Dodaj do ulubionych

Szkiełko, oko, dusza

18.05.06, 03:00
Artykuł będacy kontynuacją wcześniejszego
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=21155&w=40336674
i także przedruk w tygodniku Forum. Tekst o ideach Freuda w kontekscie
dzisiejszych osiągnięć nauk zajmujących się mózgiem oraz drugi o samym
Freudzie.

Wiemy coraz więcej o naszych mózgach. Kiedyś dowiemy się wszystkiego. Stanie
się jasne, że nie jesteśmy niczym więcej, niż tylko biologicznymi maszynami
przetwarzającymi informację. Nie było, nie ma i nie będzie duszy. Czy
uświadomienie sobie tego cokolwiek zmieni nasz stosunek do życia?

Najważniejsze jest to, że poza biernym postrzeganiem i reagowaniem na bodżce
świata zewnętrznego stanowimy element świata, w obrębie którego gromadzimy
wiedzę i przekazujemy sobie jej esencję. Wobec skończonej krótkości życia,
znaczenia nabiera współistnienie w świecie wszystkich istot żywych i jego
zasady wyrażone jako zasady moralne. Dzięki temu możemy z dumą powiedzieć, że
jesteśmy ludźmi.

Wsród naszej kultury jest mnóstwo zbędnego, szkodliwego balastu, który pełnił
swoja pożyteczną rolę, gdy byliśmy młodymi jaskiniowcami, ale teraz nadchodzi
czas, by się go pozbywać. Gdy do końca zrozumiemy, kim jesteśmy, odrzucimy go
ostatecznie. Takim balastem jest między innymi religia...


Obserwuj wątek
    • grgkh Szkiełko, oko, dusza [1] 18.05.06, 03:02
      Najpierw uznany za mesjasza wieku rozumu, a potem za kompletnego szarlatana,
      Sigmund Freud wraca do łask. Tyle że uczeni próbują kojarzyć jego psychoanalizę
      ze zdobyczami współczesnej biologii i technologii. Wyśmianą, przeżartą przez
      mole kozetkę zastępują tomografem komputerowym.

      -=-=-=-

      Idee Freuda krążyły, tak samo jak tezy nowoczesnych badaczy ludzkiego mózgu,
      wokół liczącego sobie już tysiąclecia pytania: jaki jest związek mózgu i
      psychiki? Jak mózg reaguje na przeżycia traumatyczne? Gdzie i w jaki sposób
      powstają myśli i uczucia? Takie procesy ciężko jest badać, słuchając pacjenta
      leżącego na kozetce.

      Naukowcy nie bardzo radzą sobie z takim pojęciem jak „poczucie własnej
      wartości”. Psychoanalitycy mówią o tym, jak Eskimosi o śniegu: rozróżniają
      wiele typów, mają teorie co do jego powstania i posługują się odpowiednim
      słownictwem. - Uważam - twierdzi brytyjski neuropsycholog Mark Solms - że na
      solidnej bazie obserwacji klinicznych możemy ponownie połączyć psychoanalizę z
      neurologią.

      Ma wszelkie podstawy do optymizmu. Próba wielkiej syntezy dwóch wrogich
      dyscyplin zrodziła już nowy kierunek badań. Listę wydawców
      czasopisma „Neuropsychoanalysis” czyta się jak who's who neurologii: Eric
      Kandel, Joseph Le Doux, Antonio Damasio, Benjamin Libet, Vilayanur
      Ramachandran, Wolf Singer.

      Freud powraca - wszędzie na świecie neurobiolodzy, psychologowie, psychiatrzy i
      psychoanalitycy w roboczych grupach podążają śladami jego dokonań. - Wgląd
      Freuda w naturę świadomości - jak postuluje neurobiolog Damasio - współbrzmi z
      punktem widzenia nowoczesnej, zaawansowanej neurologii.

      - Freud chciał dokonać dokładnie tego, czego my dokonujemy dzisiaj - uważa Mark
      Solms - ale nie miał do dyspozycji ani komputerowego tomografu, ani
      elektroencefalografii i zrezygnował z kontynuacji swego projektu. Korygując,
      rewidując i uzupełniając jego dzieło, doprowadzimy je do końca.

      ZDOLNY NEUROAMATOR

      Pierwszym naukowcem, który badał zależności między psychoanalizą a neurologią,
      był sam Sigmund Freud. Jednak gdy Freud-badacz dusz swymi spektakularnymi
      teoriami o kompleksie Edypa, zazdrości o penisa i znaczeniu snów zyskiwał
      światową sławę, Freud-badacz przyrody popadał w zapomnienie. Będąc na
      stypendium w Trieście, ten równie utalentowany co ambitny syn żydowskiego
      handlarza wełny obserwował pod mikroskopem systemy nerwowe ryb i szukał
      narządów płciowych u węgorzy. Uchodził wówczas za nadzwyczaj uzdolnionego
      neuroanatoma. W swej pracy o zaburzeniach mowy (afazji) opisuje neurologiczne
      podstawy mowy. Jego zainteresowania oscylują wokół leczenia chorób
      psychicznych, młodej dyscypliny, która pacjentom oferowała nieco więcej niż
      tylko środki uspokajające czy kuracje wypoczynkowe.

