anuszka_ha3.agh.edu.pl
14.11.14, 08:43
tygodnik.onet.pl/wiara/s-barbara-chyrowicz-samobojstwo-i-wiara-w-niesmiertelnosc/d3tzg
Siostra Chyrowicz jest reklamowana w środowiskach "Kościoła otwartego" jako prawdziwa intelektualistka, która potrafi naprawdę sensownie argumentować.
Byłam ciekawa, jakie są jej argumenty przeciwko eutanazji. I rozczarowałam się.
Wychodzi na to, że argumentem jest: Człowiek zobowiązany jest pod koniec życia doświadczyć bezradności i cierpienia, bo jeśli tego nie zrobi, to nie doceni, że Pan Bóg jest o tyyyyle wszechmocniejszy od człowieka. Zupełnie to do mnie nie przemawia.
To jest odmiana problemu, o którym pisałam w innym wątku - o unikaniu konsekwencji. Tutaj etyczka sugeruje, że unikanie negatywnych konsekwencji choroby przed śmiercią jest moralnie złe. Ale jak tak, to równie dobrze powinna zabraniać używania środków przeciwbólowych u tych umierających. Albo w ogóle w jakichkolwiek chorobach - żeby człowiek sobie nie myślał, że jest wszechmocny przed Bogiem i że może sobie ot tak odsuwać cierpienie i ot tak panować nad swoim losem. Do tego to się sprowadza.
Jak się tak zastanowić, to taka asceza byłaby już bardziej zrozumiała jako zalecana dla ludzi młodych i zasadniczo zdrowych. Ale nakazywać ascezę ludziom, którzy i tak wiedzą, że zaraz umrą?
Przy czym ja to mówię pomimo ogólnego "wewnętrznego fuj" dotyczącego zadawania śmierci. Bo generalnie mój instynkt samozachowawczy i wyobraźnia produkują we mnie emocje przeciwne odbieraniu komukolwiek życia. Ale pomimo to mój rozum akceptuje, że ludzie mogą już nie mieć tego instynktu samozachowawczego, gdy widzą, że tak czy tak wkrótce umrą, a jedynie w mniejszych lub większych cierpieniach. Natomiast to co pisze siostra profesor, to jest jakieś naciągane racjonalizowanie tego emocjonalnego "fuj". Ja przynajmniej potrafię rozdzielić, co mówią mi emocje, a co racjonalność. Nie dorabiam idei do emocji.