Mam dzisiaj pięćsetny kryzys macierzyński.Syn zaczął raczkować, myślałam, że będzie eksplorował świat a tymczasen eksploruje, moje kapcie. Wiesza mi się na nogach I chce na ręce. Marudzi, buczy, drze się. Na rękach się wije I chce sam nie wie co. Od prawie dwóch tyg. bierze antybiotyk, ma zapalenie oskrzeli. Przestał kaszleć (ufff) ale nadal furczy mu z nosa I rzęzi. Eh. No wiem, trochę jest niezdrów, pewnie trochę I zębowy bo ma rozpulchnione dziąsła, ale... Mnie już trafia. Do tego Młoda (6 lat) ma pół dnia focha I albo ryczy albo sie obraża. Oczywiście wiem, że dlatego, że muszę zajmować się bratem. Siedzi w domu bo zaliczyła wirusa. Teraz mam go ja I leci mi ciurkiem z nosa, czuję się nieciekawie, ale jak wiadomo mamy nie chorują. Tata jest, ale w dzisiaj nie z nami. No wiem, wiem, inni mają różnie ale ja mam dzisiaj dość matkowania. Młody w dzień usnął I chciałam się na kwadrans przyłożyć, weszłam do niego, skrzypnęły drzwi I już drzemce podziękował. Weźcie narzeknijcie ze mną alboco. Bo se w łeb palnę.