      Ze stypendium w kieszeni dr medycyny Sigmund Freud wyjeżdża w 1885 r. z Wiednia
      do Paryża. Tam, w klinice Salpetriere, w laboratorium Jeana-Martina Charcota,
      przeprowadza sekcje mózgów dzieci. Z fascynacją obserwuje, jak wielki neurolog
      za pomocą hipnozy wywoływał i wycofywał u swych pacjentów histeryczne
      paraliże. „Charcot, jeden z największych lekarzy, człowiek myślący w genialnie
      trzeźwy sposób, wywrócił do góry nogami moje poglądy i zamierzenia” - z wielkim
      respektem napisze Freud po powrocie do domu. Ponieważ w mózgu zmarłych
      histeryczek nie znaleziono organicznych przyczyn ich cierpień, większość
      neurologów sądziła wówczas, że pacjenci sami wymyślali swoje symptomy. Charcot
      natomiast zdiagnozował histerię jako prawdziwą chorobę. I odważył się zadać
      pytanie, czy i w jaki sposób symptomy cielesne wynikają z przyczyn psychiczno-
      duchowych.

      PSYCHOLOGIA SALONOWA

      Od swego powrotu do Wiednia Freud już nigdy nie rozstanie się z tym pytaniem.
      Przypuszczał, że klucz do neurotycznych objawów leży we wczesnych przeżyciach
      traumatycznych - najczęściej seksualnych. Równocześnie był przekonany o tym, że
      psychika w jakiś sposób musi być reprezentowana w tkance mózgowej. Jako jeden z
      pierwszych przedstawił tezę, że mózg składa się z powiązanych z sobą neuronów,
      tworzących sieci systemu nerwowego.

      Postępując z duchem czasu, Freud chce wprowadzić psychologię na salony jako
      naukę przyrodniczą. Swoje rewolucyjne poglądy o psychicznych procesach, jak
      popędy, wypieranie czy reakcje obronne próbuje przenieść na język
      neurofizjologii i neuroanatomii w „Projekcie psychologii" w 1895 r. (tytuł
      oryginalny „Entwurf einer Psychologie", tekstu nie przetłumaczono na język
      polski - przyp. FORUM). Jednak jego tezy wyprzedzają możliwości techniczne
      tamtych czasów: skalpel i mikroskop nie umożliwiają prześledzenia elektrycznych
      i biochemicznych korelacji ludzkiej psychiki. I ponieważ pozostaje mu - jak sam
      przyznaje - tylko fantazjowanie, tłumaczenie i zgadywanie, określa
      swój „Projekt" jako swego rodzaju wariację i rozczarowany odwraca się od
      neurobiologii.

      Od tego momentu neurolodzy i psychoanaliza zachowywali się wobec siebie jak
      krnąbrne rodzeństwo w trwałym konflikcie. Około stu lat już walczą o przewagę
      na polu wykładni meandrów ludzkiej świadomości. Przez długi czas wydawało się,
      że psychoanaliza została w tyle.

      Bezdyskusyjny jest jednakże wpływ tego psychologicznego rewolucjonisty na
      wszystkie dziedziny naszego codziennego życia: sztukę, język, relacje rodzinne
      i społeczne - praktycznie wszystko dzisiaj jest przepuszczane przez freudowskie
      sito. Nic chyba nie zmieniło spojrzenia na ludzką egzystencję w tak znacznym
      stopniu, co nauki Freuda o nieświadomości - tym wewnętrznym obszarze, do
      którego człowiek wypiera swe niemiłe i zatrważające pomysły i pragnienia.
    • grgkh Szkiełko, oko, dusza [2] 18.05.06, 03:04
      LECZENIE MÓWIENIEM

      Młody neurolog swoimi niesamowitymi tezami wzbudzał oburzenie współczesnego mu
      świata: oto według Freuda człowiek, korona stworzenia, jest tak naprawdę
      jedynie istotą napędzaną swymi tłumionymi pragnieniami seksualnymi. I podczas
      gdy sądzi, że jest „panem swego domu", to w piwnicach jego duszy rządzą
      zwierzęce popędy. Jako niewolnik swych wypartych przeżyć z wczesnego
      dzieciństwa odczuwa lęki i nie wie przed czym.

      Śni o wchodzeniu po schodach, a naprawdę chodzi mu o akt seksualny. Każda
      obietnica, każdy sen, każda fantazja, jakkolwiek bezsensowne by były, muszą
      mieć za podstawę jakiś psychiczny motyw. Pacjentki Freuda cierpiały na
      efektowną chorobę fin de siecle'u - histerię. Emmy von N. na przykład skarżyła
      się na konwulsyjne tiki, spazmatyczne zahamowania mowy oraz okropne halucynacje
      z myszami i wijącymi się wężami w rolach głównych. Na kozetce w gabinecie
      Freuda opowiadała o swoich snach, on natomiast prosił ją, by w ogóle nie
      krępowała się w swych wypowiedziach.

      Twierdził, że z opowieści neurotycznych pacjentów udało mu się wywnioskować, że
      ich cierpienia niezmiennie wywodzą się z wczesnych konfliktowych sytuacji
      związanych ze sferą seksualną. „Leczenie mówieniem", jak Freud również określał
      psychoanalizę, mogło leczyć te neurozy, wydobywając te wyparte, wywołujące
      cierpienie wspomnienia do świadomości. Jako pierwszy Freud zwraca również uwagę
      na kobiecą seksualność, która do tej pory służyła wyłącznie prokreacji. Dlatego
      też psychoanaliza dość szybko zyskała sobie opinię ruchu wyzwoleńczego,
      rozprawiającego się z zahamowaniami panującymi w chylącym się już do upadku
      cesarstwie.

