Gość: MARIA BOHDAŃSKA
IP: 217.245.70.*
26.10.03, 13:14
Wbiegał po schodach szybko, po parę stopni. Oszczędnym, wymierzonym
ruchem zdejmował kurtkę, obciągał ją równo na wieszaku, kłaniał się od progu
zebranym. Przychodził trochę zziajany, w ostatnich minutach przed umówioną
godziną, ale nie spóźniał się nigdy. Nigdy też nie opuszczał naszych spotkań,
chociaż pracy miał dużo, bo zaczął wówczas - w roku 1948 - studiować na dwóch
wydziałach równocześnie. Poza tym dwa razy na tydzień trening koszykówki,
pomoc w domu - i życie akademickie, inne niż teraz, chyba trudniejsze.
Nie było w nim młodzieńczej dezynwoltury, lekkiego traktowania
czegokolwiek. Wyraźnie szedł ku czemuś. Spokojnie spieszył się. Nie chciał
tracić ani jednej chwili, przeoczyć żadnej możliwości. Był w tym inny od nas,
w większości starszych od niego. Nam wojna mniej lub więcej "skróciła
młodość" i mimo żywego w nas poczucia odpowiedzialności za życie, za jego
autentyzm, rozumiany zresztą nie całkiem jednolicie, stworzyła w nas front
dla egzystencjalistycznej "zarazy" z dystansem patrzącej na bieg toczącej się
rzeczywistości. Z tym nie trzeba było się spieszyć. My mieliśmy czas.
Jurek inaczej: był wyczynowcem, miał wymierzony każdy krok i ruch,
każdą jednostkę czasu. Był w nim niemal lęk, by nie stracić żadnej minuty, by
nie uronić żadnego ze słów, które były ważne, a które czasem padały między
nami, przygodnie spotkanymi i tak bardzo różnymi ludźmi.
Nie niecierpliwił się słuchając rozmów "od rzeczy" - prywatnych i
nadprogramowych. Czasem brał w nich udział, żartował. Przede wszystkim jednak
było w nim skwapliwe czekanie, gdy tak siedział prosto, rosły i muskularny, z
rozłożonym na kolanach zeszycikiem. Notował w nim trudne i budzące
wątpliwości "problemy" całego tygodnia i te, które nasuwały mu się w czasie
naszych rozmów. Był w pogotowiu.
Takim go pamiętam.
*****
Wówczas, gdy przystał do nas, w centrum jego uwagi stały przede
wszystkim zagadnienia etyczne. Z tych czasów zanotowałam jego wypowiedź z
datą 28 kwietnia 1949 roku. Dotyczy organizacji czasu i pracy:
"1. Konieczność planowania i umiejętność wykorzystania i podziału czasu, by
wystarczyło go na wszystko.
2. Praca nad sobą daje radość. Nie jest sztuką dla sztuki, lecz zbliża nas do
Boga.
3. Wykształcony charakter ma być poprawnym rozkazodawcą w życiu człowieka.
Plan działania: poznanie samego siebie; codzienna kontrola własnej
działalności, jej analiza i planowanie. Zmusza to do oceny działania i ma
wpływ na dalsze postępowanie. Trzeba mieć system kontroli. Stosować nie tylko
kontrolę subiektywną, lecz i obiektywną; do tej ostatniej potrzebny jest
zegarek, ołówek, kartka papieru - konieczność zapisania wyników: sprawdzenia,
czy wykorzystujemy czas; czy wykorzystujemy czas właściwie; ustalić trzeba
czas kontroli, jej sposób i zasięg. Czas stracony, bo ten, który nie zbliża
mnie do wyznaczonego bliższego i dalszego celu. Winno mi wystarczyć czasu na:
studia, zainteresowania osobiste, sport, zajęcia domowe, zajęcia nie
przewidziane. Szczególnie ważną rzeczą jest umiejętność obcowania z ludźmi.
Pomocą w pracy jest zapisywanie pewnych problemów, celem ich przemyślenia lub
wspólnego omówienia".
W zasadzie myśl Jurka trafiła w nas na podatny grunt Była w nas
gotowość i pragnienie sensownego, rzetelnie wykonywanego obowiązku. Różnicę
zdań wywołały konkretne projekty Jurka. Utkwiła mi w pamięci propozycja
samokontroli, polegająca na notowaniu sobie każdego dnia ilości osiągnięć
i "niedoborów". Notowaniu na przykład krzyżykami - plusami i minusami.
W naszej paroosobowej gromadce zerwała się zawierucha protestów. Tylko
ci, co brali w tej dyskusji udział potrafią odtworzyć, czym była dla nas
propozycja Jurka. My chcieliśmy iść "spontanicznie". On szedł twardo mierząc
kroki; chciał mieć "empiryczną" pewność zbliżania się do Celu. Różnica między
nami polegała chyba i na tym, że większość z nas była humanistami, gdy Jurek
był studentem Politechniki i równocześnie Wyższej Szkoły Wychowania
Fizycznego.
