Dodaj do ulubionych

Jak dalej żyć?

13.11.09, 21:12
Witajcie.
Jestem z Wami od miesiąca. Dzis postanowiałam sie odezwać.
Miesiąc i 3 dni temu odszedł moj Tata. Nie umiem zyc bez niego. :(
Nie daje sobie kompletnie rady, nie godze sie na to, że Go nie ma.
Nie chce.
17 lat temu zmarła moja Mama. Miałam 19 lat, dziecko jeszcze...Teraz
gdy moj Tatus odszedł czuje się sierotą, tęsknie za Nim, tęsknie za
Nią. Codziennie rano wstaję i mówie "każdy dzień zbliża mnie do
Was". Wyczekuje tego. Nie moge się doczekac kiedy to nastapi...Nie
umiem zyc bez moich Rodziców :(
Sama jestem mamą, mam własną rodzinę, córeczkę. Nie ma to dla mnie
żadnego znaczenia, że oni są...Boję się, ze albo zwariuję, albo
zrobie coś strasznego :(
Nikt mnie nie rozumie, mojego bólu i żalu. Ani mąż, ani dalsza
rodzina. Jestem sama jak palec.
Obserwuj wątek
    • olaopolanka Re: Jak dalej żyć? 13.11.09, 22:44
      Droga Kamo,nie jestes sama,uwierz mi,rozumiem Twoj bol,mi niedawno odeszla moja
      Kochana Mama...Nie moge Ci teraz wiecej napisac ale tule Cie mocno do serca.
    • annubis74 Re: Jak dalej żyć? 14.11.09, 08:26
      przede wszystkim bardzo, bardzo Ci współczuję i mocno przytulam
      jak żyć... niestety nie mam najlepszej recepty... u mnie niedługo
      minie 5 miesięcy od śmierci Mamy i czas nie leczy ran
      Ja staram się małymi krokami iść do przodu... nie planuję na
      wysrost... nie biegnę do przodu... trzymam się tu i teraz...
      dzisiaj...
      nie mów że Twoja rodzina nie ma dla Ciebie znaczenia, po prostu
      teraz śmierć Taty, ta strata przesłania wszystko
      mnie siłę do życia daje moja mała córczka i mój mąż
      często oczekujemy że np. nasi mężowie będą płakać z nami - u mnie
      tak było zaraz po pogrzebie, ale później mój mąż też wolałby zebym
      przestała płakać, żeby przestało mnie boleć... co nie oznacza że nie
      rozmie mego bólu
      Życzę Ci wiele sił... miesiąc to bardzo krótko
    • mag461 Re: Jak dalej żyć? 14.11.09, 08:59
      Witaj kamuś
      Doskonale wiem co czujesz 24XI miną 2 miesiące od śmierci mojego
      taty.Nie jest lepiej są dni ,kiedy łzy same spływają po policzkach i
      jest ciężko.Niestety życie toczy się dalej jest dziecko dla którego
      trzeba się podźwignąc,któremu płacz i stan matki sprawia ogromny ból.
      A my jesteśmy dobrymi matkami i chcemy dla naszych dzieci
      spokoju.Mnie brak taty rekompensują choc troszkę wizyty na
      cmentarzu .Jestem tam codziennie bywa ,że o 7 rano,ale pomaga.
      Spotykam się ze znajomymi,gram w karty cokolwiek robię,żeby nie
      siedziec i nie myślec.
      Trzymaj się ciepło.Damy radę.
    • mala_1984 Re: Jak dalej żyć? 14.11.09, 09:30
      Mawiac, ze jestes sama nie wiesz co mowisz. Moze Cie nie rozumieja, moze nie potrafia pocieszyc, ale SA! Dlaczego niektorym Bog daje mozliwosc aby przezywali swoje cierpienie z kims, a innych pozostawia z tym cierpieniem samych. Jaka to sprawiedliwosc pytam codziennie, a odpowiedzi z nikad nie otrzymuje. Masz meza, coreczke... Rozumiem, ze tego nie doceniasz, bo jest to dla Ciebie tak naturalne, ze nie dostrzegasz jak duzo ofiarowal Ci los... Bog... Ja nie widze sensu dalej zycia, bo naprawde nie mam dla kogo, nie mam celu w zyciu, nie mam powodu aby rano wstac z lozka.... BO PO CO.....................
      • annubis74 Re: Jak dalej żyć? 15.11.09, 09:32
        mala_1984 nie mów że nie masz po co i dla kogo żyć
        z tego co pamiętam pisałaś ze masz siostrę? to przecież w tej chwili
        Twoja najbliższa rodzina, jesteście dla siebie, jesteście po to aby
        się wspierać
        masz rację pisząc że pewnie łatwiej pozbierać się komuś kto ma
        rodzinę, dzieci, bo rzeczywiscie to one chcąc nie chcąc wymuszają na
        nas pełną mobilizację
        ale wierz mi, niezależnie od tego ile osób nas otacza to w pierwszym
        etapie załoby nie jest to wielkim pocieszeniem - ja pamiętam jak
        bardzo irytowały mnie stwierdzenia: "no ale przecież masz dziecko,
        dla niego musisz żyć' za każdym razem miałam ochotę wrzeszczeć: "ale
        nie mam już Mamy!!!" Nikomu niczego w życiu nie zazdrościłam a teraz
        zazdroszczę jak cholera tym moim koleżankom ktore mają swoje mamy
        Nikt z nas nie jest tak bardzo sam jak mu się wydaje, w naszym bólu
        cierpieniu zamykamy się na ludzi, jakby to oni byli winni temu co
        nas spotkało. Zakładamy że nie są w stanie nas zrozumieć. Niektórzy
        nie są, niektórzy nie chcą, niektórzy się boją ale do niektorzych
        trzeba wyciągnąć rękę i powiedzieć: "pomóżcie."
        Jeśli data z nicku jest data twojego urodzenia to masz 25 lat, nawet