      Freud - nie wbrew własnej woli - stał się prorokiem quasi-religijnego nurtu.
      Zdawało się, że nic nie powstrzyma zwycięskiego marszu jego wynalazku -
      psychoanalizy. Freud zmarł, otoczony powszechnym szacunkiem, w 1939 r. na
      emigracji w Londynie. W Stanach Zjednoczonych jego prześladowani w
      nazistowskich Niemczech uczniowie byli podejmowani niczym gwiazdy popkultury. W
      mgnieniu oka obsadzili główne stanowiska w klinikach psychiatrycznych.
      Freudowskie paradygmaty idealizowano jako uniwersalne metody terapeutyczne.
      Macki psychoanalizy, niczym ośmiornica, sięgały ze swymi absolutystycznymi
      pretensjami do wszystkich dziedzin życia. Dopiero w latach 50. - kiedy to w USA
      powstało tyle gabinetów psychoanalityków co sklepów z okularami - ten
      ponadnaturalnej wielkości pomnik zaczął się chwiać. Sukcesy psychiatrii
      biologicznej i neurobiologii wyznaczyły nowe, nieznane dotąd ścieżki prowadzące
      w gąszcz ludzkiej psyche.

      OSZUSTWO STULECIA

      Pewnego dnia może się udać wywieranie chemicznymi substancjami bezpośredniego
      wpływu na ilości energii i ich dystrybucję w duchowym systemie człowieka,
      przepowiadał kiedyś, przepełniony nadzieją, sam Freud. Teraz stało się to
      faktem. Psychiatrzy dokonali ingerencji w „nastawnię" ludzkiej duszy. Psyche
      stała się przedmiotem, a jej fizyczny korelat, mózg, stał się dla nauki równie
      dostępny co serce czy wątroba.

      Natomiast wnioski, do których autor „Marzeń sennych" jakoby doszedł za pomocą
      kozetki, okazały się mgliste niczym dym z jego cygar. Szeroko rozbudowany
      teoretyczny gmach psychoanalizy nie znalazł podparcia w wynikach eksperymentów.
      Już sam Freud był niezwykle wrażliwy na krytykę i często z trudem przyznawał
      się do błędów. I tak na przykład zalecał zastrzyki z kokainy jako środek na
      depresje i niezdolność do pracy, mimo iż od dawna znane już były uzależniające
      właściwości narkotyku. Nigdy też nie uważał, by konieczna była weryfikacja
      terapeutycznych sukcesów psychoanalizy.

      Jego następcy formowali się w grupy sprawiające niekiedy wrażenie sekt, i
      zaciekle bronili się przed jakąkolwiek formą naukowej kooperacji. Jednak gdy
      psycholog Hans Eysenck opublikował w 1952 r. w Londynie wyniki swych badań,
      wedle których psychoanaliza miała nawet utrudniać proces powrotu do zdrowia
      pacjentów, wybuchła fala nienawiści i dezaprobaty dla freudowskich metod.
      Modnestało się Freud-bashing (krytykowanie Freuda).

      Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny Peter Medawar w latach 70.
      degradował psychoanalizę jako najbardziej horrendalne oszustwo stulecia. Całe
      pokolenie krytyków wyszydzało freudowskie tezy jako konglomerat nowoczesnych
      mitów o ojcobójstwie, kazirodztwie i zazdrości o penisa - fundując
      niegdysiejszej supergwieździe pośmiertny upadek.

      I o ile w 1945 r. w USA ktoś, kto nie był psychoanalitykiem, nie miał szans na
      posadę wykładowcy psychiatrii, to w latach 70. żaden tego typu specjalista nie
      otrzymał katedry na jakiejkolwiek uczelni. Wielu neurologów i psychiatrów uważa
      dziś psychoanalizę za szarlatanerię - a przynajmniej za żmudną i luksusową
      formę terapii. Leczenie mówieniem przeminęło również jako moda intelektualna.
      Jedynym miejscem, gdzie pacjenci jeszcze leżą na kozetkach, jak pisze „Time",
      są filmy Woody'ego Allena i humorystyczne rysunki w „New Yorkerze".

      ZAGADKA LUDZKIEJ ŚWIADOMOŚCI

      Tymczasem rywale Freuda z dziedziny neurologii dokonali w swych laboratoriach
      odkryć, o których 50 lat temu nie śmiałby pomarzyć żaden człowiek. Za
      rozszyfrowane uchodzą już obwody percepcyjne człowieka. Aż po procesy
      molekularne naukowcy śledzą biologię pamięci i uczuć. Procesy psychiczne już od
      dawna można odtworzyć w formie elektrycznych odwzorowań aktywności.
      Francis Crick, odkrywca struktury DNA, już w końcu lat 70. twierdził, że
      zagadkę ludzkiej świadomości można rozwiązać metodami naukowoprzyrodniczymi, że
      to wszystko tylko kwestia czasu. W 1994 r. uznał, że cel został osiągnięty. W
      swej książce pod tytułem „Zdumiewająca hipoteza, czyli nauka o poszukiwaniu
      duszy" Crick przekonuje, że w przypadku ludzkich radości, cierpień, wspomnień,
      zamiarów, poczucia tożsamości i wolnej woli chodzi wyłącznie o reakcje
      olbrzymiego zbioru komórek nerwowych i związanych z nimi molekuł.
      Jednak euforia nie trwała długo. Gdy Crick w 2003 r., a więc rok przed
      śmiercią, wraz ze swym kolegą Christofem Kochem sporządził bilans wyników
      nowoczesnych badań nad umysłem, obaj musieli przyznać, że nawet
      najsubtelniejsza analiza reakcji neuronowych nie mówi absolutnie nic o
      subiektywnym aspekcie ludzkiego doświadczenia. Nikt do tej pory nie przedstawił
      sensownego wyjaśnienia, jak w wyniku procesów w mózgu pod wpływem czerwonego
      koloru powstaje doświadczenie czerwieni.

