Dodaj do ulubionych

posag a wiano

28.02.13, 09:10
To we wianie wniesła....


Czy posag a wiano, to to samo ? Szukam w internecie i wydaje mi sie, że terminologia nie jest uporzadkowana. Może się mylę.
Obserwuj wątek
    • seshat Re: posag a wiano 02.03.13, 21:13
      W epoce staropolskiej posag to nie to samo, co wiano. Posag wnosiła panna młoda, wiano to zabezpieczenie od strony męża (przeważnie powinno być równe wartości posagu) na wypadek jego śmierci. Owdowiała żona, jeśli nie zostawała na tzw. "wdowim stolcu" (np. gdy z małżeństwa nie było dzieci), wówczas odbierała swój posag oraz wiano jako swój majątek, z którego mogła żyć jako wdowa. W czasach akcji "Chłopów" nie było to już rozróżniane ani w kodeksie prawnym, ani nawet w tradycji. Stąd i wianem i posagiem określa się to, co kobieta wnosiła do majątku wspólnego.
      • seshat Re: posag a wiano 02.03.13, 21:55
        Małe sprostowanie, wiano składało się z oprawy posagu równej co do wartości posagowi i przywianka tejże samej wartości. Więc wdowa zabierała swój posag i jeszcze dwa razy tyle na otarcie łez :)
    • plater-2 oto co znalazłam w necie 03.03.13, 15:03
      Przed zawarciem małżeństwa podpisywano zwykle intercyzę majątkową, czyli umowę, w której określano przede wszystkim wysokość posagu, termin i sposób jego wypłacenia, termin i miejsce ślubu oraz sposoby zabezpieczenia majątkowej i prawnej sytuacji żony. Stronami byli zwykle rodzice młodych, choć zdarzało się, że kontrakt podpisywał czasem też pan młody. Umowę podpisywali niekiedy sami oblubieńcy, szczególnie gdy byli nie pierwszej już młodości, a zwłaszcza w wypadku, gdy panna młoda była wdową.
      Podstawowym ustaleniem zawartym w intercyzie była wysokość posagu. W sensie ścisłym posag (łac. dos) oznaczał część majątku, która przypadała córce z dóbr rodzinnych. Ojciec lub brat wyznaczali go córce lub siostrze najczęściej w postaci określonej sumy pieniężnej zapisywanej jako dług na dobrach ziemskich. Po wyznaczeniu i zapisaniu posagu kobieta dokonywała aktu wyrzeczenia się praw do majątku rodzinnego (łac. abrenuntiatio). Posag wniesiony przez żonę do małżeństwa musiał być zapisany na dobrach męża, który do sumy wyznaczonej przez rodziców czy opiekunów żony powinien dopisać jeszcze odpowiadającą jej kwotę wiana (łac. dotalitium, często przywianek). Te połączone sumy stanowiły zabezpieczenie majątkowej pozycji kobiety na wypadek owdowienia. Nazywano je albo wianem (w sensie szerszym), albo oprawą. Mąż zobowiązany był do tzw. oprawy posagu (łac. reformatio), czyli zapisania sum posagu i wiana żonie na połowie swych dóbr. Taki zapis musiał być wniesiony do ksiąg ziemskich lub później grodzkich. Dopełnieniem tych wszystkich formalności było tzw. dożywocie (łac. advitalitas), które zapewniało temu z małżonków, który przeżył drugiego, korzystanie z majątku po zmarłym do końca swego życia.
      Oprócz posagu, a czasem w ramach niego wychodząca za mąż kobieta otrzymywała także tzw. wyprawę (łac. expeditio muliebris). Składały się na nią najczęściej odzież, biżuteria, kosztowności i sprzęty domowe.
      Polskie prawo ziemskie nieco paradoksalnie umacniało pozycję prawną i majątkową samodzielność kobiety. W istocie w systemie tym nie chodziło o prawa kobiety, ale o interesy rodu, z którego pochodziła. Tak zwany rząd posagowy i rozdzielność majątkowa małżonków miały gwarantować, że w wypadku bezpotomnej śmierci kobiety jej majątek wróci do rodziców, braci lub dalszych krewnych. By kobietę uchronić przed wymuszaniem na niej niekorzystnych decyzji majątkowych, prawo przewidywało, że ważne transakcje i akty prawne mogła ona podejmować tylko w obecności dwóch krewnych z linii ojczystej (duo amicorum de linea paterna). Paradoksalnie to patriarchalne podejście zapewniało kobiecie silną pozycję w małżeństwie. Pełnię cywilnych i majątkowych praw zyskiwała jednak dopiero wdowa, traktowana często przez prawo ziemskie, a nawet publiczne, jak mężczyzna.