        jeśli teraz nie masz dzieci to będziesz je mieć i opowiesz im jak
        cudowną osobą była ich Babcia. POzdrawiam ciepło
        • nestor81 Re: Jak dalej żyć? 15.11.09, 10:09
          Witaj,
          kiedy zostajesz sama, kiedy opuszcza CIę osoba, którą kochałaś najmocniej w
          świecie, wydaje Ci się, że już nie ma nic, nei ma celu, sensu, koniecznosci... A
          jednak, hmm, Ty Żyjesz, zostałaś, z jakichś powodów nie umarłaś tego samego dnia
          co ukochana osoba, nie zabrało Ci wówczas oddechu, chociaż być może czułaś, że
          za chwilę wszystko zniknie, że za chwilę nastąpi także Twój koniec. Ale nie.
          Trwasz. Istniejesz. A po jakimś czasie do tego bezsensownego (pozornie) trwania
          dojdzie raz po raz nikły uśmiech, raz po raz poczujesz w sobie Życie i wówczas
          się zdziwisz. I być może sie zgorszysz samą sobą - bo jak to, jak mogę się śmiać
          w obliczu takiej straty? Ale Ty Żyjesz, Jesteś, Zostałaś.
          Pierwsze co trzeba zrobić to pogodzić się z własnym istnieniem. Nie pogodzisz
          się łatwo, może nigdy ze śmiercią bliskiej osoby, ale musisz sobie pozwolić na
          zgodę, by żyć dalej skoro przecież żyjesz.
          Czy chcesz zamknąć sie w smutku? Chcesz do końca życia budzić się umierjąc,
          płacząc? Nie, nikt by tego nei zniósł. Ten, kto od CIebie odszedł również.
          Wyobraź sobie, że ta Osoba jest obok. Czy Twoje cierpienie ją ukoi, pocieszy,
          pomoże? Nie, Twój ból nie będzie ją zatrzymywał, będzie skazywał na zawieszenie
          gdzieś pomiędzy...
          Straciłam męża. Był dla mnei wszystkim. Był ważniejszy od mojego dziecka, co
          może jest potworne, ale tak, był Ważniejszy. Tracąc Go myślałam, że nie ma już
          nic, że to mój koniec. I w pewnym sensie umarłam z nim, a teraz rodzę sie na
          nowo, uczę się jak znowu oddychać. Minęło 8 miesiecy. Pierwsze 6 byłam w
          depresji, którą uświadomiłam sobie dopiero, kiedy minęła. Nie piszę, że ból
          odchodzi, nie odchodzi, ale przychodzi rzadziej i już wiem więcej na jego temat.
          Żyjemy. Jesteśmy. I to jest ważne.
          Mam córkę, moze to ułatwia, może to, ze teraz odkrywam ją na nowo i zaczynam
          coraz mocniej ją kochać. To mi pomaga? Może. Ale, hmmm, wiem, mam takie dziwne
          przekonanie, że coś jeszcze mnei czeka.
          Podobno radzić sobei to nie znaczy przestać cierpieć, tylko potrafić w jakoś
          uporządkować swoje życie, pracę i trwać. Więc sobie radzę tego się staram
          trzymać. Radzę sobie, bo jestem.
          Mój T. nigdy by nie chciał, bym udusiła się cierpieniem. Nie chciałby bym
          przyszła do niego już teraz.
          Zajmij się czymś, porozmawiaj. Mów o osobie zmarłej, mów, nawet kiedy bedziesz
          płakać. Mów o tym jaka była, co robila. Moja rodzina zazwyczaj nie chce
          specjalnie ze mną rozmawiać, bo widzą mój ból, ale ja wiem, że właśnie to działa
          - nie pozbędę się bólu, ale mogę o nim mówić, mogę wspominać męża, mogę oswajać
          się w ten sposób, że on już zawsze będzie tylko wspomnieniem.
          Nie trzymajcie w sobie bólu.
          Przytulam wszystkich, którzy znają to potworne cierpienie, które choć zgniata,
          jest jednak do przejścia i do zniesienia.
          Jesteście. A to ważne.
          • edzia764 Re: Jak dalej żyć? 15.11.09, 11:31
            "Przytulam wszystkich, którzy znają to potworne cierpienie, które
            choć zgniata,
            > jest jednak do przejścia i do zniesienia"... Nestor pozwoliłam
            sobie zacytować Twoje słowa, gdyż w nich zawarte jest tyle prawdy,
            nadziei. Pare dni temu minęło cztery miesiące od nagłej smierci
            mojego męża. Niestety jest coraz gorzej, minęły emocje związane z
            załatwianiem spraw, częściowym rozwiązaniem problemów a wrócił żal,
            tęsknota i ta niepewność "jak mam dalej żyć". Zostałam sama ( nie
            mielismy dzieci) mam rodzeństwo, ale oni nie mogą w całości pomóc.
            Pewne sprawy musimy przezyć sami i tu powstaje problem ...
            JAK ...Bliscy moi pogodzili się ze stratą, ja starałam się jak
            mogłam, ale teraz trace siły. Codziennie czytam wpisy na tym forum,
            ale nie mogę "wykrzesać" z siebie jakiegoś pełnego uspokojenia.
            Coraz częściej wpadam w "dołki psychiczne" .... jest ciężko, czasem
            bardzo, ale dobrze, ze właśnie tu są osoby, które przezywają strate
            osób bliskich, osoby które doskonale rozumieją problem, z jakim sie
            borykamy. Mam nadzieję, ze pokonam chwilową niemoc ... potrzebuję