      Świadomość można postrzegać jako nieskończone fajerwerki neuronów, jako
      współdziałanie genów, białek i neuroprzekaźników, jako sumę biochemii,
      czynników społecznych, czynników dziedzicznych. Jednak wszystkie przeżycia
      człowieka mają zupełnie inny stan skupienia: a mianowicie formę
      wielowarstwowego, narracyjnego strumienia świadomości złożonego z obrazów, słów
      i uczuć - niewyraźnego, ulotnego i tylko w pewnym stopniu możliwego do opisania
      za pomocą języka.

      Dlaczego odczuwam spełnienie? Dlaczego niebieski podoba mi się bardziej niż
      czerwony? Dlaczego czuję się winny? Na te pytania dziedzina badań mózgu, która
      ma ambicje stać się wiodącą dyscypliną nauk humanistycznych, nie znalazła
      odpowiedzi. - Neuropsychologia to coś fenomenalnego - uważa nowojorski
      neurolog Oliver Sachs - ale ignoruje psychikę.

      BÓG MARA, SEN WIARA

      Jako student historii Uniwersytetu Harvarda Eric Kandel prowadził gorące
      dyskusje ze zwolennikami Freuda. Było to 50 lat temu. Dziś Kandel to 75-letni
      badacz pamięci i laureat Nagrody Nobla. - Koncepcja Freuda to w dalszym ciągu
      na/logiczniejszy i intelektualnie najbardziej zadowalający obraz ludzkiej
      psychiki - powiada. - To podejście, które pozwala zrozumieć, dlaczego ludzki
      duch potrafi równocześnie napawać się Goethem i budować obozy koncentracyjne.
      To podejście ma jednak swoje słabe punkty. Coraz więcej psychoanalityków
      poszukuje molekularnych podstaw swego rzemiosła. Inni ostrzegają
      przed „neurologizacją sfery p
    • grgkh Szkiełko, oko, dusza [3] 18.05.06, 03:08
      BÓG MARA, SEN WIARA

      Jako student historii Uniwersytetu Harvarda Eric Kandel prowadził gorące
      dyskusje ze zwolennikami Freuda. Było to 50 lat temu. Dziś Kandel to 75-letni
      badacz pamięci i laureat Nagrody Nobla. - Koncepcja Freuda to w dalszym ciągu
      na/logiczniejszy i intelektualnie najbardziej zadowalający obraz ludzkiej
      psychiki - powiada. - To podejście, które pozwala zrozumieć, dlaczego ludzki
      duch potrafi równocześnie napawać się Goethem i budować obozy koncentracyjne.
      To podejście ma jednak swoje słabe punkty. Coraz więcej psychoanalityków
      poszukuje molekularnych podstaw swego rzemiosła. Inni ostrzegają
      przed „neurologizacją sfery psychicznej". A André Green, sędziwy guru
      francuskiej psychoanalizy, przypominał niedawno, że psychoanaliza to nie jest
      nauka i w ogóle nie powinna aspirować do tej roli.

      Wśród spadkobierców Freuda szczególnie wyróżniają się ci, którzy jak Mariannę
      Leuzinger-Bohleber, dyrektor Instytutu im. Sigmunda Freuda we Frankfurcie nad
      Menem, przyszłość psychoanalizy widzą w pojednaniu z biologią. - Psychoanaliza
      i neurologia zajmują się podobną tematyką - uważa szwajcarska pani profesor.
      - Największym wynalazkiem Freuda była jednak teza, że słowa mogą leczyć -
      twierdzi Mariannę Leuzinger-Bohleber. - Dokonał go w czasach, gdy żołnierze,
      noszący ślady traumatycznych przeżyć, byli jeszcze leczeni przymusowymi
      ćwiczeniami i elektrowstrząsami.

      Że psychoterapia może tak samo wpływać na działanie mózgu jak leki, pokazały
      badania tomografowe pacjentów cierpiących na depresje. Hipokamp w ich mózgach
      ulegał skurczeniu, a tzw. zakręt obręczy, odpowiedzialny za intensywne emocje i
      instynkty, mózgowy silnik, który „zapala", gdy człowiek popada w jakieś
      tarapaty - doznawał paraliżu. Wraz z przezwyciężaniem depresji mózg ponownie
      wracał do swego normalnego stanu.

      Ale czy psychoanaliza jest w stanie uruchamiać tego rodzaju zmiany w neuronach?
      Klaus Grawe, psycholog z Berna, zachowuje sceptycyzm. - W tym przypadku mózg
      musi być niezwykle systematycznie i konkretnie aktywowany. Dotychczas
      zarejestrowane doświadczenia muszą być blokowane, a nowe - cały czas
      powtarzane - uważa ten krytyk psychoanalizy, który właśnie skończył pisać
      książkę o neuronalnych podstawach psychoterapii. - Jest to nie do pogodzenia z
      klasycznym podejściem psychoanalitycznym: „zobaczymy, co też dziś pacjent nam
      dostarczy".

      Freud głosił postulat, że pamięć jest główną cechą tkanki nerwowej. Może ona
      poprzez jednorazowe oddziaływania ulec trwałym zmianom. I faktycznie badania
      mózgu odkryły fizyczne korelaty wspomnienia: gdy Eric Kandel w latach
      osiemdziesiątych prowadził badania, jak pamięć ślimaka morskiego z rodzaju
      Aplysia reaguje na dotykanie jego skrzeli, wystarczyła zaledwie jedna godzina,
      by synapsy zaczęły się zmieniać.

      Jednak gdy twórca psychonalizy wyobrażał sobie pamięć jako twór statyczny,
      niczym magazynowy regał, do którego odkłada się grawerowane tabliczki, to
      dzisiejszy model pamięci jest modelem dynamicznym. Przy każdym wywołaniu
      wspomnienia nadajemy mu nowy kontekst i zmieniamy w ten sposób jego kształt.
      - Dzięki neurobiologii wiemy, że doświadczeń nigdy nie da się wymazać - mówi
      Leuzinger-Bohleber - a już na pewno nie wtedy, gdy, jak próbował tego Freud,
      odwołujemy się do rozsądku pacjenta. Pacjentowi niewiele pomoże, gdy „tylko"
      odtworzymy jego życie i usłyszymy, że w wieku dwóch lat doznał traumatycznego
      przeżycia. Jeżeli wziąć na poważnie tezy neurologów, to pacjent ten musi swoje
      konflikty przeżyć na nowo i we współdziałaniu z psychoanalitykiem doznać nowego
      emocjonalnego doświadczenia. W ten sposób może wykształcić się nowa,
      skorygowana sieć neuronalna.

      CZEGO NIE CHCEMY WIEDZIEĆ

      Z kozetki do laboratorium przenosi się również badanie snów, dla Freuda główna
      droga do poznania nieświadomości. Psycholog Stephan Hau w podziemiach Instytutu
      Sigmunda Freuda za pomocą elektroencefalografu pragnie dociec, jaka jest
      pozytywna rola snów. Badania nad mózgiem wyróżniają kilka teorii na ten temat.
      Z punktu widzenia teorii ewolucji, dla śpiącego człowieka te chaotyczne obrazy
      są czymś w rodzaju obozu treningowego: gdy we śnie człowiek spóźnia się na
      egzamin, zjeżdża rowerem do rowu lub walczy z groźnymi zwierzętami,
      przygotowuje się do codziennej walki o przeżycie. Kto śni, mówią inne teorie,
      ten przetwarza w ten sposób stres lub konsoliduje swoją pamięć. Hau wykazał,
      jak odłamki wrażeń z dnia dostają się do snów. Proces ten neurolodzy
      nazywają „procesem przedświadomym". Poniżej progu ludzkiej percepcji
      wynoszącego 150 część sekundy przedstawiał testowanym pacjentom przed
      zaśnięciem obraz plaży i stojącego na niej domu z trójkątnym, czerwonym dachem.
      Gdy testowane osoby rysowały później swoje sny, na rysunkach pojawiały się
      czerwone trójkąty, których pochodzenia autorzy rysunków nie potrafili wyjaśnić.
      Obecnie Hau próbuje dotrzeć do istoty mechanizmu obronnego - według Freuda
      procesu nieświadomego, za pomocą którego próbujemy trzymać od nas z dala różne
      nieprzyjemne treści. Testowanym osobom zaprezentowano - ponownie poniżej progu
      percepcji - niepokojący obraz w kształcie nietoperza. Gdy na jawie psycholog
      poprosił je o przedstawienie wolnych skojarzeń, okazało się, że bodziec ten nie
      wywarł żadnego wpływu. Natomiast w snach testowanych pacjentów prześladowały
      potem zatrważające obrazy, jak drapieżne ptaki czy wywołujące zgrozę krajobrazy.

      CYGARO TO CYGARO!

      Wraz z kolegami z Centrum Neurologii z uniwersytetu we Frankfurcie Hau
      umieszczał śpiących pacjentów w komorze tomografu rezonansu magnetycznego w
      celu zbadania aktywności mózgu w trakcie zasypiania. - Niemożliwe jest jednak
      uzyskanie informacji co do treści snu i jego znaczenia - mówi Hau. - Luki
      pomiędzy fizjologią a psychologią nie da się zamknąć nawet na/precyzyjniejszymi
      metodami generowania obrazów.

      Także twierdzenia Freuda, że w snach chodzi zwykle o spełnienie - seksualnych -
      życzeń, nie da się tymi metodami potwierdzić. Freudowskie teorie dotyczące snów
      przeżywają mimo to swe neurologiczne zmartwychwstanie. Żaden badacz nie waży
      się już dzisiaj twierdzić, że sny to tylko przypadkowe wyładowania w naszym
      mózgu. Dość wcześnie pojawiły się również wątpliwości odnośnie do drugiego
      filaru teorii snów, wedle którego tzw. cenzura snu prowadzi do tego, że śpiący
      w trakcie snu symbolicznie „łagodzi" wstydliwe motywy - ma na myśli fallusa,
      ale śni o cygarze. Pisarz George Orwell pytał, dlaczego ma we śnie wstydliwie
      maskować seksualne impulsy, „o których na jawie opowiadałbym bez cienia
      zażenowania?" Faktycznie, dzisiejsi psychoanalitycy dostrzegają w stawianiu
      przez Freuda seksualności w centrum uwagi echo jego epoki, niechętnej cielesnym
      przyjemnościom.

      Czy zatem pojawiające się we śnie cygaro to tylko i wyłącznie cygaro, jak
      postulują przeciwnicy interpretacji snów? - Czasem tak - przypuszcza Mark
      Solms. Odkrył jednak neurologiczny odpowiednik mechanizmu wymiany sennych
      motywów, który Freud nazywał „przesunięciem": kilku jego pacjentów, cierpiących
      na zaniki pamięci, wypełniało swe biograficzne niejasności zmyślonymi, niczym
      ze snu, opowieściami, tzw. konfabulacjami. Pod względem biochemicznym mózg tych
      pacjentów był w podobnym stanie, co u osób śniących. Także niektóre narkotyki
      mogą wywołać taki stan. Większość neurologów mówi wtedy: Pacjent konfabuluje,
      opowiada niedorzeczności. Psychoanalityk natomiast spyta: A dlaczego akurat to?
    • grgkh Szkiełko, oko, dusza [4] 18.05.06, 03:09
      BANALNOŚĆ PRZEDŚWIADOMOŚCI

