mary_ann
06.03.15, 23:55
Wreszcie ktoś to mądrze skrytykował.
Mnie już ręce opadają, bo system naprawdę przyjął się chyba wszędzie w wygląda na to, że nikt nie ma ochoty z nim walczyć. Dla nauczycieli wygodny, bo taki wymierny, a przy okazji obdarzony potencjałem dyscyplinującym (raczej na krótką metę, ale co to kogo...).
W gimnazjum mojej córki są nawet punkty za kg makulatury, zużytych baterii i liczbę zebranych plastikowych nakrętek. System faworyzuje zatem duże rodziny z samochodami i niepracującymi, muskularnymi ojcami (ew. krzepkimi dziadkami). Dzieci się uczą, owszem - tu jest Polska, kraj "Misia".
Wyjątkowo celne moim zdaniem fragmenty:
System punktowy jest czasochłonny i pracochłonny. Jeżeli ma być konsekwentnie stosowany, wymaga nieustannego odnotowywania zachowań pozytywnych/ /negatywnych, punktowania ich, zliczania i przekazywania do osób odpowiedzialnych. A że dzieci nie przestają „się zachowywać” – w praktyce nie może być stosowany konsekwentnie. Brak konsekwencji czyni go niesprawiedliwym, a w efekcie przeciwskutecznym i gorszącym dla dzieci.
Punktowanie uruchamia proces „wymieniania” zamiast „poprawiania zachowań”; punkty utracone przez złe zachowanie nadrabia się nie poprzez poprawę tego zachowania, lecz przez inne zachowanie, punktowane dodatnio. To szaleństwo: zamiast wychowywać, uczymy ordynarnego cwaniactwa.
System punktowy sprowadza do jednej skali szereg niewspółmiernych zachowań, umiejętności i postaw. Ta niewspółmierność nieustannie generuje wątpliwości typu: czy pomoc koleżeńska jest warta tyle, że znosi ją dwukrotne spóźnienie (bo punkty się wyzerują), albo dlaczego jednokrotne reprezentowanie szkoły ma być więcej warte niż codzienna punktualność? Przykłady można mnożyć.
www.tygodnikpowszechny.pl/ratunku-punkty-atakuja-26825