            jednak dużo więcej czasu, ale będę walczyć. Jak juz pisałam nie chce
            pielęgnować swego cierpienia, jednak chwilami wszystko mnie
            przerasta. Życzmy więc sobie wytrwałości w tej ciężkiej
            walce ... "Zyjemy. Jesteśmy. I to jest ważne" ..... Irena
            • mala_1984 Re: Jak dalej żyć? 15.11.09, 12:46
              Byłam wczoraj u spowiedzi u wspaniałego człowieka, księdza.Poświęcił mi dużo czasu, rozmawiał ze mną, aż potem mnie pytali czy nie chciał dać mi rozgrzeszenia.... No tak bo to dziwne, że ksiądz SLUCHA, ROZMAWIA, a nie tylko poucza. Powiedział, że nikt po stracie nie pozostaje sam, tylko zazwyczaj w żalu, cierpieniu tego nie dostrzegamy. Niektorzy z nas maja dzieci, meza, zone, a inni jak ja przyjaciół, mam ich dużo tylko nie pozwalam im wejść do mojego świata. Kiedyś byłam bardzo towarzyska, ale gdy coś pękło w środku, gdy rozpadło się na kawałki moje serce to dużo kleju potrzeba aby to wszystko skleić. Siostra jest, chodź przyjeżdża raz na 3 tygodnie na jeden dzień, ale JEST. Tata jest, chodź w drugim pokoju i prawie nie rozmawiamy, ale JEST. Dziś tak myślę, a zapewne jutro znowu odczuję tą pustkę, której nikt nigdy nie wypełni. Bo rzeczywiście żaden nawet najukochańszy mąż, dziecko, siostra czy przyjaciółka nie zastąpi mamy. Dobrze może jednak czasem dopuścić kogoś do tego naszego nowego świata, ja czasem tak robię i wówczas lepiej się czuję mimo, że widzę w oczach mych rozmówców, weź się w garść, zacznij żyć w końcu. Może kiedyś zacznę, na razie to chyba tak jak u większości z Was wegetacja...
              • annubis74 Re: Jak dalej żyć? 15.11.09, 13:40
                Droga mala_1984, duzo czasu potrzeba, myślę ze wiele miesięcy lub
                nawet lat by pogodzić się z tym co się stało... albo inaczej
                pogodzić się z faktem że to się stało, przyjąć e fakty do wiadomości
                bo np. ja jestem wciąż na etapie że nie mogę w to wszystko uwierzyć
                ja też widzę w oczach wielu moich rozmówców lęk że zacznę mówić o
                śmierci mojej Mamy albo nawet niewypowiedziane pouczenie "weź się w
                garść"
                ale wiem ze są też ludzie którzy mogą pomóc pod warunkiem że im sie
                na to pozwoli. Krótkie chwile uspokojenia przeplatają się z ponowną
                falą bólu i tęsknoty i niepogodzenia i pytania: dlaczego?
                tak jest i wiem że tak będzie jeszcze przez długi czas, a może już
                zawsze
                mnie najgorsze chwile pozwoliło przetrwać skupienie się na innych:
                na moim Tacie, bo wiem że dla niego to wszystko jest jeszcze
                trudniejsze, bo moi Rodzice byli kochającym się małzeństwem, na
                mojej córeczce, bo wiem że ona mnie potrzebuje i nie jest w stanie
                zrozumieć mojej rozpaczy i bólu. pewnie z psychologicznego punktu
                widzenia to źle, ale z drugiej strony gdybym miala więcej czasu na
                skupianie się na wąsnej rozpaczy to chyba w niej bym utonęła
                Pozdrawiam ciepło
                • nestor81 Re: edzia i mala 15.11.09, 17:27
                  Mała, nie mogę się zgodzić z tym co napisałaś, że nikt nie zastąpi mamy. Z moją
                  mamą zawsze miałam wspaniałe układy, bardzo ją kochałam, a jednak kiedy pojawił
                  się mój T. to nagle pokochałam go mocniej, mocniej niż własną matkę, niż
                  rodzeństwo, które przecież znałam tyle lat, tyle wspólnych zabaw, wzruszeń,
                  uśmiechów... Mąż był dla mnie wszystkim. A teraz pomału moje dziecko staje się
                  tak samo ważne. Więc nie, nie rodzice, nie rodzina, w której sie wychowywałam,
                  którą kocham bardzo mocno, ale rodzina, którą stworzyłam...
                  I miałam zaledwie kilka lat szczęscia. A jednak nigdy bym czasu nie cofnęła.
                  Cierpię niemożliwie, płaczę, czasami mam wrażenie że nic mnie nie czeka, a
                  jednak potem następują dni wyciszenia, dni, w których zaczynam sobie
                  uświadamiać, że najważniejsze jest to, iż byłam tą szczęsciarą, która poznała
                  T,która go mogła kochać, mieszkać, być. Mój mąż był moją połową duszy. Teraz
                  muszę tą pustkę jakoś wypełnić i wiem, ze w końcu to się uda. Może nie
                  całkowicie, nie teraz, a jednak wiem, że mogę coś zrobić. Mam dziecko, mam dużo
                  zainteresowań, mam pisanie, malowanie, sport. Mam cudne, najpiękniejsze
                  wspomnienia, mam za sobą najcudowniejszy związek. Mam też rozpacz, ale przecież
