sss9
26.05.06, 08:54
Rolę tradycyjnej Ślązoczki należy postrzegać zgodnie z zapożyczonym niegdyś od
Niemców powiedzeniem o trzech "K", które oznaczały: Kirche - kościół, Küche -
kuchnia i Kinder - dzieci. Owe trzy "K" - widziane w kontekście śląskiej
kultury - nie były, jak niektórzy sądzą, wyrazem dyskryminacji kobiety. Wręcz
przeciwnie - były jej dowartościowaniem!
Kościół
Zadaniem matki było stanie na straży pobożności wszystkich członków rodziny.
Ona uczyła dzieci modlitwy, pilnowała, by odmawiały ją przed snem i przed
jedzeniem. To matka przypominała wszystkim w domu o spowiedzi, wyganiała
punktualnie do kościoła, pilnowała postnego jadłospisu w piątek i podczas
postów. Pamiętała też, by w rocznicę śmierci krewnych zamówić intencję mszalną.
Natomiast w starszym wieku pobożną postawą przygotowywała się do śmierci,
przypominając całemu otoczeniu o rzeczach ostatecznych. Ta kościelna funkcja
kobiety i matki była silniejsza od niemieckiej czy późniejszej komunistycznej
propagandy, a jednocześnie co najmniej tak samo skuteczna jak wysiłek powstań
śląskich.
Kościelna funkcja Ślązoczki dawała jej potężną władzę nawet nad tym, jak "chop
mo sie oblec do kościoła". Kobieta mówiła: - Pódziesz w tym szakecie! (czyli
marynarce). I chłop już potulnie brał się za jego ubieranie.
Jak tu więc mówić, że kobieta była dyskryminowana?
Kuchnia
Obecności kobiety w kuchni nie można spłycać do obierania kartofli, czy
zmywania garów. Chodzi tutaj o kuchnię jako centrum domowego ogniska. To tu
przy posiłkach zbierała się cała rodzina, tu omawiało się najważniejsze
rodzinne sprawy.
Gdy ta kuchnia, w kulinarnym i ludzkim aspekcie, funkcjonowała prawidłowo -
rodzinie nic nie groziło. W tym kuchennym królestwie kobiety "chop niy mioł
nic do godanio!". Tak więc, można powiedzieć, to śląski chłop był w kuchni
dyskryminowany. Natomiast to dzisiejszy obyczaj pracującej zawodowo kobiety
jest nieludzki. No bo po pracy umęczona matka musi jeszcze zrobić zakupy i
szybko coś ugotować. Gdzie tu więc czas na jakieś ucztowanie? A kiedy jeszcze
zrobić porządki czy pranie?
Dzieci
Kolejnym zadaniem kobiety była troska o dzieci. W dawnej śląskiej rodzinie
było ich co najmniej kilkoro, ale liczba dzieci nikogo nie przerażała.
Natomiast dzisiaj spotyka się sądy, że tak liczna rodzina była wyłącznie
efektem nieuświadomienia seksualnego ludzi tamtych czasów, a zwłaszcza
kobiety. Jest to sąd krzywdzący i nietaktowny. Szkoda, że nikomu nie przyszło
do głowy, że może dawniej ludzie się bardziej kochali?
Tym, co mi się najbardziej podoba w tradycyjnej postawie śląskich matek, jest
ich gotowość do zmierzenia się z trudami dnia codziennego i umiejętność
"brania byka za rogi". Przede wszystkim nikt nie użalał się nad tym, że
kobieta musi rodzić dzieci - "no bo chop niy mo tego jak zrobić!". Nikt nie
płakał nad kobietą, że musi wstawać w nocy do niemowlaka - "bo przeca chop niy
mo cycków i na nic sie tu niy przido!".
A chłop co? Był na wczasach? Chłop miał na to całe domostwo zarobić, i to
dużo. To na jego głowie była reperacja dachu, węgiel w piwnicy czy naprawa
pieca. Do tego kobieta się nie wstyrkała, czyli nie wtrącała. Ona była
niezastąpiona w innych sytuacjach - kiedy dziecko "nasmoliło w galoty" trzeba
je było przewinąć, a kiedy dziecko się "usnoplało" (czyli pociekło mu z nosa),
matka ekspresowo obcierała mu ten kichol własną zopaską, czyli fartuchem. I po
krzyku.
Tak było! A czy matki na Śląsku są nadal śląskie? Zastanawiam się, czy o
tradycyjnych śląskich matkach należy mówić tylko w czasie przeszłym? Co wy na
to? Napiszcie!
slask@dz.com.pl