Dziewczyny, natchnieta wątkiem butów i totalnie rozczulona rozwieszonymi gaciami gdzieś tam w stolicy chciałabym zadać Wam pytanie dotyczące samozwańczych ogródków pod blokiem...
Z góry uprzedzam, że nie lubię kwitnących kwiatów a już bezmyślne połączenia doprowadzają mnie do szału... i tu mam pecha bo mieszkam w bloku gdzie średnia mieszkańców to 30 do 100 z czego większość Pań uwielbia zagarniać przestrzeń i wsadzać różne ciekawe (zazwyczaj usychające w dość szybkim czasie) koszmarki... i żeby było weselej upomina mnie, że jestem młoda więc powinnam im pomóc albo przynajmniej się dołożyć...
Jednej z sąsiadek na zaczepkę odpowiedziałam, że mojej mamie nie udało się nakłonić mnie do zabawy w glebie przez trzydzieści kilka lat, więc nie sądzę aby jej się udało - jednak dzisiaj znowu mnie zagadnęła o zbliżającej wiośnie a przecież my mieszkamy na parterze więc ogórdek jest pod naszym oknem. Odparowałam że rzadko wyglądam przez te okna...
I co mam z nimi zrobić aby się ode mnie odczepiły. Mam swoj ogródek z drugiej strony gdzie nie mam ani pół posadzonego kwiatka (jakieś samosiejki zapewne od sąsiadek

czasem się trafią... Najchętniej poszłabym do spółdzielni aby zakazać im tworzenia tych beznadziejnych sadzawek (wylęgowisko komarów) z paprotkami i zdechniętymi papirusami...