                  to nie ona mnie tworzy. Nie chcę się tylko szarpać, rozdzierać. Nie. Nie mam
                  zamiaru tylko rozpaczać. Moje wspomnienia (prócz tych ze szpitala) są piękne i
                  to się liczy. Liczy sie też to, że jestem. I będę to uparcie powtarzać - kobiety
                  kochane, straciłyśmy niemożliwie wiele, ale gdyby w ludzkiej naturze było
                  zapisane, iż śmierć najbliższych jest naszą śmiercią to dawno byśmy wyginęli.
                  Poddźwigniemy się. Będziemy pamiętać, ważne by zawsze pamiętać (wydziergałam
                  sobie na ramieniu jaszczurkę, nie zawsze będę nosić obrączkę, ale będę miała już
                  zawsze ten symbol śmierci i zmartwychwstania...). Mój mąż miał zaledwie 31 lat.
                  ja zostałam. Bez miłości wielkiej i pięknej, bez ukochanego do którego tęskniłam
                  kiedy wyjeżdżał na dwa dni. Za którym płakałam kiedy nie widziałam go tydzień. A
                  teraz nie widzę go już 8 miesięcy. I płaczę nadal, ale już nie wciąż, nie cały
                  czas, już wiem, że mam też żyć. Szukam celu, być moze zaczynam go odnajdywać w
                  dziecku i pracy. Powoli zacznę czuć rzeczywistość i Wy też sobie na to pozwólcie.
                  WIem też że często płacze nad sobą - 28 lat, wdowa, bez cudownego meża... Bo nie
                  mogę płakać za Niego. On jest tam, gdzie spokój, a ja mu muszę pokazać, ze moze
                  w tym spokoju być, bo ja sobie poradzę. Kiedyś się spotkamy, do tego czasu muszę
                  znaleźć siły. Chcę.
                  przytulam
                  n.
                  • mala_1984 Re: edzia i mala 15.11.09, 20:13
                    Chodziło mi, że nie da się zastąpić relacji mama-córka. Podobnie jak Tobie nikt nie jest w stanie zastąpić relacji żona-mąż.
                    Jak widać punkt widzenia zależy od przeżytych doświadczeń. Nie było mi dane doznać takiej bezinteresownej i czystej miłości jaką ofiarowała mi mama. W moim odczuciu meżczyzna tego ofiarować po prostu nie potrafi. Przynajmniej z moich doświadczeń miłość kobieta-meżczyzna kojarzy się z dużą dawką zazdrośći i innych uczuć, dobrych i złych, ale nie tak czystych. Mama kochała mnie tak po prostu, za to że byłam, nieważne co zrobiłam, jak danego dnia wyglądałam, czy miałam zły, czy dobry humor, czy odniosłam porażkę czy sukces. Była w stanie zrobić wszystko. Tobie Nestor mogę jedynie pozazdrościć takiej miłości, a zarazem pogratulować, bo często taka miłość się nie zdarza. Czysta, bezinteresowna, wieczna.
                    • maretta111 Re: edzia i mala 17.11.09, 10:20
                      Tak czystą, bezinteresowną miłością może kochać tylko mama, mąż-partner na pewno
                      kocha inaczej.
                  • annubis74 Re: nestor81 16.11.09, 19:11
                    nestor81, myślę że masz wiele racji w tym co piszesz, z jednym sie
                    tylko nie zgadzam. Wydaje mi się ze każda miłość jest ne do
                    zastąpienia, jedną osobe trudno zatąpić inną. Miłość do dziecka nie
                    zastąpi miłości do mężczyzny, a miłości do mamy nie da się zastąpić
                    miłoscią do dziecka, bo każda z tych osób zajmuje inne miejsce w
                    naszych sercach.
                    Bardzo Ci wspólczuję że tak szybko doswiadzcyłaś tak wielkiej straty
                    ukochanego mężczyzny. Pozdrawiam serdecznie
                  • maretta111 do nestor81 17.11.09, 10:30
                    Pokochasz swoją córcię może z czasem, ja swoje dzieci kocham bezwarunkowo,
                    dlatego że są, zdobyłam je z bólem, dla mnie są cudem istnienia , a przecież
                    nigdy miałam nie zostać matką przytulam mocno.Marta
                    • nestor81 Re: ból po śmierci męża - ból po stracie matki 18.11.09, 20:21
                      Ależ ja bardzo kocham moje dziecko... nasza więź każdego dnia robi sie coraz
                      silniejsza i silniejsza, i oczywiści nie wyobrażam sobie już życia bez mojego
                      maleństwa... ale kiedyś ona założy swoją rodzinę, pokocha kogoś mocno, mam
                      nadzieję, ze tak mocno jak ja kochałam męża i ten mężczyzna stanie się dla niej
                      ważniejszy...
                      Wiecie, to zdumiewające co czytam, że w Waszych związkach nie pojawia się taka
                      silna miłość do mężczyzny, miłość mocniejsza od tej do matki.. nie wiem czy to
                      cudowne, czy wręcz odwrotnie.. może nie podlega ocenie po prostu.
                      Nie chcę uczynić mojego dziecka ośrodkiem mojego życia, bo wiem, że ono będzie
