default
04.08.05, 14:47
Najeździłam się w dziecięctwie z rodzicami, oj najeździłam - najwięcej do
Łeby, bo tam ojca firma miała swój zakładowy ośrodek. Paskudne kartonowe
domki kemingowe, bez wody (hydrant przed domkiem) i WC (pawilonik ze
wspólnymi sraczykami i prysznicami). Na początku był obowiązkowo wieczorek
rozpoznawczy, a potem bal dla dzieci z konkursami, loteriami itp. Oczywiście
zajmował się tym pan Kaowiec. Posiłki o sztywnych porach - śniadanie 8.00
(Boże , o ósmej wstawać w wakacje!), obiad - 13.00 (akurat kiedy najlepsze
słońce na plaży, trzeba zwijać manatki i gnać do stołówki), kolacja - 18.00
(a wieczorem i tak szło się na rybkę czy gofry, bo człowiek zdążył
zgłodnieć). Na śniadanie obowiązkowo zupa mleczna i kawa zbożowa z mlekiem -
myśmy zawsze prosili o herbatę i to niesłodzoną, co wywoływało konsternację w
kuchni, bo zwyczajowo podawano i kawę i herbatę już posłodzoną w wielkim
dzbanie. Porannym rytuałem było uważne odczytywanie i komentowanie przez
wszystkich wczasowiczów menu na dziś. Obok stołówki była sala telewizyjna,
gdzie wieczorami gromadzono się na wspólne oglądanie dziennika TV oraz filmu -
ponieważ nie było wyboru, więc nie było też sporów co do tego co kto chce
oglądać.