      Te przypominające sny konfabulacje w żadnym razie nie są przypadkowe, lecz
      spełniają życzenia w określonych stanach. Mózg ma widocznie tendencję do
      opakowywania prawdziwych zdarzeń w metafory. Gdy badacze ludzkiego mózgu mówią
      dziś o procesach odbywających się nieświadomie, to często wcale nie mają na
      myśli wypartych wspomnień, determinujących nasze zachowania, lecz rzeczy dużo
      bardziej banalne: otóż żaden człowiek w trakcie mówienia nie zastanawia się
      świadomie nad tym, jak poszczególne wyrazy formuje w zdania. Jazda samochodem,
      wiązanie pętelki, jedzenie kanapek, wszystko to odbywa się automatycznie i nie
      musi przy tym pracować nasz hipokamp, organ odpowiedzialny za przechowywanie
      świadomych wspomnień. Ta domyślna, nieświadoma wiedza najbliżej odpowiada temu,
      co Freud nazywał „przedświadomością".

      Innymi oczyma patrzą dziś naukowcy również na dynamiczną nieświadomość, ten
      mroczny kontynent ludzkiej duszy, który Freud nazwał niegdyś wewnętrzną Afryką,
      zamieszkałą przez psychiczną praludność, z którą rozsądne ego musi całe życie
      walczyć. - Nieświadomość należy postrzegać bardziej pozytywnie - uważa Gerhard
      Roth, badacz mózgu z Bremy. - Id nie zagraża ego, lecz nim kieruje.
      Nieświadomość to w przeważającej części użyteczna instancja. Daje o sobie znać
      w każdej sekundzie, gdy próbujemy odpowiedzieć na pytanie: powinienem to
      zrobić, czy nie powinienem?

      Hans Markowitsch szuka na kolorowych zdjęciach mózgów swych pacjentów
      neurobiologicznego wyjaśnienia fenomenów, które bez problemów można opisać
      psychoanalitycznymi pojęciami „reakcja obronna" czy „wypieranie". -
      Nieświadomość podejmuje swoje decyzje na podstawie wszystkich poprzednich
      doświadczeń, które nasz mózg zbierał, począwszy od matczynego łona. Z tego
      punktu widzenia kieruje się ona większym rozsądkiem, bo obejmuje cale nasze
      życiowe doświadczenie. Jako badacz mózgu z uniwersytetu w Bielefeld Markowitsch
      prowadzi badania ludzi, którzy doznali utraty pamięci.

      Markowitsch przebadał ponad tuzin takich pacjentów. - U wszystkich znaleźliśmy
      skrajnie negatywne doświadczenia z dzieciństwa - twierdzi neurobiolog. - Mówił
      o tym przecież już Freud.

      Markowitsch dysponuje biologicznym wyjaśnieniem tego, dlaczego takie
      doświadczenia rzucają cień na całe życie. - Traumatyczne doświadczenia
      przestawiają w dziecięcych mózgach biochemiczne śruby. Stale utrzymuje się
      podwyższony poziom hormonów stresu, który na trwałe wywołuje zwiększoną
      wrażliwość. W wieku dorosłym, przy zdarzeniach wywołujących choćby niewielki
      stres, uwalniane zostają całe kaskady hormonów, które potrafią zablokować
      normalny przepływ informacji, a także i pamięć.

      Gdy przypominamy sobie nasz pierwszy pocałunek lub rozdanie świadectw, nasz
      mózg komponuje to wspomnienie z dwóch różnych elementów: rzeczową informację
      czerpie z hipokampu, a związane z tym uczucia z ciała migdałowatego. Dokładnie
      w tych rejonach układu limbicznego znajduje się najwięcej receptorów hormonów
      stresu. Gdy hormony te dostaną się do mózgu i zaleją hipokamp i ciało
      migdałowate, to zablokują skomponowanie wspomnienia. Natomiast w przypadku
      doświadczeń traumatycznych zanikają często jedynie wspomnienia szczegółów z
      nimi związanych. Pozostaje uczucie, że „było tam coś okropnego".
      Dla psychoanalityków to sprawa z brodą. Dla badań mózgu jednak udowodnienie
      istnienia neurochemicznego lontu, który od mózgu małego dziecka prowadzi prosto
      do człowieka dorosłego, jest koncepcją nową. Uwarunkowana psychicznie utrata
      pamięci uchodzi wśród neurologów za szczególnie odporną na terapię. Ale być
      może to wina terapii? Neuropsychologia zwykle próbuje usunąć objawy
      systematycznym treningiem pamięci. Psychoanalityk natomiast postrzega symptomy
      jako przekaz ze sfery nieświadomości.

      Pacjenci Markowitscha skłaniają go do przemyśleń. W psychiatrii i neurologii
      istnieje pilna potrzeba alternatywnych metod terapeutycznych, uwzględniających
      osobowościową konstelację pacjenta - uważa. A może potrzeba psychoanalizy?
      Markowitsch jest sceptyczny. Zna pacjentów, którym „leczenie mówieniem"
      pomogło. Ale akurat tam, gdzie czają się szczególnie potworne wspomnienia, ma
      on poczucie, że czasem bardziej skuteczne jest skierowanie terapii na przyszłą
      życiową kondycję pacjenta, niż wygrzebywanie jakichś horrorów z jego
      przeszłości, niczym kości z grobu.

      Mark Solms jest innego zdania. Jeden z jego pacjentów na przykład próbował się
      powiesić. W ostatnich latach człowiek ten stał się ciężkim przypadkiem
      alkoholika. Stracił pracę, zmarła jego matka, a potem w jego ramionach i
      ojciec. Wszystko to zdarzyło się na krótko przed próbą samobójstwa. Potem
      wszystkie te zdarzenia zapomniał. Ale bynajmniej nie natchnęło go to
      optymizmem. Jak statek bez kotwicy dryfował przez ocean smutnych przeczuć. Nie
      rozumiał, dlaczego czuje się tak bezradny, zagubiony i samotny.
      - Potrzebujemy wspomnień, nawet jeżeli są nie do zniesienia - uważa Solms. -
      Gdy nie wiemy, skąd pochodzą nasze uczucia, nie jesteśmy w stanie znaleźć
      rozwiązania.

