krajarrek
23.11.03, 22:33
Mój przypadek jest taki. Kilkanaście lat temu przestałem jeść mięso. Na
początku było to dość ortodoksyjne - nie zjadłem nawet sałatki, która na
talerzu dotykała kotleta. W małżeństwie było łatwiej, bo razem z żoną nie
jedliśmy mięsa, dopiero z czasem, po kilku latach zaczęliśmy jesć ryby. Potem
przyszły dzieci i zaczęliśmy się mocno zastanawiać. Nie tyle nad kwestią
tego, czy będziemy dawać dziecku mięso ale raczej przypadki, jak kiedyś w
przyszłości dziecko będzie u dziadków, a ci będą mu podsuwać szyneczkę... Bez
sensu jest pewnego rodzaju roizdwojenie, jakie wówczas przeżywa dziecko.
Marta urodziła się w 1998. Ciąża była absolutnia wegetariańska (albo raczej:
bezmięsna), wychowywanie dziecka także. Żadnych potrawek z mięsem, dwa lata
karmienia piersią w tym pół roku wyłącznie. Dzisiaj Marta jest okazem
zdrowia, właściwie pierwsze zaziębienia pojawiły się, gdy miała 4 lata i
zaczęła chodzić do przedszkola. Dziś mięsa nie je, i jest to jej świadomy
wybór (ma pięć lat) - bo jej szkoda zwierzątek. W Macdonaldzie są świństwa
itp., Marta nie tknie nawet takich rzeczy jak coca-cola, hamburgery... W
sumie bardzo dobrze i zdrowo się odrzywia.
Natomiast my sami zaczęliśmy trochę jeść mięso (dla mnie po ponad 10 laty).
Powodem były nasze częste wyjazdy. Już miałem dość po raz n-ty tłumaczyć
dlaczego nie jem mięsa i dlaczego 30 obiadów ma być "normalnych" a dwa inne.
Tak zaczęliśmy jeść mięso. W zasadzie robimy to tylko "na wyjazdach" i jak
jesteśmy u kogoś. W domu nadal nie mamy mięsa itp.
W tym czasie urodziła nam się druga córka (obecnie 2,5 roku). Już nie jest
przez nas tak ściśle wychowywana (to zawsze tak jest przy drugim dziecku),
więcej może, my tak nie pilnujemy. I nie ma takichg rzeczy, których by nie
lubiła. Jak rodzice jedzą coś z ketchupem, to ona też. Zje wszystko.
To co chcę przez to powiedzieć, to jak wielki wpływ na wychowanie dziecka ma
ZACHOWANIE i POSTĘPOWANIE rodziców, a nie ich GADANIE. Bo my Marty w ogóle
nie indoktrynujemy, choć rodzice i inni nas o to mogą posądzać. Ona sama nie
tknie szyneczki czy parówki. Czasem w przedszkolu zje kotleta, bo jest
dzickiem i nie zastanawia się zbytnio nad tym co je. Ale gdyby jej ktoś
powiedział, że włąśnie zjadła - dajmy na to - pierś kurczaka - pewnie by
wypluła.
Ja osobiście jestem dziś dość zadowolony. Bez ortodoksji, ale mięsa w sumie
nie jemy. Tylko "na wyjezdzie", ale wtedy - nie ukrywam - często ze smakiem
(niektóre rzeczy, bo sporo potraw po tylu latach jest po prostu niesmacznych).
Nikt się niczemu nie dziwi a my możemy poświęcić czas i energię na sprawy
wazPan Bóg ważniejsze niż to, co wrzycamy do brzucha. Wszak człowiek nie jest
tylko jamochłonem, co to w 90 procentach jest złożony z otworu gębowego...
Pozdrawiam wszystkich rastafariańskich wegetarian oraz członków - o ile to
jeszcze istnieje - Toruńskiego Stowarzyszenia Wegetariańśkiego.
Gobbo