roody102
06.08.03, 13:54
To jest taki tekst, ktory powstal po czwartkowej burzy nad Warszawa. Ot, taka moja
impresja. Napisalem to w piatek.
Zaczęło się na Mokotowie. Było po 14, gdy między biurowcami zauważyłem ciemnie
chmury. Przyspieszylem kroku. Na przystanku wsiadłem w rozklekotaną 17-tkę. Jak na
warszawski tramwaj, to panowała tam dziwnie, ba, wręcz niepokojąco miła atmosfera.
Ludzie ustępowali sobie miejsc a siadający im dziękowali, na twarzach było dziwnie dużo
uśmiechów. Ktoś nie miał drobnych, żeby kupić bilet - jakaś pani rozmieniła mu na dwie
piątki, ale motorniczy nadal nie miał wydać. Rozmieniłem mu jedną na drobne, kupił,
podziękował, uśmiechnął się. Zrobić coś wspólnymi siłami, w Warszawie? Z uśmiechem?
Byłem mile zaskoczony.
Pierwsze krople spadły nagle. Ludzie nerwowo zaczęli zamykać okna. Dzień wcześniej
widziałem w kinie "Ciśnienie" - film o załodze uwięzionej w łodzi podwodnej.
"Przygotować się do zanurzenia", pomyślałem i w tej samej chwili na zewnątrz zrobiło się
ciemno. Pierwsze uderzenie wiatru z deszczem szarpnęło tramwajem. Na przystanku
okazało się, że zaciął się przedni właz, przepraszam, drzwi. Ale chętnych do wysiadania na
deszcz i tak nie było. Skręciliśmy w Aleję Niepodległości, minęliśmy Pole Mokotowskie.
Teraz 17-tka naprawdę ze wszystkich stron była otoczona wodą. Przy Nowowiejskiej
otworzyły się drzwi, ale nikt nie wysiadł. I wtedy mostek zameldował: "Zalane
przetwornice - nie pojedziemy". Ludzie przekazali sobie szybko złą wiadomość, ale
chętnych do wysiadania nie przybyło. A więc miałem rację - byliśmy jak uwięziona w
łodzi załoga. Wyjąłem telefon, żeby zadzwonić do szefowej, że chyba się spóźnię. Brak
zasięgu. "Nie mamy łączności", pomyślałem, śmiejąc się do siebie z całego tego
skojarzenia. Jakaś pani kazała mi wyłączyć komórkę, gdy gdzieś niedaleko uderzył piorun.
I tak chwilowo była bezużyteczna. Ktoś krzyczał na motorniczego. "Zaczyna się" -
uwięzieni w małej przestrzeni zaczynamy wariować, robi się duszno, zaczyna brakować
powietrza.
Pierwsi desperaci wmawiali sobie, że deszcz już przechodzi i wybiegali z tramwaju. W
końcu i ja się zdecydowałem. Biegłem w stronę Centralnego. Od daszku, do bramy, od
bramy do wiaty. Biegłem a w dole migały mi spodnie w kamuflaż, taki trochę podobny
do tego, jaki mają Polacy w Iraku. A przecież rano wyjechał ich kolejny oddział. Gdzieś
blisko znów uderzył piorun. Bardzo blisko i bardzo głośno, aż skoczyłem pod ścianę. Nade
mną wisiała warszawska, źółto-czerwona flaga, pozlepiana wodą. "No tak, przecież jutro
rocznica", pomyślałem. I wtedy właśnie powstał w mojej głowie ten ciąg skojarzeń, który
musiałem dziś spisać, odtworzyć. Moje spodnie, nasi żołnierze, burza, rocznica
Powstania... Wszystko to razem złączyło się w jakąś nieokreśloną całość. Kolejne uderzenie
pioruna zabrzmiało dla mnie nieomal jak bombardowanie. Skojarzenia z łodzią
podwodną i wojną przestały mnie bawić, zaczęly raczej przerażać.
Szedłem Jerozolimiskimi w stronę Wisły. Zastanawiałem się jaka pogoda była 1.08.1944.
Potem przypomniałem sobie, że w jakiś wspomnieniach czytałem, że było gorąco a pod
wieczór była burza. 63 dni Powstania to dopiero była "burza" nad miastem. Minąłem
tablicę pamiątkową ze znakiem Polski Walczącej. Znów pomyślałem o Warszawie sprzed
59 lat. Wyobraziłem sobie to, co też pamiętałem ze wspomnień - miasto pełne młodych
ludzi spieszących do ustalonych punktów zbornych, niosących broń. Warszawiaków
bijących im brawo z okien. A między nimi niemieckie patrole... Przez chwilę naprawdę
byłem w tamtej Warszawie. A potem kolor moich spodni znów przypomniał mi o
Polakach w Iraku, o tym że tam wprawdzie nie pada teraz żaden deszcz, ale za to młodzi
ludzie z bronią też chodzą po ulicach. Przedziwny był ten kołowrót skojarzeń w mojej
głowie.
Dotarłem w końcu do pracy, całkiem przemoczony. Pokazałem się tylko na chwilę i
postanowiłem jechać do domu, przebrać się i wysuszyć. Na dworze już nie padało, nawet
niebo było widać miejscami. Zrobiło się chłodno. Wsiadałem w autobus i pojechałem
Traktem Królewskim w stronę Placu Zamkowego i dalej na Żoliborz.
W 175 jakieś młode dziewczyny pytały po angielsku o drogę. Starszy pan tłumaczył im
gdzie będą musiały wysiąść a potem pokazywał im co mijamy - Uniwestytet, ASP, Grób
Nieznanego Żołnierza, Pałac Namiestnikowski, pomnik Mickiewicza. Dziewczyny się
rozglądały, śmiały się do siebie. On chyba nie znał słowa po angielsku, a one po polsku,
ale to im nie przeszkadzało. Wysiadły pod Świętą Anną. Pomachali przez szybę. Patrzyłem
na tego człowieka, uśmiechającego się do siebie. Koło pomnika Powstania trwały już
przygotowania do Apelu Poległych. Zastanawiałem się, czy ten człowiek przede mną
pamięta tamte wydarzenia? Cieszyło mnie to, że po burzy w autobusie znów widziałem
życzliwych i radosnych ludzi.
Przesiadłem się na Gdańskim. Burzowe chmury się rozmyły a w mieście w końcu dało się
oddychać. Ulewa przyniosła ulgę po ostatnich upałach. Wysiadłem na Wilsoniaku.
Przypomniało mi się, że ta "Burza" sprzed 59 lat zaczęła się niedaleko, na Suizna.
Postanowiłem, że w piątek tam pójdę po pracy... Uwierzą Państwo? Kiedy to piszę, jest
13:50! Dokładnie o tej porze padły tam pierwsze strzały Powstania. Za 3 godziny zawyją
syreny. Wielu ludzi przystanie, inni nie będą wiedzieć o co chodzi. Być może wieczorem
też będzie burza a po niej znów pokaże się czyste niebo. Tamta burza trwała 63 dni, ale na
czyste niebo czekać trzeba było wiele lat. Wczorajsza przeszła szybko i jutro nikt nie będzie
o niej pamiętał. Może poza pasażerami "łodzi podwodnej" linii 17. Dobrze, że tylko takie
burze nas dziś zajmują, ale ten kamuflaż nie pozwala zapomnieć, że dziś ostrzelano
polskich żołnierzy w Iraku.
Wiele razy słyszałem, że inne maista - w Polsce i za granicą - mają swojego ducha, a
Warszawa nie, bo została zniszczona w czasie Powstania, bo komuniści zadbali, żeby się
nie odrodził, bo zginęło tak wielu jej mieszkańców, bo dziś nikt nie ma tu czasu, by tego
ducha tworzyć. Nieprawda. Duch Warszawy jest, tylko ukryty. Nie miał lekko. Musiał się
ukrywać przed bombami i przed cichym niszczeniem go w PRL. A potem został
zepchnięty na dalszy plan, bo trzeba było zarabiać, biegać. Nie bylo komu o niego
zadbać, więc ukrywał się w zakątkach i w ludziach. Ten z zakątków już daje o sobie znać,
trzeba tylko umieć go dostrzec ładne miejsca. Ale coraz więcej ludzi umie. Odnajdują go
w sobie, uczą się lubić to miasto z jego trudną przeszłością i jej, do dziś odczuwalnymi,
skutkami. Duch ma złe wspomnienia, boi się huku, więc w czasie burzy znika, ukrywa się
ale potem znów wyłazi. Na razie nieśmiało. W uśmiechach, życzliwości, w sympatii dla
tego miasta ale też w szacunku dla przeszłości, dla bohaterów. Jest za tablicami ze
znakiem Polski Walczącej, jest w dziurach od kul, które wciąż jeszcze można znaleźć, jest
w zmokłych flagach. Można się spierać o to, czy Powstanie miało militarny sens, czy
warto było ponosić tą ofiarę. Można mówić, że miasto zostało przez nie zniszczone, ale
trzeba pamiętać, że jego duch w nim nie zginął. Kręci się po okolicy. Dziś o 17 będzie go
można usłyszeć. Chciałbym, żeby pamiętali o tym szczególnie ci, którzy mówią, że go nia
ma.