Zakrzyczeliśmy go, uważając, że proponowane przez niego sposoby są
mechanistyczne i upraszczające sprawę bardzo skomplikowaną.
Wysłuchał wszystkiego spokojnie. Nie unosił się nigdy, ani nawet nie
zapalał. Do naszych kontrargumentów podszedł poważnie i z najlepszą wolą ich
rozumienia, później jednak do tych szczegółowych spraw w naszym gronie nie
wracał. Pewnie doszedł do wniosku, że nie nawróci nas na swoją "wiarę", a
przecież, jak dowiedzieliśmy się niedawno - nie skapitulował. I jego też nie
przekonały nasze dowodzenia, wobec czego w dalszym ciągu, przez długie
jeszcze lata, stosował swój system kontroli samego siebie.
*****
Czas był w sposobie przeżywania przez Jurka życia problemem "nr 1":
żeby się nie rozłaził, żeby wypełnić go treścią najbardziej zbliżającą
do "wyznaczonego bliższego i dalszego celu".
Rzecz nie była łatwa: Zrealizować wszystkie zadania. Zrealizować je z
całą starannością...
Pamiętam, jak chyba w 1967 roku u Zbyszków T. postawił zebranym
pytanie: Jak to zrobić? Jak dajecie sobie z tym radę? Czy potraficie wykonać
wszystko, co należy do waszych obowiązków? Czuło się, że problem jest w jego
życiu palący: tyle chciał zrobić, tyle miał planów.
Gdy ostatecznie - po wspólnie dokonanym przez nas rachunku sumienia -
padła umotywowana społecznymi warunkami odpowiedź: musimy się pogodzić, że
nie wszystko zrobione będzie z najwyższą starannością, Jurek był niemal
załamany.
Z perspektywy lat widzę, że i nam - i z pewnością wszystkim, którzy
się z nim zetknęli - dał w tym względzie dużo. Tak jakoś było, że musieliśmy
do jego postulatów "równać krok". To on rzucał drobne, pozornie nic nie
znaczące, a przecież istotne uwagi. Niedawno na przykład jedna z naszych
koleżanek przypomniała, jak kiedyś narzekając w jego obecności na krakowskie
tramwaje usłyszała: masz rację, ale w czasie gdy czekasz na tramwaj, możesz o
czymś pomyśleć ...
*****
W dyskusji nawiązującej do tego, co Jurek mówił o zajęciach
nieprzewidzianych, zaproszony przez nas ks. J. P. zaakcentował, że ustalony
plan nie może być ostatecznie napięty, że trzeba umieć go uelastycznić i w
tym celu zostawiać sobie trochę luzu na niespodziewane a ważne sprawy.
Nie jest wykluczone, że właśnie tej uwadze zawdzięcza Jurek uniknięcie
niebezpieczeństwa fetyszyzacji czasu i popadnięcia w rygoryzm, który
współżycie ludzi czyni nieznośnym.
Drugi człowiek, to osobny rozdział w życiu Jurka. To sprawy rosnące w
swej wadze: "Jeśli pozwolił nam Bóg pełnić wobec innych dobre uczynki, ważną
jest rzeczą pamiętać, że każdy człowiek spotkany jest w czymś lepszy od nas.
A dalej: trzeba zdawać sobie sprawę, że każdemu możemy coś dać, nawet jeżeli
ten ktoś tego nie oczekuje, i nie doceni tego. Dać możemy przede wszystkim
modlitwę - to jest to bardzo szerokie wyjście ku drugiemu człowiekowi". Tak
to widział Jurek w roku 1949.
Potem postawił wobec siebie wymaganie, by w bezpośrednich kontaktach z
drugim cłowiekiem nie skąpić mu i czasu. Zobaczył jego sprawę w nowej
proporcji i w takiej perspektywie, że pozwoliło mu to, wręcz zobowiązywało,
przeskoczyć własną naturę, własny "ulubiony" styl życia. To była epoka w
życiu Jurka.
*****
Pośród nas - indywidualistów, może trochę oryginałów, Jurek nie
wyróżniał się specjalnie, nie narzucał swoich poglądów i nie o wykłócał się o
nie, ale był, był kimś, na kogo można było liczyć. Jego wiara i wierność
miały coś z dziecięcego oddania. Dawał temu wyraz w swoich wypowiedziach, a
także w praktykach życia religijnego, a przecież byli między nami i tacy, dla
których wierność Bogu, jako zasada życia była nie bardzo zrozumiała i raczej
problematyczna.
W latach studiów i potem długo jeszcze, zanim nie zastąpil