      BEATE LAKOTTA © Der Spiegel, distr. by NYT Synd., 18.04.2005
    • grgkh Psychoanalityk na kozetce [1] 18.05.06, 03:11
      Maminsynek, despota, uzależniony od kokainy maniak seksualny - kim naprawdę był
      Sigmund Freud, który przyszedł na świat 150 lat temu?

      -=-=-=-

      Chociaż sam lubił wywracać na nice ludzkie dusze, jego własnych kompleksów czy
      popędów nikt przez długie lata badać się nie ważył. Psychika samego mistrza
      psychoanalizy stanowiła nienaruszalne tabu. A teraz się okazuje, że
      teorie „ojca psychoanalizy" wiążą się ściśle z jego biografią i życiem
      emocjonalnym. Nieświadomość, sublimacja, nerwica natręctw, wyparcie, kompleks
      Edypa - korzenie wszystkich tych tez można znaleźć w biografii Freuda.

      NAGA MATKA

      Na przykład - kompleks Edypa. Freud niejednokrotnie przyznawał, że bezgraniczna
      miłość jego matki Amalii, wyróżniającej go spośród szóstki rodzeństwa, dała mu
      pewność siebie i „temperament konkwistadora", który utorował mu drogę do
      kariery. W liście z 1897 r. do zaufanego przyjaciela Wilhelma Fliessa Freud
      zwierzał się: „Moje libido w stosunku do matki obudziło się, gdy podczas
      podróży z Lipska do Wiednia nocowaliśmy w jednym pokoju i miałem okazję
      zobaczyć ją nago" (w oryginale słowa „matka" i „nago" pisane są dla większej
      dyskrecji po łacinie). Najwyraźniej to od tej podróży wziął początek kompleks
      Edypa. Freud miał wtedy cztery lata; matka nazywała go „Sigi, moje złotko".
      Freud był zdeklarowanym ateistą. W skromnym domostwie jego ojca, Jacoba
      Freuda, rezygnowano kolejno z tradycyjnych żydowskich rytuałów związanych ze
      świętami. W wielu pismach Freud daje wyraz swemu lekceważeniu religii, w
      której postrzegał objawy zbiorowej iluzji. Praktyki religijne kojarzyły mu się
      ponadto z nerwicą natręctw.

      Swojej żonie Marcie (z domu Bernays) zaraz na początku zabronił świętowania
      szabatu. Martha, która miała urodzić mu sześcioro dzieci, godziła się potulnie
      z życzeniami „naszej drogiej głowy rodziny", jak zwykła nazywać męża. W
      małżeństwie namiętność, jakiej wyraz dawał Freud podczas czterech lat
      narzeczeństwa, szybko się rozwiała. Zdaniem biografów zresztą pożywką dla tej
      korespondencyjnej namiętności w znacznej mierze była kokaina, z którą Freud
      właśnie wtedy z zapałem eksperymentował. Łatwo dostrzec, że w swych pismach
      wyraźnie omija on problem uzależnień. Czyżby chodziło o przykład wyparcia ze
      świadomości niepożądanych treści?
    • grgkh Psychoanalityk na kozetce [2] 18.05.06, 03:12
      STRACH PRZED SEKSEM

      Życie emocjonalne Freuda stanowi dziś pole do spekulacji. Niektórzy biografowie
      przypuszczają, że po szóstym dziecku w jego małżeństwie nastąpił
      definitywnie „seksualny zastój". Może dlatego, że uczony bał się antykoncepcji,
      przeświadczony, że od stosunku przerywanego lub stosowania prezerwatyw można
      nabawić się choroby.

      Pojawia się i wersja, że Freud, znudziwszy się żoną, nawiązał romans z 33-
      letnią, niezamężną szwagierką Minną - towarzyszyła mu ona w podróżach, gdy żona
      musiała w domu zajmować się dziećmi. Inni biografowie podają ten związek w
      wątpliwość, intryguje ich natomiast charakter „niewolnej od akcentów
      homoerotycznych", wieloletniej przyjaźni Freuda z Wilhelmem Fliessem. Ów Fliess
      był dość osobliwą postacią - wierzył w numerologię, twierdził także, że kształt
      ludzkiego nosa decyduje o skłonnościach seksualnych. Ku wielkiemu żalowi
      biografów, Freud zniszczył znaczną część swej korespondencji z Fliessem.
      Liczni uczniowie i zwolennicy Freuda wspominają jego „charyzmę poławiacza
      dusz" – ale i pewną skłonność do sadyzmu. - Każdej z osób z otoczenia musiał
      prędzej czy później wymierzyć kopniaka - mawiał Alfred Adler. Autor osobistych
      wspomnień o Freudzie, neurolog Isidor Sadger, pisał o ojcu psychoanalizy, że
      cechował go wielki głód nowych ludzi, których jednak potem, gdy już ich
      wykorzystał, z wielką łatwością się pozbywał. Nie utrzymywał długotrwałych
      związków - chyba że z ludźmi, którzy poddawali mu się potulnie. Zresztą również
      słynną kozetkę, która stała się nieodłącznym atrybutem psychoanalizy,
      współpracownicy Freuda tłumaczą tym, że nie znosił on na dłuższą metę kontaktu
      wzrokowego z pacjentem. Nie cierpiał, by ktoś się gapił na niego przez parę
      godzin.

