Dodaj do ulubionych

O tych, których już nie ma

18.05.05, 09:30
Na forum Zwierzęta przeczytałam smutny tekst o śmierci pieska. Wróciły moje
wspomnienia i znów mam gulę w gardle.
Założyłam ten wątek dla tych, którzy chcą się wypłakać i powspominać swoje
kotki hasajace teraz gdzieś tam, w innym świecie.
Jeśli taki wątek już był, przepraszam i proszę o linka. Dopiszę się gdy
pozbieram myśli i znajdę więcej czasu.
Wybaczcie smęcenie, tak mnie coś naszło...
Pozdrawiam smile
Obserwuj wątek
    • hakdil Re: O tych, których już nie ma 18.05.05, 10:15
      Fakt,wątek smutny,ale przeciez nie wykreślamy z pamięci naszych
      zwierzątek,których nie ma juz z nami...więc wpisuję sie tutaj.
      Mój pierwszy,ukochany kot to Laki-biała angorka.Żył w naszej rodzinie 11 lat.Co
      tu duzo pisac:był cudnym,ukochanym kotkiem.Najwiecej zajmowała sie nim
      mama,gdyz ja wyjechalam na studia,potem za granice,w koncu zamieszkalam w innym
      miescie,wiec to własnie ona przejęła obowiązki "mamki".I to mama była z Lakim w
      jego chorobie i potem,gdy umierał.Mama bardzo przeżyła jego śmierć,bardzo sie z
      Lakusiem związała,do dziś,gdy go wspominamy,to obie mamy łzy w oczach.
      Teraz mam Leosia,ale gdy pomyślę,ze mógłby cierpieć,ktos mógłby mu zrobic
      krzzywde....no co zrobię,ze jak kocham,nawet ktoś powie-"głupie zwierzę",to
      naprawdę silnie związuję sie emocjonalnie.
      Wczoraj chwilę oglądałam "Magazyn Report."w TV2,nie do konca,bo nie dałam
      rady,a wzruszeń silnych i tak negatywnych musze unikać(9mies.ciąży).Był o
      wiejskim psie bezdomnym.Łzy same leciały po policzkach.Chciałoby się zabrać to
      cierpienie ludziom,zwierzętom...ach....teraz ja mam gulę w gardle...
      Pozdrawiam Was,ludzi o wrażliwych sercach!
      • ludvika Re: O tych, których już nie ma 18.05.05, 20:41
        Tak myślałam, nie macie nastroju na wspominki. Maj bucha zielenią za oknem a ja
        tu zaduszki urządzam. Nic to, napiszę Wam o moim kocie.

        Myszkin - nauczył mnie co to znaczy kot.
        Trafił do nas prosto z ulicy jako kilkutygodniowe czarne nieszczęście, głodne i
        płaczące w listopadowy wieczór. Okazało się, że wie do czego służą kolana i
        kuweta, więc pewnie został skądś "eksmitowany". Przez kilka lat, do czasu
        urodzenia się naszej córki, królował niepodzielnie w domu, na klatce i
        balkonie. Okazał się psotnym łobuziakiem i wielkim łowcą. Jego trofea to cztery
        myszy, szczur i sikorka (tego daru nie doceniłam i dostał burę) oraz
        niezliczone ilości fruwającego robactwa. Lubił zabawy z latarką, skakał dwa
        metry w górę, wspinał się po zasłonkach, właził na najwyższe półki, choć wyrósł
        na dorodnego grubaska z wiszacym brzuchem. Jednocześnie pieszczoch nad
        pieszczochy, łagodny baranek dla naszej córki, która mu nieźle dała się we
        znaki.
        Stały bywalec kuchenny, wśród rozkoszy stołu na pierwszym miejscu stawiał
        wątróbkę; po takiej uczcie kuchnia wyglądała jak rzeźnia, bowiem kotek
        podrzucał kawałki aby na nie polować. Poza tym oliwki, kukurydza, śmietana,
        ciasto drożdżowe i... żelki owocowe.
        Żył sam, nie miał kolegi. Próby adoptowania sierotki z parkingu skończyły się
        szałem naszego księcia i daliśmy spokój. Teraz nie odpuściłabym; żałuję, że
        niekiedy całe dni spędzał samiutki. My często nie mieliśmy dla niego czasu,
        odpędzaliśmy gdy miauczał koło szafki gdzie ukryta była latarka, nie
        zauważaliśmy milczącej wpatrzonej w nas figurki, w ciągłym pośpiechu omijaliśmy
        wystawiony do głaskania brzuszek...
        Żył z nami siedem lat. Rak jelita złamał go w ciągu dwóch tygodni. Gasł i
        cierpiał bez skargi. Codzienne kroplówki, próby obrony przed włożeniem do
        koszyka resztką uciekajacych sił i ten biedny suchy szkielecik pod nastroszonym
        futerkiem. Nie udało się. Świat opłakiwał wtedy ofiary ataku na WTC a ja
        płakałam po moim kotku...
        Leży teraz sobie Myszkin na działce pod kołderką z zielonej trawy. A nam
        pozostały zdjęcia i lustro w przedpokoju z pocharataną jego pazurami ramą,
        której nigdy nie dam odnowić.
        • umfana Re: O tych, których już nie ma 21.05.05, 21:13
          Hm ... pięknie napisałaś o swoim Myszkinie.
          Ja podobne wspomnienie umieściłam na zamkniętym forum. Nie wypada mi przenosić
          go tutaj, więc muszę zebrać siły i napisać ponownie o moim Talizmanie. Jak będę
          miała wenę uczynię to. Wspomnienia są nadal bolesne, brakuję mi Jego i wielu
          innych Kotów, które w ciągu mego życia pojawiły się w moim domu.
          Pozdrawiam!Umfi :o(
    • stara78 O Militce 25.05.05, 08:45
      Militka była ze mną przez dwa krótkie lata.Nie wiem, czy dla niektórych nie
      byłoby to obrazą, ale kochałam ją jak siostrę.Łączyła mnie z Nią niesamowita
      więź. Swoim szóstym zmysłem Militka doskonale wyczuwała moje nastroje i
      wiedziała, kiedy bawimy się, a kiedy rozpaczamy i robiłyśmy to wspólnie. To był
      mój pierwszy kot, dla którego wyskakiwałam z szafy,czaiłam się za drzwiami,
      wydawałam różne dźwięki typu "khrrr", by urozamicić igraszki... To bez niej tak
      trudno mi zasnąć, kiedy nie czuję kociego ciężaru na karku. Militka na swój
      koci sposób dawała wszystkim do zrozumienia, że toleruje tylko mnie. Kiedy
      musiałam wyjechać, powrót przyspieszyły wieści, iż kociucha moja założyła
      głodówkę.Scena powrotu była jak z Szymborskiej - bardzo obrażone łapki i
      żadnych skoków, pisków na początek.Militka była również mamą- niezwykle
      troskliwą i dumną, swoje maluchy znosiła mi do łóżka, a przy porodzie
      koniecznie chciała mojej obecności- kiedy odeszłam, jednego kociaczka upuściła
      na korytarzu, "pędząc" za mną. Jak nie wracałam o czasie z pracy, to sikała
      przed drzwiami na znak protestu, a kuweta stała czyściutka. Dzielnie zniosła
      moje zamążpójście i po trochu zaczęła tolerować męża, który nota bene był
      niesamowicie zazdrosny o Nią. Kochała zlewy i umywalki - zawsze można było ją
      tam znaleźć, bez względu na zawartość. Brakuje mi jej... Parapety są puste,
      ubrania dziwnie wolne od jej białych kłaczków, nie potykamy się o buty
      przeciągnięte z przedpokoju i cicho jest, gdy za oknem przelatuje ptak lub
      bzykają muchy.
      Wędrówka po weterynarzach różnej maści trwała ponad dwa miesiące. Ostatni, w
      Wielki Wtorek, uśpił ją.Kiedy dostała drugi, uśmiercający, zastrzyk -
      zamruczała...
      Militka jest we mnie.
      • anmanika Re: O Militce 25.05.05, 09:26
        Mój Bonzuś....
        Pierwszy kot w moim życiu. Przyniosłam do domu maluśką rudą kuleczkę która od
        początku miała kłopoty ze zdrowiem. Jego mamę w ciąży ktoś wyrzucił z domu,
        przygarnęła sąsiadka rodziców. Urodziła 2 kotki, jednego przygarnęłam ja.
        Bonzik nie był kotem, był człowieczkiem na 4 łapkach. Nigdy nie psocił, zawsze
        reagował na "nie wolno" i nigdy tego już więcej nie robił. Uczył się
        wszystkiego błyskawicznie. Raz czy dwa razy nasypałam ziarno na parapet,
        przyleciały gołębie. Nazwałam to "telewizją". Następnym razem
        zawołałam: "Bonzik: telewizja"i kot już wiedział o co chodzi, pędził co sił w
        łapkach.
        Kochał mnie nad życie, mogło sto osób wejść na klatkę, jak tylko ja otwierałam
        drzwi na dole to już siedział pod drzwiami i miauczał.
        Nie ma słów które opisałyby jego wzrok jak przyniosłam do domu moją
        nowonarodzoną córę. Smutek, ból i oskarżenie o zdradę. Bonzuś który zawsze ze
        mną spał, jak byłam chora to szedł tylko do kuwety i do miski, tym razem
        opuścił mnie na ca 2 tygodnie. Później wrócił.
        W wieku 3 lat zmarł na ostre zapalenie trzustki. Gdybym tylko wiedziała, że
        zatwardzenia na które cierpiał były objawem przewlekłego zapalenia trzustki,
        ale tego nikt nie był wtedy w stanie zdiagnozować.
        Jednego dnia z przewlekłego zrobił się ostry a drugiego Bonzuś już nie żył.
        Byłam u Niego 30 min przed śmiercią. Leżał z maską tlenową na mordce bo już
        miał kłopoty z oddychaniem, jak usłyszał mój głos to zamiauczał z płaczem w
        głosie.
        Teraz też płaczę jak o tym piszę. Mam nadzieję, że w kocim raju jest ci dobrze
        ale wiedz, że ja bardzo wciąż tęsknię za Tobą mimo, że od Twojej śmierci minęło
        8 lat.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka