mary_ann
16.09.15, 19:25
Chciałabym w jakiś sposób dokumentować istnienie osób, którzy w moim subiektywnym odczuciu podtrzymują ten świat w trwaniu.
Zatem pan Roman Biadała, opisany niedawno w reportażu „Polityki”.
Pan Roman w wolnym czasie zbudował syntezator mowy, pozwalający osobom sparaliżowanym na kontakt ze światem. Analizował różne potrzeby i ograniczenia pacjentów - w efekcie udało mu się stworzyć urządzenie, którym można sterować nie tylko za pomocą szczątkowego zachowanego ruchu – np. uniesienia kącika ust – ale nawet emocji.
Oczywiście takie urządzenia na świecie istnieją i nie na zdolnościach konstrukcyjnych polega fenomen pana Romana.
System Sensor, czyli pudełeczko wielkości mydelniczki, dla setek sparaliżowanych w całej Polsce jest bezcenny. Ile kosztuje? W zależności od rodzaju – kilkaset złotych. Tyle kosztują Romana elementy do budowy egzemplarza i robocizna. Trochę zarobił, ale większość pieniędzy oddał urzędom patentowym i zapłacił za certyfikaty. – Dla mnie to hobby, nie zarobek. Zarabiam w pracy, czyli konstruując układy elektroniczne i kręcąc materiały do kablówki.
Choć Roman nie musiałby pracować. Kiedy udoskonalił swój system, odezwały się do niego duże koncerny. Proponowały spore kwoty za to, żeby sprzedał im pomysł na system. Same chciały produkować podobny sprzęt i sprzedawać na szeroką skalę. – Ucieszyłem się bardzo, bo przecież dla tych wszystkich chorych ludzi to zrobiłem. Ale potem się okazało, że koncerny chcą sprzedawać to za 10, nawet 20 tys. zł. Którego chorego na to stać? A jak nawet zacznie zbierać, to z pomocą rodziny uzbiera za pół roku, za rok, za dwa? Dla chorej osoby taki czas to wyrok. To śmierć. I nie tyle śmierć fizyczna, bo on sobie będzie leżał nieruchomo, ale psychiczna. To ja wolę sam im to budować wieczorami, żeby jeszcze coś z tego życia mieli – mówi Roman.
Choć Roman nie musiałby pracować. Kiedy udoskonalił swój system, odezwały się do niego duże koncerny. Proponowały spore kwoty za to, żeby sprzedał im pomysł na system. Same chciały produkować podobny sprzęt i sprzedawać na szeroką skalę. – Ucieszyłem się bardzo, bo przecież dla tych wszystkich chorych ludzi to zrobiłem. Ale potem się okazało, że koncerny chcą sprzedawać to za 10, nawet 20 tys. zł. Którego chorego na to stać? A jak nawet zacznie zbierać, to z pomocą rodziny uzbiera za pół roku, za rok, za dwa? Dla chorej osoby taki czas to wyrok. To śmierć. I nie tyle śmierć fizyczna, bo on sobie będzie leżał nieruchomo, ale psychiczna. To ja wolę sam im to budować wieczorami, żeby jeszcze coś z tego życia mieli – mówi Roman.
www.polityka.pl/flexi/article/3026,1632014.html
(nie wiem, czy link zadziała bez prenumeraty)
Mam przeogromną nadzieję, że ta historią naprawdę tak wygląda i tacy ludzie istnieją.