                      miało swoje własne sprawy w pewnym momencie...
                      Zawsze wydawało mi się, iż śmierć rodziców jest trochę bardziej naturalna -
                      wpierw oni, potem my, po nas nasze dzieci... Kiedy mój ojciec zaczął stawiać
                      śmierć swojej 90 letniej matki obok śmierci mojego 32 letniego męża miałam
                      wrażenie, że coś jest nie tak, że popełnia błąd, bo przecież starość to czas, w
                      którym możemy sie już zaczynać szykować, spodziewać, natomiast trzydziestka
                      wydaje się być dopiero poczatkiem... Początkiem małżeństwa, pierwszymi
                      uśmiechami dziecka.. Ale już nie widział mój ukochany tego jak Iskierka robi
                      swój pierwszy krok, nie słyszał pierwszego słowa... W moim pojęciu, na co pewnie
                      się oburzycie, istnieje pewna kolejność. Godzę się na swoją śmierć, by nastąpiła
                      przed dzieckiem, godzę się na to, że moim rodzice odejdą, co będzie straszne,
                      ale tak będzie, to wiem, tego nie zmienię... Nie godzę się natomiast z tym, że
                      mężczyzna, który dopiero żyć zaczynał odchodzi. Mężczyzna, który jest młody.
                      Mężczyzna, który nie doświadczył wiele...
                      Codziennie modlę się, bym to ja była pierwsza... nie moja Iskierka. Ale nie
                      modlę się o to, bym była przed własną matką (słowo modlitwa może nie jest dobre,
                      to raczej kwestia myślenia, pragnień).
                      To co piszę to nie jest negacja Waszego bólu, cierpienia, bo wiem, że ono jest
                      wielkie, potworne, zabierajace oddech. Raczej chodzi mi o to jak doszło do tego,
                      że to nei wasze najbliższe, założone, nowe rodziny, partnerzy są tymi, którzy
                      powinni być najważniejsi... Nei umiem tego dobrze napisać, nie chcę w żaden
                      sposób Was urazić... i jeszcze raz napiszę, że nie chodzi mi o odbieranie Wam
                      bólu, który przeżywacie...
                      • annubis74 Re: ból po śmierci męża - ból po stracie matki 20.11.09, 12:28
                        Nestor, nigdy nie potrafiłabym położyć na szali uczucia do
                        mężczyzny, uczucia do dziecka, uczucia do rodziców, uczucia do
                        rodzeństwa. Nie wydaje mi się aby jedno musialo przesłonić drugie.
                        Moja Mama była MAmą (to słowo dla mnie zawiera bezmiar czułości,
                        poświęcenia, bezintersownej miłości, troski; była w wielu kwestiach
                        powiernikiem) mój mąż jest moją miłością i jest moim przyjacielem,
                        wsparciem w trudnych chwilach, kocham go bardzo a jednak wiem że ta
                        miłość nie jest tak bezwarunkowa i niekoniecznie jest mi dana na
                        zawsze (może takie myślenie to efekt poprzednich średnio udanych
                        związków), moje dziecko kocham bardzo i mam wrażenie że z każdym
                        dniem uczę się je kochać bardziej - ale nie jest to miłość do w
                        pełni ukształtowanego człowieka.
                        Zgadzam się z Tobą ze śmierć w pewnym momemncie jest naturalna i nie
                        uniknemy jej. Mnie też stawianie obok siebie śmierci staruszka i
                        młodej osoby wydaje sie pewnym zgrzytem - co nie znaczy że żal po
                        śmierci osoby starszej nie może być ogromny i głęboki.
      • kama0011 Re: Jak dalej żyć? 16.11.09, 10:14
        Bardzo Wam dziękuję za wasze odpowiedzi.
        Wiem, że najlepszym wyjściem jest "dac czasowi czas", przetrawić na
        swój sposób sytuację, żałobę, żal i ból po stracie. Tak bym chciała
        aby u mnie tez to zadziałało...Jednak z dnia na dzień wbrew
        wszystkiemu poczucie straty moich Rodziców, uswiadomienie sobie
        ostateczności jest przerazające. Tęsknota za Dwojgiem Najbliższych
        Osób akurat w moim przypadku się potęguje :(
        Tak, mówicie nie jestes sama, masz męza i córeczkę...Co z tego? Gdy
        sa obok a nie ze mną? Moje dziecko ma 11 lat, to ja mam byc dla niej
        wsparciem i to ona oczekuje ode mnie pomocy. Mój mąz ma oboje
        rodziców, powiedział mi wprost, że kompletnie mnie nie rozumie.
        Stało się straciłam Mamę, Tatę, a żyć trzeba dalej - jego
        pragmatyczne podejście jest straszne :( Z drugiej strony trudno
        oczekiwać od niego aby umiał postawić się w mojej obecnej sytuacji...

        Nie rozmawiam z nikim o moim bólu, tęsknocie. Jestem sama z moimi
        myślami:(
        • 198-3mk Re: Jak dalej żyć? 16.11.09, 11:32

          Witajcie dziewczyny...

          Mała, zgadzam sie z Tobą... Miłość matki jest jedyna... Inna..,
          Niezastąpiona... Dlaczego...? Bo miłość matki do dziecka, jest
          bezwarunkowa... Matka nie kocha dziecka za coś... Matka kocha
          dziecko tylko dlatego, ze Ono jest... Ze wszystkimi jego wadami i
          zaletami... Wiem co mówie. Bo mam trzech synów. Najstarszy, Marcin
          jest już u Pana Boga...

          Ale zgadzam się też, z tym co pisze nestor... Naprawde, tylko
          pozazdrościć Ci takiej miłości... Trwała krótko... Ale popatrz jak
          wiele zostawiła wspomnień... Wspaniałych wspomniej... One pomogą Ci
          przetrwać ten trudny czas... Pielegnuj je Kochana... To Twój
          najcenniejszy skarb... A nasi zmarli zyją dopóty, dopóki są w
          Naszych sercach... W naszej pamięci...

          Kama, Ciebie też bardzo dobrze rozumiem... Mężczyźni żadko umieją w
          takich chwilach wesprzeć... I wydaje nam się wdedy, ze jesteśmy same
          ze swoim bólem... A często naprawdę jestśmy same...-(

          Moja żałoba po synie, trwa już czwarty rok... 26-listopada będzie
          rocznica... Jestem tym stażem chyba najstarsza na tym forum...

          Czas nie leczy ran, tak jak mówi przysłowie... Ale czas powoduje,
          że ten ból ktory rozrywał nam serca, zmniejsza swoje natężenie...
          Towarzyszy nam nadal, ale my umiemy Go już zaakceptować... Umiemy z
          nim żyć..
          Każda z nas jest inna. Każda z nas potrzebuje czegoś innego, w
          przeżywaniu swojej straty. I to jest normalne...
          Ale nie uciekajmy od ludzi... Może są nieudolni... Ale nie jeden z
          nich, naprawdę chce nam pomóc, tylko często nie wie jak to zrobić...
          Mimo tego że u mnie, to już 4 lata... Ja często sobie popłakuje...
          Ten płacz mi pomaga... Oczyszcza ze złych emocji... Mobilizuje...
          Mam wielu znajomych, ale prawdziwe przyjaciółki tylko dwie... A
          może, aż dwie...-) One są przyzwyczajone do tego, ze ja muszę
          opowiadać o moim Marcinie... Więc mogę opowiadać do woli, kiedy
          tylko mam na to ochotę. One opowiadają ze mną... Razem płaczemy... A
          teraz coraz częściej się smiejemy, z różnych jego zachowań...
          Z męzem tego nie robie, bo mąż nie chće rozmawiać na ten temat, a
          ja uważam, że muszę tą jego decyzje,uszanować...

          Po stracie kogoś bliskiego, wydaje nam się że nie przeżyjemy bez
          tej osoby, ani jednego dnia... Przeżyjemy... Jeśli nie damy się
          zniszczyć smutkowi... " Nieszczęście zrobi z Nas nową osobę, jeśli
          nie pozwolimy się zabić w trakcie tworzenia"...
          Nie dajcie się zabić dziewczyny... Bo jak Was czytam, to uważam że
          Jesteście CUDOWNE... Młode... A macie tak mądre podejście do
          śmierci... To żadka cnota... Wierzcie mi...
          Ludzie którzy nas otaczają, nic nie zawinili... Oni tylko nie
          umieją odnaleść się, w nowej jakże przykrej, sytuacji...

          Pozdrawiam Was Wszystkie z tego wątku, bardzo cieplutko...
          Życzę siły na przetrwanie... Beata-mama Marcina.

          P.S Irenko! Wybacz! Ty wiesz co... Ja zrealizuje to co obiecałam,
          tylko nie mam teraz w domu ani jednej książki-(

          • edzia764 Re: Jak dalej żyć? 16.11.09, 12:38
            Beatko ... dziekuje. Jak juz wczesniej pisałam ostatnio mam
            te "gorsze" chwile, ale tak musi być ... nie chce się poddawac ...
            wiec walcze Tak jak WY ..... Irena
            • 198-3mk Re: Jak dalej żyć? 16.11.09, 13:58


              Irenko...