      Jeżeli żona nie miała posagu, prawo polskie wyznaczało jej pewną sumę z majątku męża. Był to tzw. zawieniec (pro crinili). Natomiast to, co mąż zapisywał żonie, nazywano przywiankiem.
      Dawne prawo polskie, zostawiając wysokość posagu zwyczajowi, zastrzegało, aby był dla męża użyteczny i aby po jego śmierci dostarczył utrzymania dla żony. Żona po śmierci męża była bowiem obowiązana rodowi zmarłego oddać jego zbroję, rynsztunek rycerza i konie, wydzieliwszy te, na których za życia męża jeździła.




      No i dalej nie rozumiem.... zemu w literaturze spotyka sie "ojciec hojnie corke wywianowal" ????
      • matylda1001 Re: oto co znalazłam w necie 04.03.13, 14:03
        Wiano i posag funkcjonowały w języku prawniczym, a w mowie potocznej musiały być luźno stosowane. Podobnie jak zaliczka i zadatek. Znaczą zupełnie coś innego, a większość ludzi nie dostrzega różnicy.
        • tt-tka Re: oto co znalazłam w necie 04.05.16, 16:32
          Praktyka owczesna, mowa o XIX wieku, byla taka - potocznie, nie w jezyku prawniczym :-) - ze posag stanowil konkret wnoszony do malzenstwa (ziemia, gotowka), a wiano stanowilo osobista wlasnosc zony, z ktorej mogla ona czerpac korzysci tylko dla siebie. W przypadku Jagny - jej posagiem jest 5 morgow, ale krowa, gesi ("co we wianie dostala, to nikto mocen odebrac") jest tylko jej. Zwykle zreszta bywalo tak, ze tzw kobiece gospodarstwo, czyli nabial, drob, nierogacizna, ogrod - stanowily przychod zony i zwyczajowo dysponowala tym ona. Mogla obrocic na wspolna korzysc, np ksztalcenie dzieci, dokupienie czegos, a mogla zuzyc na szmatki i korale, dajmy na to.
          Umowy w sferach innych niz wiejskie przewidywaly czesto tzw "budzet szpilkowy", czyli czesc dochodow gwarantowana dla zony, "porekawiczne", czyli procent (zwykle niewielki) z transakcji handlowych rowniez platny na rece pani. Jak sama nazwa wskazuje, na szpilki, na rekawiczki, czyli na drobne kobiece potrzeby.
          "Ojciec corke dobrze wywianowal" nalezy rozumiec - dal dobry posag, ale i zadbal i zabezpieczyl srodki do jej osobistego uzytku.
          Objasnienie czerpane z tradycji ustnej i lieterackiej, nie z kodeksow :-)

          Zawsze przy takiej okazji mnie trzesie, kiedy sobie przypominam drugie malzenstwo niejakiego Sienkiewicza Henryka - zona wnosila mu ogromny posag, z rocznym dochodem ok. 9 tysiecy i jej matka domagala sie klauzuli w umowie przedmalzenskiej, ze panna po zamesciu bedzie miala z tych dziewieciu tysiecy jeden - JEDEN - tysiac na swoje osobiste wydatki. na co buc w roli pisarza narodowego odpowiadal , ze "jego zona nigdy tyle wydawac na siebie nie bedzie". Co za dupek.
          • matylda1001 Re: oto co znalazłam w necie 05.05.16, 00:25
            No, patrzcie, Kumo... Na szczęście młodziutka panna się opamiętała i jak twierdziła nieoceniona Madzia Kossakówna, zwiała od małżonka zaraz po nocy poślubnej (podobno pełnej perwersji). W każdym razie po miesiącu ich małżeństwo nie istniało. Oczywiście Henio srodze zemścił się piórem, współcześni rozpoznawali nieszczęsną byłą małżonkę w postaci panny Linety Castelli a w pani Broniczowej jej zapobiegliwą matkę.
            • kot_kotando Re: oto co znalazłam w necie 05.05.16, 00:48
              To małżeństwo nigdy nie istniało. Teściowa załatwiła odpowiednie papiery w Watykanie.
              • matylda1001 Re: oto co znalazłam w necie 05.05.16, 02:13
                Teściowa załatwiła unieważnienie małżeństwa, ale to nie zmienia faktu, że w czasie nocy poślubnej tak czymś zraził do siebie młodziutką dziewczynę, że zwiała do matki. Sienkiewicz miał podobno skłonności homoseksualne. Małżeństwo z trzecią i ostatnią żoną, Marią Babską było ponoć szczęśliwe, ale opierało się bardziej na przyjaźni niż na amorach. Panna młoda w chwili slubu była już 42-letnią starą panną, a co to oznaczało w tamtych czasach to wiemy. Pan młody dobiegał sześćdziesiątki. Swoją żonę nazywał Markiem, tak się do niej zwracał.
                Wprawdzie z pierwszą żoną miał dwoje dzieci, ale przecież osoby homoseksualne często wstępują w związki heteroseksualne dla kamuflażu. Małżeństwo trwało tylko cztery lata, w tym dwie ciąże i ciężka choroba żony. Mógł udawać.
                • tt-tka Re: oto co znalazłam w necie 05.05.16, 03:18
                  Slyszalam plotke, nie wiem na ile prawdziwa, ze Sienkiewiczowi w chwili spelnienia puszczaly zwieracze. Jak od razu pierwszej wspolnej nocy zaslal lozko, ze tak powiem eufemistycznie, to osobiscie nie dziwie sie, ze panna byla w szoku. Ja, znacznie starsza i nie niewinna, tez bym byla.

                  Nie pamietam, ile przetrwalo malzenstwo, Samozwaniec chyba troche przesadzila. W kazdym razie 3-6 tyg. po slubie, kiedy dojechali do ktoregos wloskiego miasta, mloda zamieszkala tam w hotelu z matka, nie z mezem. Po czym zaczely sie starania o uniewaznienie.

                  NB slodki Henio z wlasciwym sobie taktem rozglaszal, ze kiedy wyrok zapadnie "Marynuszki juz nie bede mogl przyjac, choc gdybym zobaczyl ja bardzo nieszczesliwa, to chyba bym przyjal, a gdyby bardzo pokutujaca, to z pewnoscia". Tak jakby ona tego chciala !
                  • matylda1001 Re: oto co znalazłam w necie 05.05.16, 15:18
                    Ówczesny "świat" długo bawiła ta historia. Jeśli jeszcze przeciekały taaakie informacje, to mieli ubaw po same pachy. Teraz sobie uświadamiam, że gdy czytałam różne wspomnienia o Sienkiewiczu ludzi, którzy znali go osobiście, to z tego wszystkiego wyłania się obraz człowieka delikatnie mówiąc nieciekawego. .
                    • tt-tka Re: oto co znalazłam w necie 05.05.16, 17:12
                      Jakies dobre strony pewnie mial, nie ma ludzi bez zalet podobno. Gorale go lubili i szanowali, Sabala o nim dobrze mowil, a to dla mnie liczaca sie opinia. Podobno czytal swoje dziela i wyglaszal odczyty przepieknie, przejmujaco, ze znakomita dykcja. Ale w prywatnym rodzinnym zyciu rzeczywiscie byl malo zachwycajacy. Jako maz, jako ojciec...
                      Jako sluchaczka odczytow moglabym znac H.S. Poplotkowalabym ze smakiem o jego malzenskich przypadlosciach. Ale generalnie, zwlaszcza prywatnie, lepiej goscia trzymac z daleka.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka