nastka.nastka
18.03.10, 11:16
Stratę Taty przezyłam prawie 1,5 roku temu. Wciąż borykam się z
żałobą. Czuję, że Jego choroba i śmierć (rak, od momentu diagnozy do
smierci minęły 3 tygodnie, więc był to dla mnie i całej rodziny
ogromny szok) zmieniło się moje życie i ja sama. Mam 33 lata, jestem
dorosłą osobą, a czuje się jak osierocone dziecko. Obok mnie, oprócz
rodziny, była w zasadzie tylko jedna bliska mi osoba, która
dzwoniła, rozmawiała (słuchała), była mądra i cierpliwie znosiła to
wszystko, z czym my - ludzie po stracie - borykamy się. Kontakt z
nią bardzo mi pomógł. Ja chyba dopiero teraz dostrzegam i zdaję
sobie sprawę z tego, jak wiele to dla mnie znaczyło. Jednocześnie,
zaczęłam odczuwać żal do tych, których nazywam swoimi przyjaciółmi i
którzy nazywają tak mnie, o to, że wycofali się, gdy potrzebowałam
wsparcia. Podczas kontaktów telefonicznych w tamtym okresie sama
zaczynałam mówić o swoich uczuciach - dawałam im więc odczuć, że
tego potrzebuję. Przypuszczam, że było im ciężko słuchać mnie i
słyszeć we mnie żal. Cóż miałam czuć? Nie słuchali, przerywali,
chcieli zmieniać temat. Myśleli chyba, że to dla mnie zbyt bolesne i
że nie trzeba o tym rozmawiać. A ja chciałam. Nie czułam z ich
strony wzmożonych kontaktów i opieki.
A dzisiaj siedzę i myślę o tym. Staram się ich zrozumieć - żadne z
nich nie przeżyło straty. Nie wiedzieli, jak się zachować.
Staram się ich zrozumieć, a jednocześnie odczuwam żal. Czy powinnam?
Czy nie za wiele od nich wymagałam? Czy to nie jest jednak tak, że
oni wykazali się egoizmem, bo reagowali obawą?
m.