      Do osób, które najczęściej lądowały na tej kozetce, należały głównie cierpiące
      na histerię damy z wiedeńskiej śmietanki towarzyskiej. Postawa Freuda wobec pań
      była jednak z gruntu konserwatywna. Nie cierpiał kobiet wyemancypowanych,
      czynnych zawodowo, pragnących decydować o sobie. Tylko jednej ze swoich
      trzech córek, Annie, pozwolił iść na studia. Musiała jednak zostać
      nauczycielką, a nie lekarką, jak sobie wymarzyła.

      Współczesny psychoanalityk Wolfgang Schmidbauer jest zdania, że Freud w tak
      znacznej mierze koncentrował się na sprawach seksu, gdyż odczuwał lęk przed
      własną seksualnością.

      Dziś, w nowym pokoleniu, nikt z bliskich już nie wspomina przykrości
      doznawanych od Freuda, ale i nie odnosi się do niego z dawną czołobitnością.
      - Mój dziadek był kochanym, dobrotliwym człowiekiem - utrzymuje wnuczka Freuda,
      Sophie - ale o seksualności kobiet nie miał zielonego pojęcia. „Zazdrość o
      penisa" - naprawdę tylko mężczyzna mógł coś takiego wymyślić. Zresztą cala
      psychoanaliza, jeśli mam być szczera, wydaje mi się narcystyczną bzdurą.

      Na podstawie Profil, Stern
    • marcinlet Re: Szkiełko, oko, dusza 18.05.06, 11:52
      Freud prawdopodobnie na zawsze pozostanie zagadką. Wiele wydarzeń z jego życia
      miało kluczowe znaczenie dla rozwoju jego psychiki i samej teorii
      psychoanalitycznej.
      Kiedyś ojciec, Jakub Freud, opowiadał mu o czasach swej młodości, że poszedł na
      niedzielny spacer, w pewnym momencie jakiś chrześcijanin podszedł do niego i
      zerwał mu z głowy nową czapkę. Wyrzucił ją w błoto i krzyknął:"Ty żydłaku,
      zjeżdżaj z tego chodnika". Freud spytał ojca, co zrobił. "Zszedłem na drogę i
      podniosłem czapkę" - odpowiedział Jakub.
      Sigmund Freud, zaszokowany tym zachowaniem ojca, szukał "pocieszenia" w
      opowiadaniach o Hannibalu, który poprzysiągł wieczną nienawiść do Rzymu.
      Opowieść ojca stała się dla Freuda źródłem długotrwałej nienawiści skierowanej
      przeciwko tchórzliwemu ojcu i wrogiemu światu Aryjczyków.
      FReud był pierwszym dzieckiem trzeciej żony swego ojca. Oprócz niego w domu
      wychoiwywało się siedmioro braci i sióstr. Kiedy Freud się urodził, ojciec miał
      40 lat, jego żona 20. Była młodsza o parę lat od Emanuela, najstarszego syna z
      pierwszego małżeństwa Jakuba Freuda. Syn Emanuela, Jan, miał rok, kiedy
      narodził się Sigmund.
      Sigmund i Jan byli równocześnie nierozdzielnymi towarzyszami, jak i częstymi
      przeciwnikami. Ta pierwsza przyjaźń Freuda była podłożem dla dalszych jego
      związków. Zawsze poszukiwał, często w tej samej osobie, bardzo bliskiego
      przyjaciela i zażartego wroga, oczywiście nie w tym samym czasie.
      Do drugiego roku życia wychowywany był przez katolicką niańkę. Freudowi udało
      się ją pokochać, mimo jej, jak utrzymywał później, surowości i szorstkości.
      Mówiła mu ona często o Bogu i piekle, zabierała ze sobą do kościoła. W pewnym
      momencie nianię odprawiono za kradzież rzeczy należących do Zygmunta Freuda. W
      tym czasie narodziła się siostra Freuda - Anna. Zagroziła ona wyłącznej pozycji
      Freuda jako "niekwestionowanego faworyta matki". Ale nie była pierwsza,
      wcześniej był brat Juliusz, zmarły w wieku 17 miesięcy. Rezultatem zazdrości o
      matkę było nieustanne poczucie winy.
      Osoby zajmujące się życiem Freuda twierdzą, że jego idee miały spore źródło w
      wydarzeniach z jego dzieciństwa i nietypowym składzie rodziny.

      Również jego pogląd na religię miał swoje nieuświadamiane przyczyny. Edwin
      Wallace wyróżnił takie czynniki postawy Freuda wobec religii:
      - niezadowolenie z posiadania zabobonnego, spekulatywnego i skłonnego do
      mistycyzmu charakteru
      - ambiwalentny stosunek do tradycji żydowskiej
      - konflikt z ojcem
      - kontakt z przejawami neurotycznej pobożności u pacjentów
      - rozczarowania, jakie mu przyniósł kontakt z katolicką nianią
      - ambiwalentne uczucia wobec wspomnianego wcześniej młodszego brata Juliusza,
      który zmarł gdy Freud miał prawie 2 lata
      - niechęć wobec zależności i bierności
      - uważanie psychoanalizy za rodzaj światopoglądu
      Paul Vitz dodał jeszcze takie czynnki:
      - odrzucenie ojca, co mogło wpłynąć na podkreslanie kompleksu Edypa, ataki na
      tradycję judaistyczną i osobista niewiara w Boga
      - dziecięca trauma "opuszczenia" przez nianię, która dla Freuda była prawie
      drugą matką. Wg Vitza, odpowiedzialna ona była za powstanie u
      Freuda "religijnej nerwicy", której się wreszcie przeciwstawił, uznając religię
      za iluzję.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka