam pierwszą klasę jeszcze za "Solidarności", klasy językowe, ogólne i mat-fiz miały łacinę nadobowiązkowo, natomiast biologiczno-chemiczna już obowiązkowo.
                                    No i obowiązkowo miałam łacinę przez pierwszy rok studiów. Lektorat (polonistyka, w moim przypadku teatrologia) trwał dwa lata, ale ci, którzy mieli łacinę w szkole byli obowiązani chodzić tylko przez rok. Łomatko, cóż to był za kretynizm! Ludzie po czterech latach licealnej nauki spokojnie czytali Horacego - a tu się im kazało od początku odmieniać "puella, puellae". Ale tak się uparł ś.p. profesor Ulewicz, pogrom i zgroza studentów I roku :)
                                    • izabella1991 Re: oczywiscie rzecz gustu 18.07.13, 16:58
                                      No ,na takich upartych ,,jajogłowych " to i święty Boże nie pomoże...
                                      A to,ze ludzie po liceum czytali Horacego-nooo,to duży podziw i szacunek! Serio!
                                      Ja liceum robiłam w latach 1985-1989,komuna już chyliła się ku upadkowi,ale np. były jeszcze książki w tzw.czarnym obiegu.Maturę z j.polskiego pisałam wplątawszy w nią ,,Malowanego Ptaka" Kosińskiego-5 dostałam,6 jeszcze nie było. Po maturze zaś moja polonistka teatralnym szeptem poprosiła mnie o .....pożyczenie lektury,bo sama jeszcze nie miała w rękach,a posmakować ,,zakazanego owocu" chciała....Na pewno do tej pory przeczytała już ,ile razy chciała!
                                      • balamuk Re: oczywiscie rzecz gustu 18.07.13, 18:15
                                        Mamusia (wojenna matura na kompletach) wiele lat później dogadywała się po łacinie z moją hiszpańską przyjaciółką. Pewnie coś w genach przeszło, zaparłam się przy liceum z łaciną, choć pod ręką miałam całkiem przyzwoite bez. Horacy i inne Owidiusze na luzie - ale mieliśmy świetną łacinniczkę, Katon St. to był przy niej subtelny kwiat paproci.
                                        Bogu dzięki, na filologii obcej łacinę miały tylko osoby, które nie odpracowały czterech lat w liceum. A rosyjski w ogóle nam odpuścili, inne kierunki musiały swoje odpracować.
                                      • minerwamcg Re: oczywiscie rzecz gustu 18.07.13, 19:07
                                        Horacy nie taki straszny jak go malują, do dzisiaj pamiętam "Vides ut alta stet nive candidum, Soracte nec iam sustineant onus...", wiadomo, że się całego nie przeczytało, dwie-trzy ody i satis.
                                        "Malowanego ptaka" na jakiś czas przed oficjalnym polskim wydaniem pamiętam czytanego w IV programie PR przez Radziwiłowicza, facet wszystkie te okropieństwa czytał tak, że się potem zasnąć nie chciało. Słowo ma potężną siłę...
                                        • izabella1991 Re: oczywiscie rzecz gustu 19.07.13, 14:19
                                          Minerwomcg-że słowo ma potężną siłę,to fakt....ale ,,Malowanego ptaka" czytanego przez p.Radziwiłłowicza jakoś nie pamiętam,przegapiłam-a szkoda....
                                          Śledziłam potem już losy Kosińskiego,jego pobytu w Nowym Jorku,związku z p.Dudziak( której śpiew bardzo lubię)-zdenerwowałam się porządnie,kiedy okazało się,że losy dziecka w ,,Malowanym Ptaku" to fikcja-ja byłam pewna,że są to prawdzie historie,jakie się autorowi przytrafiły.
                                          A to,że Kosiński ubarwiał swoje życie (śmierć też miał hmmm barwną) jak mógł...to insza inszość...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka