Dodaj do ulubionych

Ile dostaniemy euro ? Bilans ...

07.12.02, 04:42
oczywiście oszolomki i tak nic nie pojmą, ale dla normalnych ludzi cytuje
tekst z Onetu. Oplaca to sie wszystko czy nie?


Korzyści i składka Polski w budżecie UE

Korespondent PAP uzyskał dostęp do poufnego, niepublikowanego zestawienia
korzyści i składek Polski w budżecie UE według najnowszej propozycji Danii.

Oto dane w milionach euro:


Rok 2004 2005 2006 2004-2006

Zobowiązania UE
wobec Polski razem: 4842,7 6239,9 7572,3 18654,9

z tego:

1) rolnictwo i wieś 911,4 1753,8 1950,1 4615,3

w tym:

- interwencja rynkowa 130,2 342,8 366,5 839,5
- dopłaty bezpośrednie - 557,4 675,4 1232,8
- rozwój wsi 781,2 853,6 908,2 2543,0

2) fundusze strukturalne
i spójności 3341,8 3920,5 5070,0 12322,3

3) polityka wewnętrzna 589,5 565,7 552,2 1707,3



Przewidziane
faktyczne wypłaty: 1633,1 3837,9 4690,9 10161,9
z tego:

1) rolnictwo i wieś 420,7 1505,3 1924,1 3850,0

w tym:

- interwencja rynkowa 130,2 342,8 366,5 839,5
- dopłaty bezpośrednie - 557,4 675,4 1232,8
- rozwój wsi 290,5 605,1 882,2 1777,8

2) fundusze strukturalne
i spójności 963,8 1961,9 2304,5 5230,3


3) polityka wewnętrzna 248,7 370,6 462,3 1081,5


Składka 1571 2387 2476 6434





UWAGI:

I. Niezrealizowane zobowiązania w zakresie funduszy strukturalnych i
spójności, a także na rozwój wsi, są do wykorzystania w następnych latach.

II. Polityka wewnętrzna obejmuje finansowanie współpracy naukowo- badawczej i
innych unijnych programów oraz uszczelniania granicy zgodnie z nową
propozycją duńską przeznaczenia 300 mln euro na dostosowanie nowych członków
w tej dziedzinie (w tym 171 mln euro rocznie dla Polski).

III. W zestawieniu nie uwzględniono jednorazowej rekompensaty budżetowej,
która Dania proponuje wypłacić nowym członkom w 2004 roku w łącznej wysokości
1 mld euro, w tym na Polskę przypadłoby ok. 440 mln euro.

IV. Dopłaty bezpośrednie wypłaca budżet państwa, któremu budżet UE zwraca je
dopiero w następnym roku.



Obserwuj wątek
    • dederes Cosik mi tu nie pasuje 07.12.02, 10:19
      Podziwiam butę i arogancję euroentuzjastów.
      Chamstwem nie przekonacie sceptyków takich jak ja do głosowania za Unią.

      Ja znalazłem bilans w wykonaniu eurosceptyka p. Baddermannna :
      "Tchórzliwie próbuje ukryć, że jest traktowana przez Wielką Brytanię jak idiota
      i szuka gorliwie na Wschodzie głupców, którzy pomogliby zapchać miliardową
      angielską dziurę w jej kasie. Polska ma być zmuszona do przystąpienia do Unii
      jako płatnik netto (to znaczy musi więcej wyłożyć na stół brukselski, niż
      stamtąd dostanie). Po końcowej propozycji Piętnastki z 25 października w
      Brukseli nie ma już żadnej wątpliwości, że tak będzie. Choćby postkomuniści,
      ich sojusznicy w mediach i Komisja Europejska próbowali to sto razy zatuszować,
      rachunek i tak wygląda następująco:
      składka członkowska Polski - 2,5 mld euro
      straty celne (ostrożnie szacowane) - 1 mld euro
      nakłady na budowę nowych inwestycji służących realizacji wymogów Unii (np.
      kolczyki i paszporty dla krów) oraz personel (ostrożnie szacowane) - 1,5 mld
      euro
      razem - 5 mld euro
      Tyle rocznie musi Polska płacić Brukseli albo inwestować we własnym kraju.

