Gość: Oberon
IP: 195.92.39.*
18.08.03, 10:21
Był sobie mężczyzna i miał żonę. Mężczyzna ten był zdrowy jak rydz, aż do
dnia kiedy przypałętała się do niego ni z tego ni z owego choroba grzybicza.
Grzyb ten rozkładał tkanki. Momentalnie. Pojawił się w nosie, a już po
godzinach był w oczach, rozkładał żuchwę. Jedynym sposobem żeby uratować mu
życie był usnunięcie oczu, nosa, podniebienia górnego. Lekarze zrobili to.
Zamiast twarzy mężczyzna miał jedną wielką dziurę. Wyglądało to gorzej niż
strasznie. Jednak żona była przy nim i jest nadal mimo, że ma męża bez
twarzy. Czy w wielu ludziach drzemie taka miłość? W dobie kiedy kobiety
odchodzą kiedy mąż straci pracę, a mężczyźni odchodzą, bo coś tam, nawet
niewiadomo co?