              Z nami już tak chyba będzie, do końca naszego życia...
              Każdy nasz nowy dzień, będzie walką o przetrwanie... Walką o to, aby
              się nie poddać rozpaczy... Wierze, że Tobie oraz całej reszcie
              forumowiczów, jest bardzo cięzko... Ale uwierzcie mi... Nadejdzie
              taki dzień że będziecie się uśmiechać... Na poczatku bardzo
              nieśmiało... Może nawet pomyslicie ze tak nie wypada...
              Nauczycie cieszyć się życiem od nowa... Jeśli... Jeśli nie dacie
              zabić się rozpaczy...

              Ja czytajac wpisy mam z forum, czesto wpadam w dół...
              Często, zastanawiałam się czy dlatego że nie walczyłam z Bogiem...
              Nie złościłam sie na ludzi którzy przy mnie opowiadali o swoich
              dzieciach... Że otaczałam się kolegami Marcina...
              Myślałam, czy ja za mało Kocham Swojego Syna...? Że potrafiłam tak
              podejść do mojej rozpaczy...? Ze spokojem... Rozsądkiem...

              Dzieki Bogu, szybko znajdował się obok mnie, mądry człowiek, który
              uświadamiał mi, że moje zachowanie jest O.K...
              Żałobę można przezyć, nie niszcząc siebie... I kochając równie
              mocno... I do końca życia...

              Wiem że bez Boga, nie osiagnełabym takiej stabilności...

              Jeszcze raz pozdrawiam. Beata-mama Marcina.
        • maretta111 do kama0011 17.11.09, 10:35
          Tak czasem jest, masz męża, dziecko, czy dzieci tak jak ja ,a nikt nie rozumie
          tego że cierpisz, bo to tak jak świńska grypa, lepiej jej nie dotykać. "Oni
          chcą żyć" i żyją pełną parą... Marta
          • kama0011 Re: do kama0011 17.11.09, 11:03
            Maretta...
            Jakie to prawdziwe co napisałaś...
            śmierć i żałoba jest taka niedzisiejsza...każdy goni przez zycie,
            nie ogląda się za siebie, tu i teraz jest najwazniejsze. Nie ma
            czasu na zadumę, refleksje smutek łzy. To nie pasuje do dzisiejszego
            świata...
            Ja mam uczucie, że moja żałoba przeszkadza innym, nie chcą
            rozmawiać, nie chca słuchać, to za trudny temat... Dlatego czuję się
            taka osamotniona.
            Moi Rodzice mieli przyjaciół, rodzinę...za życia mieli. Teraz nie
            mają już nikogo...
            • maretta111 Re: do kama0011 17.11.09, 11:08
              jestem z Tobą
              • nestor81 Re: do Was 18.11.09, 20:41
                Wiecie, ja też nie mogę rozmawiać tak czesto jakbym chciała. A mam ochotę mówić
                o mężu. Rodzina jednak unika tego tematu, bo co? nie chca mi robić przykrości?
                ale przecież mi jest cały czas przykro... (co za małe i nieporadne słowo).
                Teraz kiedy chyba już wyszłam z depresji czuję, że muszę coś poukładać, a nie da
                się tego zrobić bez rozmów. Nawet jeżeli bedę potem płakać. Nawet jeżeli
                rozpłaczę sie publicznie.. Dzisiaj poryczałam się do słuchawki, bo mam problemy
                spadkowe, a co za tym idzie z ubezpieczniem auta i wpierw silnie, stanowczo
                rozmwaiałam, a potem trach, coś we mnei pekło i obcemu facetowi cięgnęłam nosem
                do słuchawki.. ech... ale tak jest teraz we mnei - jestem silna, bo musze być
                silna, bo wychowuję sama dziecko, bo musze nas utrzymać, muszę dbać o
                mieszkanie, musze pracować, wykonywać tę pracę dobrze, bo nie mogę przecież jej
                stracić. Wiec jestem silna, nawet jak cholera. Jestem nauczycielką, nie wolno mi
                przenosić na uczniów swoich problemów, bo wówczas byąłbym złą nauczycielką, wiec
                w szkole uśmiecham się, jestem pogodna, bo takie są dzieci, taka lubię być dla
                nich - energiczna i radosna. Nie wiem, może to maska, skuteczna samoobrona, moze
                kiedyś pęknie. Potem w domu przy małej też nie wolno mi się załamywać. Czas na
                ból mam wieczorami i kiedy jestem sama. Więc jestem silna, a jednak mam ochotę
                raz po raz płakać, mam ochotę raz po raz pokazać komuś swoją rozpacz. Bo jestem
                silna, a jednocześnie cierpię. I cierpieć bedę, z tego co czytam, z tego co
                czuję (minęło 8 miesiecy, ból się nie zmiejsza tylko jak słusznie, chyba Irena,
                napisała - zaczynamy go tolerować, oswajać, uczymy się z nim żyć)wiem, że to się
                nie zmieni, więc do cholery, dlatego ludzie nie rozumieją mojej żałoby? Czemu
                nie akceptują mnie kiedy jestem za bardzo pogodna, chociaż muszę, czemu nie
                akceptują kiedy się załamuję, bo też muszę, bo przeciez mam prawo. Mam wrażenie
                że 28 letnia wdowa to dla społeczeństwa, moich znajomych za wiele. Tego nie ma w
                słowniku, wdowa powinna być stara, chodzić w czerni, milczeć i umrzeć wkrótce po
                meżu, a skoro jestem młoda to hmm, nie wiadomo czy mi pozowlić płakać, czy
                pozwolić się śmiać, czy nie pozwalać na nic.
                Pie.dolone konwenanse i schematy. Tylko pytanie - damy się w nie zamknąć?
                • kama0011 Re: do Was 19.11.09, 09:48
                  No właśnie, Nestor ujęłaś w słowa to czego ja nie napisałam
                  wczesniej.
                  Powinnaś to, powinnaś tamto, musisz, stało się nie odstanie, trzymaj
                  się...te słowa działaja na mnie jak płachta na byka.
                  co ja powinnam? Co muszę? Dlaczego muszę? Ja to wszystko
                  wiem...tylko jak to zrobić, żeby chceć musieć, żeby chcieć móc...
                  Ludzie wokól nie pomagaja w wyjściu z dołu po utracie bliskich, oni
                  daja gotowe recepty. Ja w tej chwili potrzebuję pomocy ich wsparcia
                  i zrozumienia zeby się jakoś pomału móc wygrzebać, próbowac spojrzec
                  na świat z innej perspektywy...świat bez moich Rodziców :(
                  Nikt z moich bliskich nie wie jakie mysli przychodzą mi do głowy,
                  nikt nie chce rozmawiac ze mną o tym, w jakim stanie jestem teraz.
                  Drażnią ich moje łzy, fakt, że jestem bardzo płaczliwa i drobnostka
                  potrafi wyprowadzić mnie z równowagi, ale nie panuję na tym :( A
                  rady w stylu musisz być silna wcale do mnie nie trafiają. Bo na dziś
                  nie jestem wcale silna, tylko bardzo słaba, poraniona, każdy nerw na
                  wierzchu :(
                  wiem, że śmierć jest nieuchronna, jest wpisana w nasz byt...tylko
                  dlaczego strata moich Rodziców, obojga spotkała właśnie mnie????
                  Pytanie głupie...wiem, niestety wiem tez że odpowiedzi nie znajdę :(
                  • olaopolanka Re: do Was 19.11.09, 22:04
                    Nic nie musisz, nic nie powinnas...To sa tylko slowa, czesto ludzie tak mowia bo
                    boja sie swojej bezradnosci,nieporadnosci,boja sie ciszy,ktora jest wokol nas i
                    bolu,ktory jest w nas.A przeciez wytarczy niekiedy, aby pobyc tylko z
                    nami,pozwolic sie nam wyplakac,moze poraz kolejny i poglaskac po
                    glowie,przytulic,,,Pozdrawiam Cie bardzo cieplutko kama0011.
                    • kama0011 Re: do Was 23.11.09, 19:45

                      Dzis spotkałam taka znajoma, dawno się nie widziałyśmy, chociaz
                      mieszkamy w jednym bloku. Znów rozmowa, pytania o Tatę, co się
                      stało, dlaczego, czy chorował? Juz nie mam siły na to odpowiadać :(
                      Boli.
                      Jedno zdanie mnie zastanowiło, ale później, jak już się rozstałyśmy
                      i rozmyślałam o tej rozmowie. Powiedziała "tak naprawdę to sama już
                      zostałaś".
                      No i ma racje :( nie mam rodzeństwa, jestem jedynym dzieckiem moich
                      rodziców. Może nie sama jak palec ale jakoś...tak pusto wokół mnie :
                      ( Mąż i jego rodzina zupełnie nie odnajduja się w tej sytuacji. Dla
                      nich rozdział pt. moj Tata jest zamknięty, i nie ma co do niego
                      wracać. Żadnych rozmów, żadnego wsparcia.
                      Z dnia na dzień bardziej brak mi mojego Taty :(
                      • agalt Re: do Was 02.01.10, 23:21
                        kama0011 napisała:

                        > ( Mąż i jego rodzina zupełnie nie odnajduja się w tej sytuacji.
                        > Dla nich rozdział pt. moj Tata jest zamknięty, i nie ma co do
                        > niego wracać. Żadnych rozmów, żadnego wsparcia.

                        Bardzo Ci współczuję. Wiem, co czujesz. 8 lat temu zmarł mój Tata, a
                        9 miesięcy temu mój Ukochany.
                        Nie chcę usprawiedliwiać Twojego męża i jego rodziny, ale być może
                        to nie jest dokładnie tak, jak piszesz. Może tak to wygląda z Twojej
                        perspektywy. Ale może oni po prostu nie wiedzą, jak o tym rozmawiać.
                        Boją się, że powiedzą coś głupiego, albo coś, co sprawi Ci jeszcze
                        większy ból. Może sie rozpłaczesz, a oni pomyślą, że to przez nich.
                        Nie oddalaj sie od nich. To Ci nie pomoże.
                        Ja też prawie z nikim ze znajomych o tym nie rozmawiam. Zdawkowo
                        odpowiadam na pytania w stylu "Co u Ciebie?" To, że wprawię kogoś w
                        zakłopotanie, nie zmniejszy mojego bólu i tęsknoty ani nie da mi
                        sił, by żyć.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka