Gość: stachu34
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
22.02.04, 22:11
No i ma spokój, ten upragniony. Dostał rozwód, wywalczony wyrok „bez
orzekania o winie”. Tak, tak wywalczony...Gdyż druga strona upierała się przy
obarczeniu go całkowitą odpowiedzialnością za rozpad małżeństwa.
Jego alkoholizm zapewne był tego praprzyczyną, ale jej bytności w hotelach
(udowodnione na sali rozpraw) nie były bez znaczenia. Podniosły kąt
nachylenia równi pochyłej, na której stał.
Bardzo lubił te popołudniowe, po pracy spotkania z kolegami. Wesołe,
beztroskie męskie towarzystwo. Potem wieczorem zawsze pragnął złożyć umęczoną
alkoholem głowę na ramieniu, ukochanej jednak, kobiety. Pewnie nie godziła
się z tym. Były awantury, a jakże, ale to nie była jego wina, bo...Przecież
nie przepijał zarobionych pieniędzy. Nie, co dzień też te spotkania
koleżeńsko-towarzyskie miały miejsce. No powiedzmy trzy razy na tydzień. Jak
takie postępowanie można było nazwać? To egoizm alkoholika. Krótkowzroczność
spotęgowana przez alkohol. Jednak na tamten czas skąd mógł o tym
wiedzieć...Nic sobie nie miał do zarzucenia, a ona, co? Szmata i dziwka. Czy
miała prawo tak postępować?
Ogromne poczucie krzywdy, urażona męska ambicja otworzyły wrota alkoholizmu.
Już było za późno na jakiekolwiek inne spojrzenie na ten związek. Z każdym
dniem wszystko się waliło. Wtedy daleki był od wzięcia na siebie choćby
najmniejszej części winy, nie zastanawiał się czy on miał prawo do
zakrapianych spotkań z kolegami. To egoizm rozwinięty do niebotycznych
rozmiarów z powodu jego alkoholizmu zniszczył to, co najpiękniejsze. Żeby to
zrozumieć potrzeba było kilku lat rynsztoka. No i teraz ma wreszcie spokój,
ten upragniony...(?)