rozmaryna2
19.08.05, 21:02
Witam.
Jestem współuzależniona. Długo dojrzewałam do takiego stwierdzenia bo bolesne
jest dla mnie to że straciłam panowanie nad częścią swego życia. Walczę z
alkoholizmem mojego męża. Dziś wiem że źle, ale inaczej nie potrafię.
Myślałam, że wieczną kontrolą, chowaniem pieniędzy, kluczy, wizytami u
psychiatry po leki antydepresyjne, łażeniem za nim krok w krok, itd.,
sprawię,że będzie pił mniej. Nic to nie dało. Dziś namawiałam go na wszycie
esperalu. Jest wypity, ale przytomny, prawie się zgodził. Zawiozę go nawet na
drugi koniec kraju. Cztałam że to metoda od której się odchodzi, ale nie mam
innego wyjścia. Mój mąż nie pójdzie na spotkanie AA (bo przecież kontroluje
swoje picie i nie musi gadać przed obcymi że robi źle, bo sam to dobrze wie),
nie boi się że wyleci z roboty (bo ma swoją firmę i z pomocą nieba i moją
(niestety!) jakoś to jeszcze leci, nie boi się braku środków na utrzymanie,
bo w spadku po rodzicach dostał całkiem niezły spadek.
Będę walczyć jak lwica o tę wszywkę, bo nic innego już chyba nie pomoże. Ale
dalej będę się bać, tylko już inaczej. Będę się bać że i tak zapije i coś mu
się stanie. To chyba tak jakbym dała mu do ręki rewolwer.