      Obiecanki cacanki
      A teraz suma, którą Polsce obiecuje Piętnastka, albo lepiej suma, na którą
      Polska może mieć nadzieję. W tej dziedzinie istnieją największe niewiadome.
      Dlatego euroentuzjaści, włącznie z rządem i polskimi negocjatorami w Brukseli,
      oraz prounijne media próbują sypać szczególnie Polakom piaskiem w oczy.
      Dlaczego? Tylko mała część tego, co obiecuje Bruksela, jest sztywną sumą.
      Większa część, około 70 procent, to pieniądze, które tylko wtedy wpływają,
      kiedy są dofinansowane ze strony polskiej. Wysokość tego dofinansowania waha
      się. Może wynosić tylko 20 proc., ale może też wynieść nawet 70 proc. Zależy to
      od tego, jakie są fundusze, jakie są projekty albo w jakim regionie Polski te
      pieniądze mają być wyłożone. Regułą empiryczną jest, że do każdego euro państwo
      członkowskie musi dopłacić jedno euro z własnej kieszeni. Skutkiem tej zasady
      dofinansowywania przy pomocy rozbudowanej biurokracji jest to, że u nas, na
      bogatym Zachodzie fundusze te są wykorzystywane przeciętnie w 70 proc. Reszta
      pieniędzy zostaje w Brukseli, istnieje tylko na papierze i działa na rzecz
      propagandy unijnej. Dzieje się tak, mimo że u nas potencjalni użytkownicy
      funduszy z reguły mają własny kapitał dla dofinansowania, mają dostęp do
      systemu kredytowego, w którym np. rolnicy mogą zaciągać pożyczki na
      preferencyjnych warunkach na 2 lub 3 proc.

      Samoobsługa UE

      Jakie więc będzie wykorzystanie unijnych funduszy w Polsce? Na to mamy świetny
      przykład: unijny przedakcesyjny fundusz SAPARD.
      Kopiuje on dokładnie postakcesyjne fundusze i według Unii ma na celu
      wypróbowanie tego, jak w przyszłości, po przystąpieniu Polski do Unii, będą one
      tu działać. Fundusz SAPARD jest właściwie funduszem strukturalnym dotyczącym
      rozwoju obszarów wiejskich. Użytkownikami mają być rolnicy indywidualni,
      niektóre firmy przemysłu spożywczego i gminy. Doświadczenia z tym funduszem nie
      pozostawiają wątpliwości. Już teraz jest jasne, że zakończą się porażką. Liczbę
      użytkowników SAPARD-u wśród rolników indywidualnych w każdym województwie można
      policzyć na palcach jednej ręki. Powodem jest brak kapitału dla dofinansowania
      i brak nadziei na zwrot inwestycji. W przypadku gmin sytuacja wygląda niewiele
      lepiej. Tam, gdzie budżet pozwoli na dofinansowanie - a takich przypadków jest
      niewiele - istnieją skromne inwestycje. Tam, gdzie gminy żyją z dnia na dzień -
      takie przypadki to większość - fundusz SAPARD nie funkcjonuje, bo nie może
      funkcjonować.

      A teraz - co jest najbardziej skandaliczne - w przemyśle przetwórczym z
      udziałem kapitału zagranicznego, którym można współfinansować środki z
      funduszu, tam program SAPARD funkcjonuje. Innymi słowy, unijnym programem
      pomocy SAPARD Zachód finansuje w pierwszym rzędzie swoje własne inwestycje w
      Polsce. Tak wygląda ta altruistyczna pomoc Unii dla Polski. Zachód dokonuje po
      prostu samoobsługi. Wykorzystuje on unijne fundusze w Polsce, dbając o własne
      interesy, a polscy euroentuzjaści z wdzięcznością podają mu rękę.

      Stracone pieniądze

      Zakończmy teraz ten bilans. Zobaczmy, jak wyglądają wpływy w rachunku
      przystąpienia Polski do Unii, które mają skompensować wydatki wynoszące 5
      miliardów euro rocznie. Za podstawę tych obliczeń służyć mają roczne liczby
      przeciętne w latach 2004-2006. Najpierw tzw. sztywne sumy, które nie potrzebują
      lub prawie nie potrzebują dofinansowania ze strony polskiej, bo nie opierają
      się na funduszach. Są to:

      dopłaty bezpośrednie dla rolnictwa - 0,60 mld euro
      rynkowa polityka rolna - 0,33 mld euro
      resorty polityki wewnętrznej - 0,35 mld euro
      zarządzanie - 0,28 mld euro
      razem - 1,56 mld euro.
      Ta suma 1,5 miliarda euro rocznie dla Polski jest mniej więcej pewna. Reszta,
      jak mówiłem, stoi pod znakiem zapytania, bo
      opiera się na funduszach. Są to:

      fundusze na te dwa lub trzy przedsięwzięcia strukturalno- polityczne - 3,80 mld
      euro
      fundusz rolniczy na rozwój terenów wiejskich - 0,83 mld euro
      razem - 4,63 mld euro.
      Te 4,5 mld euro ma być wielkim prezentem Zachodu dla Polski, nowym planem
      Marshalla. Wszyscy euroentuzjaści wiwatują: patrzcie, prawie 5 mld euro rocznie
      dla Polski! Ale podobnie jak w przedakcesyjnym funduszu SAPARD cyfry te
      znajdują się tylko na papierze.
      Unia sama uważa, że w pierwszych latach tylko 10 proc., w najlepszym przypadku
      20 proc., z tych 4,6 mld euro dotrze do Polski. Będzie to skutkiem, zdaniem
      Unii, braku możliwości dofinansowywania i braku możliwości wypełnienia
      skomplikowanych procedur administracyjnych. To znaczy zamiast 4,6 mld euro
      rocznie Polska ma dostać tylko pół miliarda, w najlepszym przypadku 0,9 mld
      euro. Przy tym ogromna część tych pieniędzy popłynie do kieszeni obcego
      kapitału w Polsce, bo tylko on jest w stanie dofinansować fundusze.
      Ale nawet jeśli nie weźmiemy pod uwagę tego szokującego i skandalicznego faktu,
      bilans końcowy po przystąpieniu Polski do Unii wygląda następująco:

      roczne wydatki - 5 mld euro
      wpływy - 2-2,5 mld euro.
      To oznacza, że do każdego euro, które popłynie z Brukseli do Polski, Polska
      musi przedtem wyłożyć prawie 2 euro na stół brukselski w formie składek
      członkowskich i odprowadzonych ceł zewnętrznych oraz dodatkowo jeszcze 75
      centów na budowę instytucji służących realizacji wymogów unijnych. Te pieniądze
      są stracone dla Polski. Polska ma być nie tylko płatnikiem netto, ale
      superpłatnikiem netto.

