maryna04
24.07.07, 04:19
Wrocilam z wyjazdu szlakiem bluszczowych uczelni. Kolega wnuka wycofal
sie i nie po raz pierwszy pojechalismy sami we dwojke. Jestem dumna z wnuka
i siebie, ze dla niego nie jest to katorga taki zestaw. W tym roku olaf
przejal juz calkowicie pilotowanie zarowno na szosie jak i na nogach. Mamie
powiedzial: swietnie bylo. Czy spotkala was taka przyjemnosc?
W dwoch zdaniach powiem o systemie studiow wyzszych w USA. Wiec najpierw jest
4-letnie undergraduation, mozna studiowac juz sprecyzowany kierunek, a bardzo
czesto studiuje sie tzw. liberal arts, zreszta zawsze skladajac podanie na
uniwersytet bardzo ogolnie precyzuje sie swoj glowny kierunek. Przedmioty
wybiera sie z ogromnej palety tych jakie chcesz i w pierwszych latach poza
zalozmy obowiazkowym j. angielskim mozesz wybierac co chcesz. Na wiekszosci
prywatnych uczelni wiekszosc zajec odbywa sie systemem klasowym, czyli
seminaryjnym. W klasie jest do 20 studentow i nauka, pisanie prac
przygotowywanie sie do tematu trwa z dnia na dzien, a nie na koniec semestru
egzamin - po wysluchaniu lub niewysluchaniu wykladow. Wyklady takie jak w
Polsce nie sa czesto stosowane, wystarczy powiedziec, ze na Harvardzie,
gdzie studiuje powyzej 20tys. studentow sa jedynie trzy aule przystosowane do
duzych wykladow.
Wszystkie te uczelnie to mniej lub bardziej zwarty kompleks tzw. campus.
Mieszkanie na campusie dla rozpoczynajacych studia jest prawie zawsze
obowiazkowe. Mieszaja sie akademiki z budynkami szkolnymi i
administracyjnymi. Na Harvardzie rektor uczelni ma swoje biura pod pokojami
studentow z pierwszego roku. Tereny zielone, trawniki, stare drzewa, sciezki.
Campusy sa otwarte, mozna z dzieckiem tez tam przyjsc, pospacerowac pograc w
pilke. Natomiast bluszczu ani na lekarstwo. Znalezlismy jakis krzaczek, ale
to byl wielce trujacy poison ivy, ktorego dotkniecie powoduje trwajace
tygodniami bable, a czasem nawet wstrzas alergiczny. Przypuszczalnie bluszcz
wycieto, zeby budynki nie niszczaly. Znam budynki otoczone "winem" jedynie
na Columbus University w NY.
Po czterech latach nauki uzyskuje sie tytul Bachelor Degree i mozna isc na
studia magisterskie, lub do pracy. Bardzo wielu Amerykanow poprzestaje na
tych 4-letnich studiach i idzie do pracy, niekiedy po roku, dwoch, trzech
lub pozniej ida na dalsze studia. W dowolnym, czesto innym niz poprzednio
kierunku, lub takim samym. Sa to studia tzw. magisterskie. Osobiscie znam
dziewczyne, ktora B.D. miala z j. angielskiego, a potem poszla na medycyne A
na prawo to juz idzie sie ze wszystkiego, oczywiscie na te studia z wyzszego
poziomu czesto trzeba zdac wielce trudny specjalistyczny test, zeby sie
dostac. Medycyna potem trwa 4 lata, a prawo3 lata. Inne studia magisterskie
2-3 lat.
Srednio na wszystkich tych renomowanych uczelniach przypada jeden pracownik
dydaktyczny na 7-9 studentow.
Wiec na pierwszy ogien po straszliwych trafikach ( znaczy sie korkach) poszlo
Yale, 80 mil od NY w stanie Ct. Znajduje sie ono w miescie New Heaven
jakies 80tys. mieszkancow, kiedys miasto przemyslowe, teraz nieco podupadle -
uniwersytet podobno wielce zwiazany z miastem. 80% studentow cos robi na
rzecz miasta. Dzielnica uniwersytecka wielce szacowna, kamienne
budowle "gotyckie", biuro przyjec z kolei miesci sie w 18-towiecznym
budyneczku - dworeczku z pelargoniami i innymi prostymi kwiatkami. Po prostu
chalupka, a nie biuro przyjec. Takie kontrasty sa w Ameryce wszedzie.
Zalozony w 1701 roku przez brytyjskiego czlonka Stowarzyszenia Handlowego,( a
dokladnie kolonialnego), wlasnie o takim nazwisku. Obecnier studiuje ok. 12.
tys studentow. Niestety studiowal tu tez Bush, i stety pani Clinton. Ale te
studia Busha polozyly cien na opinii mojego wnuka. On juz wie, ze studiuja
tam glownie dzieci alumnow, ktorzy sa donatorami (mam nadzieje, ze
zrozumieliscie to zdanie). Na pewno jest to jakas prawda. Mnie zas dziwi
dodatkowo skad sie taki Bush tam ulagl, toz to byla (a moze jest dalej?)
kuznia najwiekszych liberalow w rodzaju Chomskiego. Oprawadzala nas
dziewczynka, tak wygadana, tak bystra, a zarazem tak zwyczajna, ze od razu
Olafek zrozumial, ze nie studiuja tam jakies herosy. Powiedziala, ze studiuje
muzyke i muzykologie, ale jeszcze nie wie dokladnie jakie ma plany na zycie.
Nastepnie pojechalismy do Providence - stolica najmniejszego stanu Ameryki
Rhode Island, gdzie znajduje sie tez slynny bluszczowy uniwesytet brown
University. Providence - kilkusetysieczne miasto spodobaloby sie najbardziej
grymasnym europejczykom. Europejskie, z jednej strony nowoczesne, a na
wzgorzach stare dzielnice, takie "przedwojenne", wsrod drzew, spokojne
uliczki, sliczne domy i budynki. Miasto lezy nad zatoka oceaniczna. Wogole
na niektore ulice to musialam wlaczac bieg na "pod duza gore". Uroda
Providence jest znana w calej Ameryce. Campus Uniwersytetu Brown lezy
oczywiscie w tej czesci "gorskiej" i jest stary i zadbany. Trawniki
sliczne, nie tak jak w Yale na skraju wydeptane. Uniwersytet powstal w roku
w 1764 r. jako przeciwwaga baptystow wobec kongrecjonalistow, episkopalistow
z Yale i Harvard. Nazwisko oczywiscie od donatora, ale co on zacz juz
zapomnialam. Do oprowadzania bylo trzech studentow, Olaf wybral chlopaka,
ktory studiuje geologie, ale tez bardzo udziela sie w gazecie. Zaprowadzono
nas do pokoi akademickich - dla studentow pierwszego roku. 200-letnie
budynki, pokoje duze -dwusobowe, ale wspolna na trzy pokoje lazienka. Na
pytanie o finasowanie stypendiami student z duma powiedzial, ze na tej
uczelni nie ma stypendiow sportowych, rowniez z duma podkreslil, ze nie ma tu
prawa ani biznesu z administracja.
Studentow troche mniej niz w Yale.
No to na razie przerywam, mam nadzieje, ze jutro wieczorkiem bede mogla
kontynuowac.