      Celem końcowej rundy gorączkowych negocjacji w Brukseli jest zatem ukrycie i
      zatuszowanie tego faktu. Unia dobrze wie, że pozytywny wynik w referendum
      akcesyjnym będzie zagrożony, jeśli to wszystko, o czym mówiłem, wyjdzie na jaw.
      Z tego powodu Komisja Europejska oferuje teraz Polsce tzw. wyrównanie
      budżetowe. Ma ono wynieść około 400 milionów euro rocznie i ma jedynie na celu
      przejściowo zapchać dziurę w polskim budżecie. To znaczy ukryć i zatuszować
      przed referendum rolę Polski jako płatnika netto. Sprawa ta jest tak ważna dla
      polskiego rządu, że minister finansów profesor Grzegorz Kołodko osobiście
      krząta się cały czas w Brukseli, aby razem z Unią przygotować następną rundę
      prounijnej propagandy, gdzie rola Polski jako płatnika netto zostanie starannie
      zatuszowana. Znów próbuje się ujarzmić Polskę - jak pod koniec XVIII wieku w
      czasie rozbiorów, jak w roku 1920 nad Wisłą, jak w 1939 roku. Tyle tylko, że
      teraz wygląda to zupełnie inaczej. Sprytniejszy jest kamuflaż, szczególnie
      polskich "sojuszników". Tym razem nie chodzi o dawnego, znanego wroga z szablą,
      armatami. Nowy przeciwnik uśmiecha się przyjacielsko, poklepuje jowialnie po
      ramieniu, wymachuje książeczką czekową i wysyła na pierwszą linię frontu
      najpierw polskiego sojusznika. Zawsze według starej zasady, że aby wyzysk
      odniósł najlepsze skutki, należy mu nadać pozór dobrowolności i najpierw
      wyszukać sojuszników sp
    • Gość: prowokat Euro to dostana urzednicy IP: *.chello.pl / *.chello.pl 07.12.02, 11:04
      najlepiej było by gdyby Polska NIC nie dostała; bo nie ma takiej ilości
      pieniędzy, której urzednik nie mógłby zmarnować, afera na aferze i aferą
      pogania, na górnictwo poszło parę mld $ a jest coraz gorzej, na słuzbę zdrowia
      i szkolnictwo tez poszło dużo pieniędzy (posszło = miało pójść, ale nie doszło
      bo sie po drodze zgubiło) i jest źle. Jak Polska zacznie na cokolwiek dostawać
      pieniądze to szlak ją jasny trafi w pięć minut. Nie dawać Polsce pieniedzy (tj
      urzędnikom) bo szkoda takiego ładnego kraju.
    • bebokk Różowe okulary 07.12.02, 13:09
      Rzeczywistość jest mniej fantastyczna, a informacje małopropagandowe można
      znaleźć w "Rzeczpospolitej".
      O tym jak Unia lubi nas :
      arch.rp.pl/a/rz/2002/12/20021205/200212050074.html?k=on;t=2002110720021207

      O dziurze w polskim budżecie spowodowanej członkostwem :
      arch.rp.pl/a/rz/2002/12/20021203/200212030046.html?k=on;t=2002110720021207
    • Gość: Michał zwyczajny, ale manipulator ! IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 07.12.02, 13:27
      Rozumiem, że jesteś euroentuzjastą, ale to nie zwalnia od myślenia.
      Ocenaijmy swiat realnie, a nie wierzmy w cuda np. deszcz pieniędzy od Unii.
      Oto jak ten problem wygląda faktycznie :
      Zanim poznamy ostateczne wyniki negocjacji z Unią Europejską, warto przyjrzeć
      się kilku możliwym scenariuszom finansowo-budżetowych skutków przystąpienia
      Polski do tego ugrupowania. Różnice między tymi scenariuszami wiążą się głównie
      z założeniem różnego stopnia przygotowania administracji rządowej, samorządów i
      firm do wykorzystania zasilania z UE. Jeśli stopień tego przygotowania będzie
      słaby, może się sprawdzić scenariusz pesymistyczny.


      Niezbędne jest tu jednak jedno zastrzeżenie: oczekiwane skutki finansowe i inne
      efekty gospodarcze nie wypełniają rachunku kosztów i korzyści z przystąpienia
      Polski do Unii. Wielkimi pożytkami będą mniej wymierne sprawy: bardziej
      stabilne i dogodniejsze warunkach gospodarowania dla firm, lepsza jakość i
      stabilizacja prawa w ogóle, a także wiele "nienamacalnych" korzyści
      pozaekonomicznych, jak większa możliwość kształtowania przyszłości Europy.
      Istnienie korzyści pozaekonomicznych nie jest jednak sprzeczne z tym, iż w
      naszym interesie jest zrobić wszystko, by wynik negocjacji finansowych był jak
      najlepszy. Nawet jeśli w Unii usłyszymy zgrzytanie zębami, że Polacy są
      nienasyceni.

      Więcej "nowych", mniej pieniędzy

      A czy rzeczywiście tak jest? Równie dobrze zarzut można odwrócić, mówiąc, że
      Unia jest skąpa. W Agendzie 2000 (tzw. budżet UE na lata 2000-2006) zakładano
      przyjęcie sześciu nowych członków, a dla nich aż do 58 mld euro w tzw.
      zobowiązaniach oraz do 48 mld euro w płatnościach. Jak wygląda sytuacja dziś?
      Można ją streścić w jednym zdaniu: więcej nowych członków, mniej pieniędzy.
      Nowych członków będzie dziesięciu, a nie sześciu. Suma zobowiązań w latach 2004-
      06 została zmniejszona do 39 mld euro, a suma płatności ma wynieść 22,5 mld
      euro.

      Różnica między "zobowiązaniami" a "płatnościami" jest bardzo istotna, bo
      pieniądze z budżetu UE wydaje się inaczej niż z budżetu krajowego, gdzie
      obowiązuje cykl jednego roku - środki z danego roku są w tymże roku wydawane. W
      budżecie UE natomiast odróżnia się "zobowiązania" i "płatności". "Zobowiązania"
      to środki przyrzeczone, których wypłacenie nie jest jednak automatyczne, gdyż
      wiąże się ze spełnieniem określonych warunków. Rytm i okres wypłat zależy od
      konkretnego funduszu. Zobowiązania na interwencje rynkowe są przyznawane i
      wypłacane w tym samym roku, ale dopłaty bezpośrednie wypłaca się dopiero w roku
      następnym. W funduszach strukturalnych zasady są skomplikowane: najpierw
      płatność zaliczkowa, a potem kumulujące się płatności ze zobowiązań, których
      realizacja w zasadzie nie przekracza 3 lat. Jeszcze inaczej płaci się z innych
      źródeł budżetu UE.

      Scenariusz "duński"

      Co UE proponuje teraz Polsce? W latach 2004-06 (patrz tabela) suma zobowiązań
      określona jest na 18,7 mld euro, a planowane płatności wynieść mają 12,5 mld
      euro (w tym 1,7 mld euro płatności, stanowiących realizację zobowiązań z pomocy
      przedakcesyjnej). Składka w 2004 r. ma być mniejsza o 780 mln euro ze względu
      na późniejsze o cztery miesiące wejście do Unii (w następnych latach we
      wszystkich scenariuszach uwzględniono składkę w pełnym wymiarze). W ocenie
      Duńczyków, przewodzących obecnie UE, sytuacja Polski wygląda dobrze (patrz
      wykres). Bilans netto dla Polski w okresie trzyletnim wynieść miałby 6,4 mld
      euro, a zatem rocznie średnio o ponad 1,2 mld euro więcej, niż można spodziewać
      się w ostatnim roku przed wejściem do UE.

      Skoro ma być całkiem nieźle, to o co cały ten zgiełk wśród polityków? Otóż
      uzasadnione jest pytanie, czy założenia, jakie przyjęto do wyliczeń UE są
      realistyczne. Czy rzeczywiście mamy wysoką zdolność administracji rządowej,
      firm, samorządów i rolników do posługiwania się złożonymi procedurami, do
      zgromadzenia współfinansowania lokalnego, dobrego planowania inwestycji? To
      wszystko jest niezbędne dla rzeczywistego (a nie "na papierze") wykorzystania
      środków.


      UE zakłada np., iż w pierwszym roku członkostwa wydamy 35 proc. środków z
      programów i inicjatyw wewnątrzunijnych (w analogicznej części Phare wskaźnik
      ten wynosił kilka procent) i aż 23 proc. (oprócz 12 proc. zaliczki) ze środków
      na rozwój wsi (w Sapardzie w pierwszym roku nie wydaliśmy nic). Inna
      wątpliwość: czy w ciągu pierwszych 20 miesięcy wchłoniemy 3 mld euro z funduszy
      strukturalnych? To tylko 1/3 planowanych zobowiązań - ale aż dziesięć razy
      więcej, niż dostaliśmy na analogiczne cele w programie Phare Spójność w latach
      2000-2001. A przecież środki przyznane w 2000 r. zaczęliśmy wydawać dopiero w
      2002 r.

      Może polskie doświadczenia z pomocą przedakcesyjną nie są dobrym odniesieniem?
      Niewykluczone, gdyż rygory procedur i kontrola Komisji Europejskiej wydłużają
      realizację tych programów. Ile zatem z zakładanych płatności w funduszach
      strukturalnych faktycznie wydały państwa UE w drugim roku (2001) okresu
      budżetowego 2000-06? Według danych Komisji, tylko 68 proc., choć przecież
      państwa te mają wieloletnie doświadczenie w wykorzystywaniu wsparcia z budżetu
      UE, a my jeszcze tych procedur nie stosowaliśmy na szerszą skalę

      Scenariusze: ostrzegawczy i pesymistyczny

      Załóżmy, że w polityce strukturalnej i w środkach na rozwój wsi w drugim i
      trzecim roku przynależności będziemy mieli taką zdolność do rzeczywistej
      absorpcji płatności jak obecni członkowie UE (czyli wykorzystujemy je w 68
      proc. w 2005, a w 2006 poprawiamy się do 75 proc.). Przyjmijmy ponadto, że w
      2004 wykorzystujemy całą płatność zaliczkową, a wszystkie inne założenia
      przejmujemy ze scenariusza "duńskiego". Przy tych założeniach otrzymujemy
      scenariusz ostrzegawczy (patrz wykres). Gdyby ten scenariusz sprawdził się,
      średnio w roku uzyskiwalibyśmy tylko dwa razy tyle środków, co w ostatnim roku
      przed wejściem do UE, przy czym w 2006 sytuacja była znacznie lepsza.


      Niestety, istnieje również scenariusz pesymistyczny (patrz wykres). Miałby on
      miejsce, gdybyśmy mieli wyraźnie małą zdolność do rzeczywistej absorpcji
      płatności w porównaniu z "15" (np. 30 proc. w 2005 r. i poprawa do 50 proc. w
      2006 r. w polityce strukturalnej i w środkach na rozwój wsi). Co więcej, jeśli
      odstąpić od mało realistycznego założenia duńskiego, iż w programach rozwoju
      instytucji i wzmocnienia granicy wschodniej wypłaty będą postępować w tempie co
      roku jedna trzecia, to sytuacja w 2005-2006 byłaby o kolejne 100-200 mln euro
      gorsza.

      Scenariusz pesymistyczny oznaczałby po prostu, że przez pierwsze trzy lata nie
      mielibyśmy dodatkowych korzyści finansowych w porównaniu z sytuacją sprzed
      wejściem do UE.

      Obciążenia dla budżetu

      Po proponowanej przez Danię redukcji, nasza składka w 2004 r. wyniesie ponad 6
      mld zł (ok. 3 proc. wydatków budżetu państwa), a w następnych latach - po około
      10 mld zł rocznie (ok. 5 proc. wydatków). Bez reform finansów
      publicznych "wysupłanie" takiej składki musi prowadzić musi albo do cięć
      wydatków, albo do wzrostu deficytu budżetowego, albo do kombinacji obu tych
      opcji. Pierwsza możliwość oznacza ryzyko dla pokoju społecznego i wzmacnia siły
      populistyczne. Z kolei wzrost deficytu budżetowego oddala Polskę od spełnienia
      wymogów wejścia do strefy euro i ustabilizowania złotego, a także "wypycha"
      inwestycje prywatne wskutek droższego kredytu.

      Żeby obraz był pełny, jeszcze kilka słów o dwóch sprawach. Oprócz składki,
      budżet państwa będzie ponosił znaczną część kosztów wprowadzania prawa
      europejskiego. W 2000 r. Komitet Integracji Europejskiej oceniał te koszty na
      poziomie 6-7 mld zł rocznie. Oczywiście, ich część byłaby ponoszona niezależnie
      od naszego wejścia do Unii. Np. autostrady i modernizacja dróg jest
      dopasowaniem ich do standardów Unii, ale odpowiada także naszym celom. Jednak
      gdyby nie wejście do UE, część tych kosztów byłaby zapewne bardziej rozłożo
      • Gość: Michał zwyczajny, ale manipulator ! c.d. IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 07.12.02, 13:30
        Druga sprawa to krajowe współfinansowanie projektów wspieranych przez Unię.
        Budżet państwa będzie musiał ponieść koszty części współfinansowania, które
        wyniosą od ok. 1 mld zł w 2004 r. do 2 mld zł w roku 2006. Główne obciążenia
        dotyczyć będą jednak samorządów, które w napływających z Unii środkach będą
        mogły partycypować w granicach 35-45 proc. Na szczęście w tym przypadku wymóg
        współfinansowania oznacza nie tyle konieczność znalezienia "nowych" pieniędzy
        (jak w przypadku składki), co raczej potrzebę umiejętnego dopasowania planów
        inwestycji publicznych do możliwości wynikających z funduszy unijnych.

        Suma różnych wydatków z tytułu wejścia do UE może sięgnąć 8-9 proc. budżetu
        państwa. Trzeba jeszcze raz podkreślić, że część tych wydatków ponieślibyśmy
        niezależnie od wchodzenia do Unii. Jest jednak prawdą, że stanowi to kolejny
        duży wysiłek dla społeczeństwa, odczuwającego negatywne skutki uboczne
        transformacji.

        Do czego dążyć

        Co zatem można spróbować jeszcze osiągnąć w negocjacjach, aby ulżyć finansom
        publicznym?

        Negocjatorom udało się zmniejszyć przypadające na rok 2004 zaliczki z funduszy
        strukturalnych, żeby kosztem "gorszego wyglądu na papierze" (co otwiera drogę
        płatnościom kompensacyjnym) przesunąć więcej środków na 2005-06. To daje
        wszystkim więcej czasu na naukę procedur. Tu raczej nic więcej nie da się
        uzyskać.

        Należy się natomiast domagać dalszej zamiany środków na rozwój wsi na dopłaty
        bezpośrednie. Trzeba opierać się propozycjom, by niezamożna Polska
        uczestniczyła (kosztem 220 mln euro rocznie) w wyrównywaniu przez kraje
        członkowskie finansowych skutków "rabatu", jaki w płatnościach na rzecz UE
        uzyskali Brytyjczycy. Wreszcie, trzeba nadal domagać się płatności
        kompensacyjnych lub obniżonej składki po 2004 roku. Niższa o 1/3 składka w 2004
        r. stanowi ulgę, ale tylko jej obniżenie w dłuższym okresie wyeliminuje ryzyko
        urzeczywistnienia się scenariusza pesymistycznego.

        Co jeszcze można zrobić? Składki, większej czy mniejszej, uniknąć się nie da.
        Aby zrobić dla niej miejsce w budżecie, trzeba podjąć kolejną reformę finansów
        publicznych, ale rozumianą nie jako proste cięcia wydatków (choć i tego nie da
        się wykluczyć). Celem tej reformy winno być wprowadzenie mechanizmów, które
        wymuszałyby bardziej efektywne gospodarowanie środkami publicznymi. Np. wskutek
        formalnie poprawnego - ale rozrzutnego - trybu realizacji zamówień publicznych
        każdego roku budżet traci ileś milionów złotych (kilkadziesiąt?). Jeśli
        słabości wyeliminujemy, powiedzmy w dwunastu przypadkach, to "znajdzie się"
        więcej niż miliard złotych.

        Należy wzmocnić przygotowania administracji do wejścia w procedury funduszy
        unijnych. Rząd nie powinien polegać na samoocenach resortów, ponieważ one
        zawsze będą uspokajające, a stawka jest zbyt wysoka. Celowe byłoby utworzenie
        minizespołu profesjonalistów, który nie robiłby nic innego, jak tylko oceniał
        przygotowania ministerstw i "donosił" rządowi, czy i gdzie idą one źle. Gdyby
        wskutek takiego bodźca absorpcja trzyletnich płatności UE wzrosła o tylko jeden
        punkt procentowy, oznaczałoby to aż 100 milionów euro więcej.

        Trudna ocena

        Nie można udowodnić, że wejście Polski do UE będzie korzystne w wymiarze
        finansowym, ale nie można też udowodnić tezy, iż będzie niekorzystne. To
        prawda, że oferowane dziś warunki finansowe są gorsze, niż można się było
        spodziewać trzy lata temu, ale czy są przesłanki, by uznać je za złe w
        sensie "absolutnym"?

        Intuicja mówi, że oferowane dziś warunki nie dają dostatecznie wysokiego
        prawdopodobieństwa spełnienia się scenariusza optymistycznego. Ale co
        znaczy "wysokie prawdopodobieństwo"? Niestety, nie można "naukowo" wyznaczyć
        granicy pola negocjacyjnego nie do przekroczenia. Taką granicę mogą - i zapewne
        muszą - wyznaczać sobie lub innym politycy. Powinna ona być daleko posunięta,
        by minimalizować ryzyko urzeczywistnienia się scenariusza pesymistycznego.

        PAWEŁ SAMECKI

        www.rp.pl/gazeta/wydanie_021207/publicystyka/publicystyka_a_1.html
        • zwyczajny Spoko Michałku, zanim zaczniesz używać epitetów 07.12.02, 14:14
          to sprawdź, czy pasują. Przede wszystkim niczym nie manipuluję, a tylko cytuje
          tekst z Onetu.Więc zanim cos napiszesz do wypij szklanke wody z bromem na
          uspokojenie.
          Przeczytałem cytowane przez ciebie teksty i sa calkiem rozsądne i wyważone.
          Jeśli chodzi o mnie to na tym forum, jak mialem czas to raczej krytykowałem UE
          i naszych negocjatorów. I znowu określenie euroentuzjasta nie pasuje do mnie.
          Co prawda, jak zobaczyłem w jakim jestem towarzystwie to sie przeraziłem
          (akurat to nie dotyczy ciebie, ale roznych oszolomkow). Niestety wciąż brakuje
          rozsadnych krytykow UE, tak jak w Polsce brakuje cywilizowanej prawicy w formie
          torysów, M.Thatcher, Reagana itp.

          Pozdrawiam
          • Gość: Michał ??? IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 07.12.02, 14:28
            Zaliczyłem ciebie do naiwnych i źle wychowanych euroentuzjastów, bo sam
            zacząłeś z epitetami w stylu "oszołomki" pod adresem krytyków Unii
            i przytoczyłeś duńskie propozycje bez komentarza.
            Pozdrawiam !
    • Gość: , Podwazam mozliwosc sporzadzenia tego bilansu ... IP: *.dsl.lsan03.pacbell.net 07.12.02, 18:37
      "oczywiście oszolomki i tak nic nie pojmą, ale dla normalnych ludzi cytuje
      tekst z Onetu. Oplaca to sie wszystko czy nie?"

      Ani normalni ludzie, ani nawet ksiegowy, ani nawet i cale biuro rewidentow
      nie moze wykonac rzetelnego i prawdziwego bilansu korzysci i strat finansowych
      panstwa z tytulu polaczenia. Bo to nie jest mozliwe.
      Manipulowanie cyframi moze i sprawia szalenie naukowe wrazenie na roznych
      dziennikarzach ale nie zastapi przewidywania. Takie liczenie jakie prezentuja
      tutaj WSZYSCY jest uproszczeniem. Zbyt daleko idacym. Dokladne przewidywanie
      zas nie jest mozliwe. Przewidywanie jest czesto zgadywaniem. Jezeli zgadywanie
      ma sens w niektorych dzialach matematyki to nie oznacza to, ze bedzie mialo
      zastosowanie w gospodarce. Szczegolnie w bilansie. Jezeli zas "bilans" jest
      podany tak jak powyzej to nie jest zaden bilans. To szopka.

      Panowie, o jakich wy mowicie kwotach?
      Wsciekliscie sie czy co?

      A na marginesie rozwazan to czy bylby Pan uprzejmy podac jednostki, nie mowiac
      juz o linku do tej "strony". Tak powstaja mity. Mity sa niebezpieczne i mylace.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka