Dodaj do ulubionych

Władca pierścieni - niestety nie ja to wymyśliłem

04.03.04, 02:07
1. PRZEKŁAD 'KUSZENIA BOROMIRA' PIÓRA SAMEGO MISTRZA HENRYKA SIENKIEWICZA.

Dłoń jako bochen chleba na ramieniu niziołka położył – przyjaźnie niby, ale
dłoń owa drżała, na podniecenie wielkie wskazując. Hobbit cofnął się i
strach ogromny go ogarnął, przez co okrutnie wąsikami ruszać począł.
Wielkolud to był, dwakroć go wzrostem przewyższający, podkowy podobno w jego
rękach jakoby suche drzazgi trzaskały, owe zaś suche drzazgi miał w zwyczaju
ściskać tak, że sok z nich tryskał jakoby ze świeżego harbuza.
- Quo vadissss, Frodo? - zapytał Boromir, bo on to był we własnej osobie,
uśmiechając się przyjaźnie niby, aleć głos jego przecie wrogie nuty w sobie
zawierał.
- Precz! - rzucił hobbit bez namysłu, jak do natrętnych psów w Shire zwykł
krzyczeć. Zaraz też się zreflektował i sam swoich słów przeraził. Szczęściem
Gondorczyk na ton głosu jego atencji żadnej nie zwrócił, afektem palącym
wyraźnie trawiony.
- Przebóg, niełaskawym okiem waść na mnie spoglądasz – rycerz Gondoru ciągle
uśmiech sztuczny na twarzy swej malował, choć wargi mu niby branki elfie w
jasyr wzięte dygotały
- nie złodziej ja, ani zbójca żaden. Pierścienia Twego łaknę, prawda to, ale
wiedz, że nie dla prywaty, jeno li pro publico bono. Zali nie dasz mi
dyspensy, spróbować, chociaż, skoro ojczyzna w potrzebie? Zali? Przebóg
powiadam, odstąp mi Pierścień, a wszystko być może!
- Nie! Nie! - krzyknął Frodo - Mój ci on, mój ci jest!
- Gorze mi i gorze zdrajcy! - wrzasnął Boromir - Larum grają, a waść! Rzec
chciałem, że na koń nie siadasz, alem się chyba zapędził... Upadnie Gondor,
skoro tak lekce go sobie ważą! Waść szalony! Małym Rycerzem cię zwą,
powiadasz? A ja dla ciebie mam inne miano! Zdrajca! Zdrajca! Po trzykroć
zdrajca!
[...] Niedługo potem rzuciło się w wilczych skokach na rycerza z Gondoru ze
dwadzieścia, albo i więcej czarnych postaci, żołdaków przez Sarumana Białego
stworzonych, Boromir jednakowoż strząsnął ich z siebie, tak, że opadli, jako
owoc dojrzały opada z drzewa. Wnet spostrzegli, że z owym mocarzem, w którego
rękach podkowy jako te trzciny suche chrupały, szans w starciu nie mają,
przeto głosy się tu i ówdzie coraz mocniejsze dały słyszeć:
- Uk dajcie, uk.
Tak w czarnej mowie Mordoru nawoływali ci, którzy jako szyderstwo z elfów
stworzeni zostali. I poznał wtedy Boromir z Gondoru, że zbliża się godzina
śmierci.
Obserwuj wątek
    • trantor cd. 04.03.04, 02:07
      2. PRZEKŁAD 'KUSZENIA BOROMIRA' PIÓRA SAMEGO MISTRZA ADAMA MICKIEWICZA.

      Rękę na ramieniu położył hobbita
      Z jej drżenia nerwowość Frodo był wyczytał
      Na róg Boromira spojrzał - długi, cętkowany, kręty
      Pradawny skarb Gondoru, teraz na taśmie przypięty
      Boromir rzekł - Czemuś dla mnie taki nieżyczliwy?
      Jam nie żaden zbójca, jeno druh prawdziwy
      Pierścienia pragnę - aleć nie dla siebie
      Ojczyzna nasza z dawna jest w potrzebie
      Dla niej to uczynię, ona jest jak zdrowie
      Ile ją trzeba cenić, ten tylko się dowie
      Kto ją stracił - tu przerwał, rzekłbyś, się zdawało
      Że Boromir wciąż mówi, a to echo grało
      Wtem cisza, słychać jak wąż śliską piersią dotyka się zioła
      Więc jedźmy - rzekł Boromir. Nie! - Frodo zawołał
      Ten oczy błyszczące podniósł i płonące lica
      O, zdrajco! - zawołał - toż to Targowica!
      • trantor cd. cd. 04.03.04, 02:08
        3. PRZEKŁAD 'KUSZENIA BOROMIRA' PIÓRA SAMEGO MISTRZA ANDRZEJA SAPKOWSKIEGO.

        Położył na ramieniu hobbita rękę. Drżała. Widać było, że człowiek z trudem
        tłumi emocje. Hobbit cofnął się, zawadzając plecami o zwalony pień drzewa. O
        mało się nie potknął, ale odbił się od omszałego kloca przejmując jego energię,
        złapał równowagę i spojrzał w twarz mężczyzny. Mężczyzny dwa razy od siebie
        wyższego.
        - Musisz być piekielnie silny - powiedział Frodo.
        Zamiast odpowiedzi Boromir uśmiechnął się. To był paskudny uśmiech.
        -Patrzysz na mnie jak wróg - rzekł, zmieniając nagle wyraz twarzy – nie jestem
        złodziejem ani zbójcą. A ten Pierścień jest mi potrzebny – w rękach trzasnęła
        sucha gałązka - nie dla mnie. Dla ojczyzny. Ale czym dla ciebie jest ojczyzna?
        Czy to słowo w ogóle coś dla Ciebie znaczy? Przecież ty jesteś odmieńcem,
        mutantem. Niziołkiem. Kurduplem.
        - Nie nazywaj mnie tak - Frodo zacisnął wargi.
        - Użycz mi go. Oddaj mi Pierścień.
        - Nie! Nie! - krzyknął Frodo - Rada powierzyła go mnie.
        - Jesteś szalony - głos Boromira był chłodny - więcej, jesteś zdrajcą.
        - Nie oddam ci go, Boromirze z Gondoru!
        Boromir podniósł kąciki ust do góry i wyszeptał szyderczo:
        - Oddasz, Frodo, oddasz...
        Zbliżał się patrząc mu w oczy. To był błąd. Powinien był patrzeć na ręce. Po
        chwili nie widział już ani oczu, ani rąk. Frodo zniknął.
        • trantor cd. cd. cd. 04.03.04, 02:08
          4. PRZEKŁAD 'KUSZENIA BOROMIRA' PIÓRA SAMEGO MISTRZA KONSTANTEGO ILDEFONSA
          GAŁCZYŃSKIEGO.

          Teatrzyk 'Zielona Gęś' ma zaszczyt przedstawić: Kuszenie Boromira
          Osoby: Boromir (w tej roli nękany bólem egzystencjonalnym Alojzy Gżegżółka),
          Frodo (w tej roli nękany angeleologicznym Piekielny Piotruś)
          Miejsce: ustronne, leśne, wonne

          Boromir i Frodo (obserwują się spod wpółprzymkniętych powiek. Chwilę. Dłuższą)

          BOROMIR (w końcu)
          Dawaj Pierścień!

          FRODO (przekornie)
          Eee tam.

          BOROMIR (przybrawszy pozę i poćwiczywszy trochę "ł" tylnojęzykowe tudzież
          dystyngowane "h" nieme):
          Odwołuję się do twego honorru
          Nie zanoś go do Mordorru.

          FRODO
          Nooo dobra.
          (Oddaje Boromirowi Pierścień)

          BOROMIR (szczerze zdziwiony)
          Niedobrze, cała trylogia na nic.

          Kurtyna (zapada z żalem)
          • trantor cd. cd. cd. cd. 04.03.04, 02:08
            5. PRZEKŁAD 'KUSZENIA BOROMIRA' PIÓRA SAMEGO MISTRZA WALDEMARA ŁYSIAKA.

            Położył mu rękę na ramieniu. Hobbit spojrzał na dwa razy wyższego niż on sam
            człowieka. Wiedział, że siła nic tu nie wskóra. Wiedział dużo więcej.
            - Nec Hercules - powiedział cicho.
            - Timeo danaos et dona ferentes - odrzekł Boromir - Cieszę się, że tę sprawę
            mamy już wyjaśnioną. A teraz dawaj Pierścień.
            - Rada powierzyła go mnie!
            - Rada?... - uśmiechnął się Boromir i zadął w róg. Minutę potem Frodo leżał
            związany mocno liną elfów. Nad nim stali Merry, Pippin, Sam i Obieżyświat.
            - Dlaczego? - jęczał Frodo - i Ty, Samie?
            Sam wzruszył ramionami. Nagle, ni stąd ni zowąd podniósł je do góry. Na szyi
            czuł ostrze krasnoludzkiego topora. Cyniczny uśmieszek zastąpiony został
            strachem.
            - Róbcie to co on! Rzućcie broń! - usłyszeli głos Legolasa – I rozwiążcie
            Froda. Uważajcie, z tej odległości nie mogę chybić.
            - Dobra robota mości elfie - Gimli pozbierał prędko porzucony oręż i gładził
            ostrze toporka.
            - Skąd wiedziałeś? - wyrwało się Boromirowi. Krasnolud uśmiechnął się:
            - Galadriela mówi różne rzeczy w łóżku. Kobiety elfów są takie same jak inne -
            i Galli tez nie jest żadnym wyjątkiem.
            - Spałeś z Galadrielą?! - nie wytrzymał Aragorn - Spałeś z Królową ze Złotego
            Lasu?!
            - Eee tam, spałem - podkręcił wąsa Gimli - nie miałem czasu na spanie.
            - Rzućcie broń! - odezwał się nagle potężny głos.
            - Gandalf... - wyszeptał Legolas - Przecież ty nie żyjesz...
            - Według niektórych historyków tak - odpowiedział czarodziej z nutą triumfu w
            głosie - ale historię piszą zwycięzcy. Znacie ten cytat, prawda?
            • trantor cd. cd. cd. cd. cd. 04.03.04, 02:09
              6. PRZEKŁAD 'KUSZENIA BOROMIRA' PIÓRA SAMEGO MISTRZA BOGUSŁAWA WOŁOSZAŃSKIEGO.

              O godzinie 14.10 ręka Boromira spoczęła na ramieniu hobbita. Frodo Baggins
              spojrzał na człowieka. O czym myślał? Zapewne szacował swoje szanse w straciu z
              dużo wyższym i silniejszym człowiekiem. Wiedział, że są niewielkie. Ręka
              księcia Gondoru drżała. Wtedy padły znamienne słowa:
              - Nie jestem zdrajcą. Jestem przyjacielem, a Pierścienia pragnę dla
              uratowania mojej ojczyzny.
              -
              Czy Boromir mówił prawdę?

              No cóż, Frodo miał jeden podstawowy argument: to, że Rada powierzyła Pierścień
              jemu. Co odpowiedział Boromir? Otóż zaczął słownie atakować niziołka, nazywając
              go zdrajcą i zarzucając mu, iż ten chce oddać Pierścień Czarnemu Władcy. Jakie
              mogły być tego konsekwencje? I najważniejsze pytanie - czym był ów klejnot,
              jakie straty i korzyści mogło przynieść wykorzystanie go przez aliantów.

              Czy Sauron miał coś wspólnego ze Stalinem? Ostatnie badania historyków dowodzą,
              że obaj panowie S mieli ze sobą wiele wspólnego. Podobno samochód Wołga,
              którego projekt Stalin zatwierdził osobiście, był wzorowany na Grondzie,
              starożytnym taranie używanym przez wojska Mordoru, między innymi do
              szturmowania bram Minas Tirith.

              Wracając do rozmowy Frodo Bagginsa z Boromirem z Gondoru. Czy toczyła się ona w
              przyjaznej atmosferze? Otóż nie.
              • trantor cd. cd. cd. cd. cd. cd. 04.03.04, 02:09
                7. PRZEKŁAD 'KUSZENIA BOROMIRA' PIÓRA SAMEGO MISTRZA ALEKSANDRA HRABIEGO FREDRY.

                BOROMIR (stojąc nad hobbitem)
                Gdy Gondoru nie chcesz zguby
                Dajże mi swój Pierścień luby

                FRODO (przestraszony)
                Jakże to tak, mocium panie?
                A Drużyna? A wezwanie?

                BOROMIR (patetycznie)
                Gdy ojczyzna jest w potrzebie
                To poświęcić trzeba

                FRODO
                Siebie?

                BOROMIR (z szyderczym uśmiechem)
                Ciebie, ciebie.

                FRODO
                Ale za co?

                BOROMIR
                Boś jest zdrajca i ladaco
                (znów podniośle)
                Sprawy w swoje czas wziąć ręce
                Dla ojczyzny swej w podzięce

                FRODO
                Czyś ty aby nie pijany?

                BOROMIR (groźnie)
                Jak śmiesz, malcu zakichany!

                FRODO
                Prawisz mocium...

                BOROMIR (grożąc palcem)
                Już ja sprawię!

                FRODO (nie zwracając uwagi)
                ... jakbyś wierzył w to co prawisz.

                BOROMIR (zgrzyta zębami)
                Dajcie mi do ręki brzeszczot
                Niech poczuje smak mych pieszczot
                Hobbit, mocium, tfu, cóż gadam!

                FRODO
                Słucham i aż zdziwion siadam

                BOROMIR (pozornie się uspokaja)
                Wybacz Frodo, daj na zgodę
                Po cóż nerwy w lata młode

                FRODO (kiwa głową z niedowierzaniem)
                Nie, nie wierzę w ani słowo

                BOROMIR
                Daj mi rękę, ręczę głową

                FRODO
                Że co ręczysz?

                BOROMIR
                Żem przyjaciel

                FRODO (na stronie)
                Nie mój chyba
                (głośno)raczej
                Mocno wątpię w twe intencje

                BOROMIR (zaciska zęby)
                Daj na zgodę, precz pretensje

                FRODO (zakłada pierścień)
                Zgoda?

                BOROMIR (krzyczy)
                Zgoda!

                FRODO (niewidzialny)
                Furda zgoda!
                Sam waść sobie rękę podaj!
                • trantor Re: cd. cd. cd. cd. cd. cd. 04.03.04, 02:10
                  8. PRZEKŁAD 'KUSZENIA BOROMIRA' PIÓRA SAMEGO MISTRZA MIRONA
                  BIAŁOSZEWSKIEGO.

                  Boro
                  Mir w borze
                  Boro
                  Mir łamie
                  O Boże
                  Do Froda
                  Gada
                  Kawał
                  Gada
                  Dawaj
                  Pierś
                  Cień
                  Bo ci
                  Pierś
                  Cień
                  Wieczny
                  Ogarnie
                  A Frodo
                  Ogar
                  Odwa
                  Nie
                  Powiada
                  I znika
                  Boromir fika
                  Szuka przeciwnika
                  A na
                  Przeciw
                  Nik T
                  Bo Frodo
                  Boro
                  Miro
                  W
                  I
                  Cyk
                  I znikł
                  • b00g13 re.... 04.03.04, 02:27
                    ludzi czasem po nocach ciśnie dusioł jakiś straszny i przychodzą tu i tam. a ja
                    sobie siedzę i patrzę tylko kiedy piąta zero dziwięć.

                    ave joemonster;P
                    • trantor Re: re.... 04.03.04, 02:36
                      dopiątejczasudużotymniemniejjednakuważamże.
                  • aard Re: cd. cd. cd. cd. cd. cd. 15.11.05, 11:16
                    3. PRZEKLAD 'KUSZENIA BOROMIRA' PIÓRA SAMEGO MISTRZA MIKOŁAJA REJA.

                    Wprzódy rękę swą na ramyeniu hobbita gestem niby przyjacielskim złożył był, aże
                    drgayonca była, tedy perturbacyje wielkie zdradziła. Takoż i tyły podał hobbit,
                    na lico dwakroć jako on rosłego męża siły ogromney zerkayonc.
                    - Zali wżdy wilkiem na mnie zezuyesz - rzekł Boromir - ać jam ci ni zbóy,ni
                    złodziey. Pierścień jeno mieć twój pragnę. Zasię nie dla mnie on, jeno oćców
                    ziemyę salwować mi trza. Daj mi go przeto, bom go godzien. Daj, ać ja Pierścień
                    wazmę, a ty pocziwaj.
                    - Nie! Nie! - krzyknął Frodo - Pierwej mnie on przynależał!
                    - Gore! Dalibóg zawżdy zdrada, krugom i krugom, ode samego poczęcya świata!
                    Zdrayca! Wiedz, iże źle czynisz! I jeszcze yedno wiedzyeć ci trzeba - aże słów
                    twoych sensu potomni nie pojmą, chocie podobno nie gęsi i swój jenzyk mają!
                    • aard Re: cd. cd. cd. cd. cd. cd. 15.11.05, 11:19
                      PRZEKŁAD 'KUSZENIA BOROMIRA' PIÓRA SAMEGO MISTRZA STANISŁAWA WYSPIAŃSKIEGO.

                      BOROMIR
                      Patrzysz na mnie spode łba
                      Nie uchodzi tak. Nie trza

                      FRODO
                      Boś urósł wielki jak piec.

                      BOROMIR
                      Więc?

                      FRODO
                      Nic

                      BOROMIR
                      Ty się boisz mego ruchu
                      Aleć się podśmiewasz w duchu

                      FRODO
                      Nie.

                      BOROMIR
                      Dasz mi pierścień dla ojczyzny
                      Nim zaleczę wszelkie blizny

                      FRODO
                      Mnie go rada powierzyła

                      BOROMIR
                      Bo ci naiwnie wierzyła
                      A tyś kto? Zdrajca

                      FRODO
                      Jak to?

                      BOROMIR
                      Miałeś chamie złoty pierścień
                      Oddawaj i nie wierć się
                      Zdrajco.

                      FRODO
                      Zdrajco?

                      BOROMIR
                      Jako rzekłem: Gondor trzyma się mocno.

                      FRODO
                      Kółko zrób na czole, boś chyba ciut chory
                      I uważaj, bo mam wizję godną Wernyhory
                      Pierścień nie chochoł, łatwo się nie spali
                      Iść trzeba do przodu, choćbyśmy się bali
                      Rzekli nam, że droga tamże jest nierówna
                      Nie poleci orzeł w gó***
                      • aard Re: cd. cd. cd. cd. cd. cd. 15.11.05, 11:21
                        PRZEKŁAD 'KUSZENIA BOROMIRA' PIÓRA SAMEJ MISTRZYNI MARII RODZIEWICZÓWNY.

                        Boromir, książę Gondoru, położył swa rękę na ramieniu hobbita.
                        Ten spojrzał na oblicze człowieka - szlechetne kiedyś, teraz jakąś złością
                        obleczone. Potem popatrzył na szatę księcia, na żupan karminowy, z guzikami
                        rogowymi, wykończony złotą lamą, ze stójką. Zerknął też szybko na spodnie z
                        dobrej jakości materiału, brązowe, takie jakie zwykli nosić myśliwi. Na szary
                        płaszcz, niezwykle cenny, mimo, że pognieciony, i na zapinkę złotą w kształcie
                        liścia mallornu. Taką samą jak jego.
                        - Czego chcesz - wyszeptał Frodo.
                        - Pierścienia. Dla swojego kraju. Naprawdę - głos Boromira brzmiał szczerze,
                        choć nieco chrapliwie.
                        - Ale przecież rada powierzyła go mnie? - Frodo obracał w palcach złoty
                        pierścień, najcenniejszy klejnot w całym Śródziemiu. Był niespokojny, ciężko
                        dyszał.
                        - Ale - Boromir pogładził ręką swoje gęste kasztanowe włosy. Ten ruch miał
                        wyćwiczony, i trzeba przyznać, że wykonywał go z gracją - ale ty jesteś
                        zdrajcą, bo chcesz go zanieść do Mordoru.
                        - Ja? - zdziwił się Frodo, patrząc prosto w szare oczy człowieka - Wcale nie.
    • aard Przegenialne! 04.03.04, 11:35
      Puszczam w obieg :-)
      • trantor Hm :) 04.03.04, 11:38
        aard napisał:

        > Puszczam w obieg :-)


        A może drogi Aardzie, przerobimy to na surreal jakowyś :)?
    • trantor hm, spróbujmy 04.03.04, 12:02
      PRZEKŁAD 'KUSZENIA BOROMIRA' PIÓRA SAMEGO SURREALISTY TRANTORA

      Położył na ramieniu wieżowca glistę. Drżała. Widać było, że glista z trudem
      tłumi emocje. Wieżowiec cofnął się, zawadzając oknami o zwaloną gumę do żucia.
      O mało się nie potknął, ale odbił się od papierka po gumie, przejmując jego
      energię, złapał równowagę i spojrzał w twarz źdźbła, dwa razy od siebie
      wyższego.
      - Musisz być piekielnie silny - powiedział wieżowiec.
      Zamiast odpowiedzi źdźbło uśmiechnęło się. To był paskudny uśmiech.
      -Patrzysz na mnie jak wróg - rzekło, zmieniając nagle wyraz kłosów – nie jestem
      złodziejem ani zbójcą. A ten balkon jest mi potrzebny – w kłosach trzasnęła
      sucha gałązka - nie dla mnie. Dla musztardy. Ale czym dla ciebie jest
      musztarda? Czy to słowo w ogóle coś dla Ciebie znaczy? Przecież ty jesteś
      odmieńcem, mutantem. Wieżowcem, budynkiem, piętrowcem.
      - Nie nazywaj mnie tak - wieżowiec zacisnął wargi.
      - Użycz mi go. Oddaj mi balkon.
      - Nie! Nie! - krzyknął wieżowiec - warzywa powierzyły go mnie.
      - Jesteś oponą - głos źdźbła był chłodny - więcej, jesteś zupą.
      - Nie oddam ci go, kłosie z Poznania!
      Kłos podniósł kąciki łodyg do góry i zaśpiewał szyderczo:
      - Oddasz, oddasz...
      Zbliżał się patrząc mu w okna. To był błąd. Powinien był patrzeć na windę. Po
      chwili nie widział już ani okien, ani windy. Kłos zniknął.
      • aard Skorom wyzwany od tablicy... 04.03.04, 14:42
        PRZEKŁAD 'KUSZENIA BOROMIRA' KLAWIATURY SAMEGO RED NATCHA

        Napluł na stopy wiewiórki z helikoptera. Drżała. Widać było, że wiewiórka nie
        wie ni wiórka, skąd u niej te emocje. Ścierka cofnął się, zawadzając połami o
        połowę połowu całej Unii Eyropejskiej w tym o karpia po grecky.
        O małą się nie potknął, bo wystarczająco nie wystawała, ale odbiło mu się,
        piernął po sumie i przejmując jego (pierdu owego)
        energię, złapał się za uszy, żeby się przyjęło. Dmuchnął w nos kochera, dwa
        razy od siebie wyższego.
        - Nie przejmuj się - powiedział ścierka.
        Zamiast odpowiedzi kocher uśmiechnął się. To był paskudny uśmiech. Ale liczą
        się dobre chęci.
        - Patrzysz na mnie jak w róg - rzekł, zmieniając nagle natężenie płomienia –
        nie jestem tabaką ani speedem. A to śmigło jest mi potrzebne – w płomieniu
        błysnął zły niebieski ognik - nie dla mnie. Dla mojego pingwina. On bez tego
        nie może latać. Ale czym dla ciebie jest
        pingwin? Czy to słowo w ogóle coś dla Ciebie znaczy? Przecież ty jesteś
        z Afryki. Jesteś kserem, z białym papierem.
        - Nie nazywaj mnie tak - ścierka zacisnął łatę.
        - Użycz mi go. Oddaj mi śmigło.
        - Nie! Nie! - krzyknął ścierka - nie wiesz, że wiewiórka kokosowa powierzyła go
        mnie.
        - Jesteś gulaszem - głos kochera był głodny - mniej, jesteś zupą.
        - Nie oddam ci go, sztukmistrzu z Lublina!
        Kocher podniósł klapę, spod któej wyjrzał Gustlik i zaśpiewał szyderczo:
        - Mój dziadek dał mi psa...
        Zbliżał się mierząc mu w dziurę po kiju od szczotki. To był bałwan. Powinien
        był patrzeć na narożnik. Najważniejsze rzeczy dzieją się w narożnikach. Tam
        właśnie ręczniki bywają bohaterami gali boksreskiej. Po
        chwili nie widział już ani łaty, ani taty. Kos kwiknął.
        • maginiak ROTLF!!! 05.03.04, 10:48
          aard napisał co napisał:-)

          No, aardzie, takim Cię właśnie lubię - oczywiście między innymi:-)
          • maginiak Dzierzbór litrówki :-)))) /nołrotlf tylko roflt:-) 05.03.04, 10:52

          • aard :-) 05.03.04, 11:51
            maginiak napisała:

            > aard napisał co napisał:-)
            >
            > No, aardzie, takim Cię właśnie lubię - oczywiście między innymi:-)

            A konkretnie, to między którymi?
            • maginiak Re: :-) 05.03.04, 12:14
              aard napisał:
              > A konkretnie, to między którymi?

              Między Smalcem i Tegesem:-).
    • wiedzmun moja propozycja 04.03.04, 14:47
      PRZEKŁAD "KUSZENIA BOROMIRA" PIÓRA SAMEGO MISTRZA ANDRZEJA LEPPERA


      Dłoń położył mu na ramieniu i powiedział:
      - Balcerowicz musi odejść!
      Na to dzielny Frodo, choc juz nieco przerazony:
      -There is no other way!!!
      • wiedzmun moja propozycja- reaktywacja 04.03.04, 15:14
        PRZEKLAD „KUSZENIA BOROMIRA” SAMYCH BRACI WACHOWSKICH

        Miejsce: Śródziemie, Matrix

        Boromir podszedł do Froda i jakby zatroskanym i nieco drżącym głosem rzekł:
        - Wiem, Frodo co cię trapi, to ten pierścień i pytanie, pytanie, które męczy
        mnie samego od dnia, kiedy wkroczyłem, na tą ścieżkę…- popatrzył prosto w oczy
        Froda i już nie był w stanie ukryć pożądania do Jednego. Szybko, więc skończył
        zdanie- dlaczego nie wybrałem niebieskiej pigułki…?
        Frodo nie wiedział co powiedzieć, był sam, mały w nowym położeniu, ale nagle
        przypomniały mu się słowa Morfeusza, tfu, tfu, psa urok, Gandalfa oczywiście i
        powiedział:
        - Znam kung- fu.- a pomyślał no teraz Wachowscy, to przegięliście.
        - Pokaż mi- rzekł Boromir, w fachu bicia i picia obeznany.
        Zaczęła się walka, w której to Boromir starał się pokazać Frodowi drogę do
        oczyszczenia umysłu. Frodo jednak w pewnym momencie nie przeskoczył z kamyka na
        kamyk i ze wstydem uciekł w las. Boromir ze złością zdążył krzyknąć za nim:
        - Przejrzałem cię- idziesz nas sprzedać Smith’owi, tfu, tfu Elrondowi!!!- potem
        uświadomił sobie, ze Elrond jest OK. i że zapewne pobiegł do tego całego
        architekta, tfu, tfu Saurona…
        • aard Wiedźmun reactivated :-)))) 04.03.04, 15:48
          Wiedźmunie,
          witay znuff f sieci.
          W imieniu Narodu i Kiera.
          aA
          Rd

          PS. Drugie jest extra :)
          • wiedzmun Re: Wiedźmun reactivated :-)))) 05.03.04, 11:54
            siec mnie ogarnela do tego stopbnia, ze wszstko widze w kratke :)
            dziekuje za powitanie- wielce unizon Sir Wiedźmun de Surble ##############
            • neochuan szkota, żeś nie widział tego... 05.03.04, 14:42
              wiedzmun napisał:

              > siec mnie ogarnela do tego stopbnia, ze wszstko widze w kratke :)
              > dziekuje za powitanie- wielce unizon Sir Wiedźmun de Surble ##############

              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10322&w=9745384&a=9745805
              czyli: witaj w klubie.
    • szprota Przekład "Kuszenia Boromira" pióra samego... 09.03.04, 00:41
      ...Terry'ego Pratchetta.


      "Karczmarz postawił przed wędrowcami kufel oraz misę ze strawą, składu której
      lepiej było nie dociekać. Na pewno był w niej majeranek. Co do reszty –
      pozostawało mieć nadzieję, że wszystko skończy się na świeceniu w nocy i
      przejawianiu zdolności psychokinetycznych. “Ile?” – spytał Legolas
      telepatycznie, nie tyle celem testu, co przez nieuwagę (Frodo miał w kubraczku
      niesamowicie frapujące rozcięcie, skłaniające do wielu zaskakujących
      przemyśleń). Karczmarz posmutniał jeszcze bardziej i konwencjonalnie utkwił
      wzrok w blacie. Frodo przechwycił jego spojrzenie i poznał uczucie nałogowego
      palacza przekonanego, że ma jeszcze ostatniego papierosa, gdy ten tymczasem
      został wypalony na początku. Ogarnęła go zgroza wobec takiej pustki w czyimś
      umyśle.
      Legolas pomyślał, o ile łatwiejsza byłaby komunikacja, gdyby te pogańskie rasy
      również nauczyły się telepatii. Sam posługiwanie się głosem uważał za prostacko
      jednowymiarowe. Poza tym nieczęsto używane struny głosowe emitowały dźwięki
      łudząco podobne do tych, jakie wydawałby trup astmatycznego alkoholika spod
      wieka trumny (o ile oczywiście tak oryginalny i nowatorski pomysł przyszedłby mu
      do głowy. Ale o to nie było obawy. Trupom alkoholików rzadko przychodzą do głów
      pomysły związane z jakąkolwiek aktywnością fizyczną. To domena trupów
      sportowców. Jeśli już, to raczej teoria zunifikowanego pola).
      - Wybaczcie panie – zareagował Frodo, którego myśl była chyża jak rumak, ściślej
      biorąc, jak dobrze podpasiony wałach. Karczmarz eksplodował wulkanem energii:
      otworzył szerzej oczy*. – O cenę chciałem spytać.
      - Słuszne pytanie – mruknął Karczmarz z niewysłowionym smutkiem i ostatnim
      wysiłkiem wyrzucił z siebie słowo. – Pięć.
      “Łże!” – wrzasnął mentalnie Legolas jednocześnie z elfio-niziołkowo-klasztornym
      metysem siedzącym przy sąsiednim stoliku (najwyraźniej nieobca mu była Moc, na
      co mogły wskazywać lewitujące ponad stolikiem kufle z czymś, co w menu nosiło
      nazwę “piwo”, a w tutejszym żargonie – “mocz wieloryba”). Tylko jedno z nich
      zrobiło to świadomie.
      Frodo nie był dyplomatą. Sam nie umiał kłamać, nie wyczuwał kłamstw innych i
      zdemaskowanie łgarza przekraczało jego kompetencje. Dlatego postanowił udać, że
      nic nie wie i uśmiechnąć się rozbrajająco. Udało się to tylko w połowie: uśmiech
      hobbita kojarzył się raczej z ukrytą za plecami siekierą niż bezbronnością
      pijanego dziecka we mgle. Na ten widok Karczmarz zachłysnął się, postąpił krok
      do tyłu, spiął się do kolejnego wysiłku krasomówczego i wygłosił: - Właściwie… trzy.
      Frodo, uszczęśliwiony, że jego misterny atak psychologiczny poskutkował, sięgnął
      po sakiewkę (Karczmarz widywał już większe sakiewki. U niektórych kapłanów
      odbierających należność za pochówek. Nigdy u wędrowców, którzy zamawiali
      najtańsze jadło i napój, który wyglądał, jakby już był kilkakrotnie
      przefiltrowany przez nerki). Hobbit nie zamierzał drążyć tematu pięciu i trzech,
      gdyż jak każda niezbyt rozgarnięta osoba, miał silnie rozwinięty instynkt
      samozachowawczy. Ignoranci stwierdziliby potem, że miał więcej szczęścia niż
      rozumu.
      Boromir położył utrudzoną rękę na pluszowym ramieniu Froda i z kamienną twarzą
      surowego kapłana cierpiącego na chroniczne zatwardzenie rzucił okiem w stronę
      Frodowej sakiewki. Oko wpadło do środka i zamrugało z pretensją.
      - Pierścień – mruknął leniwie Boromir.
      Wśród niektórych kultur wysunięcie dolnej wargi i nagłe zainteresowanie własnymi
      paznokciami dowodzi wysoko rozwiniętego intelektu. Ale Frodo nigdy takich nie
      spotkał. A intelektu dowodzić nie musiał, gdyż wykazywał się nim na co dzień:
      był w stanie policzyć do dwudziestu bez zdejmowania skarpet. Dlatego łagodną
      zadumę zasygnalizował jednym z bardziej spektakularnych zezów (obiekty, na
      których koncentrował wzrok mieściły się w przedziale: od malowniczych pajęczyn
      pod sufitem do kałuży jakiejś cieczy na czymś, co pełniło funkcję podłogi,
      uformowanej w kształt, na widok którego Freud zakrzyknąłby z radości i
      wygrzebałby z niego około dwudziestu sympatycznych świństewek). Boromir
      postanowił wytrzymać to starcie. Wsparł chropowaty podbródek na chropowatej
      dłoni, drugą lekko wachlując spocone oblicze. Najwyraźniej przejął ten gest od
      siedzącej dwa stoliki dalej elfki, która istotnie wyglądała na głęboko zamyśloną
      (ale elfki zawsze tak wyglądają. Nawet te o czterocyfrowym ilorazie
      inteligencji, do trzech miejsc po przecinku, ustawicznie sprawiają wrażenie,
      jakby usiłowały podważyć ogólną teorię względności), jednak nie wziął pod uwagę
      różnicy w ogólnym wyglądzie. Krótko mówiąc, jego poza nie kojarzyła się z żadnym
      procesem myślowym, a raczej z oganianiem się od much, które notabene istotnie
      rzuciły się do panicznej ucieczki, przerażone mikrotrąbą powietrzną wywołaną
      przez ruch jego dłoni wielkości średniego bochenka.
      W tym samym momencie zza pleców karczmarza wyrósł jego pomocnik, wielki mistrz
      tajemnych wywarów, które klienci chcąc nie chcąc nazywali nalewkami (jeśli
      bowiem nazywali je inaczej – jak na przykład “czachozgniotami” lub
      “poniewierkami owocowymi” – przestawali być przezeń obsługiwani. A nie było to
      miejsce, gdzie takie rzeczy załatwiano za pomocą podobizny delikwenta na tablicy
      ogłoszeń i podpisu “tego pana nie obsługujemy”. Można było się spodziewać, że na
      tablicy ogłoszeń zawiśnie raczej oryginał) Był, jak to się często zdarza wśród
      przyjaciół, biegunowo odmienny od właściciela zajazdu, o fizjonomii typowo
      krasnoludzkiej i dużo milszym niż oni obejściu, jeśli ktoś za takie uważa tanie
      komplementy podawane tonem kasjera z hipermarketu i szereg grymasów połączonych
      ze szczerzeniem nielicznych, zróżnicowanych kolorystycznie zębów.
      Frodo uśmiechnął się kwaśno, Krasnolud jednakże wziął ten uśmiech za dobrą
      monetę (choć w jego przekonaniu złych monet nie było), szerszą prezentacją
      szczerb i palety brązów zasygnalizował odwzajemnienie uśmiechu i powtórzył za
      Karczmarzem: - Trzy. A następne piwo na koszt firmy.
      - Co prawda nie pijam piwa – odparł wdzięcznie Frodo, uznawszy za niestosowne
      reagować homofobicznym wstrętem . – Ale mój towarzysz nie omieszka, jak tuszę.
      Prawda, Legolas? Legolas!!!
      - Co? – ocknął się Legolas, który wykorzystał ów antrakt na dalszą kontemplację
      pobliskiego wycięcia w kubraczku i miał jeszcze przed oczami różowiutkowłochate
      plamki. – A tak, piwo. No. Chętnie. Lubię. Bo jest mokre.
      - Suchego nie serwujemy – odparł krasnolud tonem osobnika świadomego, że właśnie
      genialnie spointował rozmowę i poklepał poufale Froda, pracowicie zezującego w
      poprzednim przedziale.
      - ! – odparł nieco wzburzony Frodo, a Karczmarz majestatycznie powędrował po
      drugi kufel.
      Krasnolud nie poszedł w ślad za nim, a wręcz przeciwnie, stał nadal obok stolika
      wędrowców, produkując cały zestaw intrygujących z medycznego punktu widzenia min
      i potępieńczych świstów oraz kiwając się na informujących o traumatycznym
      dzieciństwie wysokich obcasach.(...) "
    • yavorius by Terry Pratchett 05.04.04, 23:16
      5. Przekład Kuszenia Boromira pióra samego mistrza Terry'ego Pratchetta*

      Położył na ramieniu hobbita rękę. Glurp - pomyślał Frodo. Ta myśl wracała i
      wracała. Była jak klathiański bumerang**. Hobbit spojrzał w twarz człowieka,
      który przewyższał go wzrostem niemal dwukrotnie, a siłą zapewne jeszcze
      bardziej. Zastanawiał, skąd ma jeszcze odwagę, żeby patrzeć mu w twarz. I
      dlaczego czuje się taki mały. Wszystkie te przemyślenia przerywało regularne
      glurp - niziołek instynktownie czuł, że to określenie najbardziej pasujące
      do tej sytuacji. Wyczerpujące temat.
      - Patrzysz na mnie nieżyczliwie - rzekł Boromir - A ja nie jestem złodziejem
      czy zbójcą. Potrafię wszystko umotywować. Na przykład:
      potrzebuję Pierścienia dla zbawienia mojej ojczyzny. Albo: daj mi go, bo
      chcę sprawdzić, czy na pewno ma taką moc, jak to się mówi. Albo umówmy się,
      że wypożyczysz mi go na korzystnych warunkach, a ja zwracam ci go w ratach
      po upływie dwunastu miesięcy, bez żyrantów. Zgoda?
      - Nie! Nie! - krzyknął Frodo - Rada powierzyła go mnie.
      - Umowę możemy spisać od ręki - kusił człowiek.
      - Nie! Nie! - hobbit trwał przy swojej linii obrony.
      - Tak? Tak? - zasugerował przebiegle Gondorczyk.
      - Nie! Nie! - nie dał się podejść Frodo.
      Nie było to takie trudne. Usta same mu się już układały, intelekt nie musiał
      nawet podpowiadać właściwych słów. Więc nie podpowiadał.
      - No i próbuj tu być miły dla niziołka - westchnął Boromir - jesteś zdrajcą.
      Zdrajcą - przerwał na chwilę - myślisz, że wzbudzając poczucie winy wymogę
      na tobie oddanie Pierścienia?
      - Nie! Nie! - odpowiedział Frodo.

      ----
      * To nie nasz autor, ale też dobry.
      ** Kłahtiański bumerang po wyrzuceniu nie wracał. W każdym razie nie sam.
      Zawsze z całą rodziną klathiańskich krewniaków i znajomych. Próba pozbycia
      się ich wywoływała efekt prosty do obliczenia przy pomocy wzoru na postęp
      geometryczny, przyjąwszy, że system społeczny bumerangów preferował rodziny
      w systemie 2+5.
    • szprota coś z podobnej beczki 18.02.05, 15:58
      aga o Geralcie Barbarzyncy
      Wiedzminska rutyna
      [Š 1998 by John MacKanacKy (mkk@sapkowski.fantasy.art.pl)]

      - Panie... nie odchodźcie... oni wrócą w nocy. Zostańcie, do końca
      życia wdzięczność... Nie zostawiajcie.
      Gość zatrzymał się przed drzwiami. Odwrócił się powoli, mierząc
      wzrokiem po całej izbie i czterech trupach leżących w posoce. Czarny kocur
      podreptał w stronę okna brodząc we krwi. W chałupie unosił się kwaśny
      zapach przypalonej maki. Chłop bezradnie rozłożył ręce.
      - Co zechcecie, dam, czego tylko zażądacie... Ratujcie, panie!
      Na zarośniętej twarzy przybysza zarysował się paskudny uśmiech.
      - Nie wiesz co mówisz. I lepiej, żebyś w język się ugryzł... Wiele
      razy słyszałem już podobne słowa. I zawsze kończyło się tragicznie. Nie
      dla mnie.
      Smatuchowi ręce opadły. Rzucił okiem za siebie, na skulona przy piecu
      kobietę, podciągnął portki i spojrzał w oczy mężczyzny. Nim zdążył
      mrugnąć, musiał odwrócić wzrok.
      - Wiec co powiedziałeś? Powtórz. - spokojnie powiedział nieznajomy. -
      Czy dasz mi to, czego zażądam?
      Chłop przełknął ślinę, pochylił głowę i pokiwał nią potwierdzająco.
      Kobieta zachlipała i zaszlochała. Kot zamiauczał i wyskoczył na zewnątrz.
      Nieznajomy, wbrew oczekiwaniom obecnych, nie zaśmiał się złowieszczo.
      - Ech, chyba zaczynam wpadać w rutynę... - powiedział do siebie
      smutno. - Ale co ma być, to będzie. Oby cos ciekawszego, niż ta smarkula
      ostatnio...
      - Pomogę ci. - dodał na glos. - Zostanę na noc. A jeśli się uda, ty w
      zamian...
      Smatuch skurczył się, bliski płaczu.
      - Dasz mi to - wyrecytował nagle przybysz w czarnym płaszczu - co w
      domu zastaniesz, a czego się nie spodziewasz. Wiedzmin Geralt, miło mi.

      * * *

      - Chwilunia, przecież ja jestem w domu! To jest mój dom, jakkolwiek
      by to nie wyglądało... czy pachniało.
      Geralt zazgrzytał zębami. Zaraza, pomyślał, wiedziałem, ze cos tu
      jest nie tak. Rutyna. Trzeba cos wymyśleć...
      - No tak, oczywiście, że jesteś. Myślisz, że nie zauważyłem? No to
      wyjdziemy teraz na zewnątrz i za kilka minut wrócimy. Uprzedź żonę, że
      wychodzisz.
      Chłop popatrzył na wiedzmina baranim wzrokiem. Już otworzył szerzej
      usta, by cos powiedzieć, ale Geralt błysnął na niego oczami. Szczeka
      zwarła się z kłapnięciem.
      - Maryśka... my, ten tego, wychodzimy. Po papierosy. Zaraz wrócimy.

      * * *

      - Panie Garalt, długo jeszcze będziemy tu marznąć? Wracajmy już...
      Wiedzmin podrapał się w zarost pod broda. Podszedł do chłopa,
      poklepał go po ramieniu.
      - Widzisz, Smatuch... powiedz, nie nudzi ci się tutaj? Może
      pojedziemy gdzieś razem, pokażę ci kawał świata... poznasz ciekawych
      ludzi. Czarodziejki... Wrócimy za jakieś... dziewięć miesięcy...
      Chłopina już szerzej ust nie mógł otworzyć ze zdumienia.
      - A... ale Maryśka, ona chora jest, niedomaga...
      - Niedomaga? Hm. No to wrócimy za rok... no dwa dla pewności. -
      powiedział w zamyśleniu Geralt.

      * * *

      Minęły dwa lata. Woda w pobliskim jeziorze dwa razy zamarzała i dwa
      razy odmarzała.

      * * *

      Wstał świt. Kury skończyły piać, zaczęły więc koguty. Czarny kocur
      wskoczył na parapet i przeciągnął się ziewając. W izbie było już ciepło,
      lekko śmierdziało przypalona mąką. Przy piecyku krzątała się kobieta.
      Nuciła wesołą piosenkę.

      A z zarania w niedziele,
      posła dziewka na ziele.
      I nalazła złota nic,
      i usiadła wianek wić.

      Kot zamiauczał leniwie i usadowił się bokiem do słońca.

      Zajechał jej dróżkę kun,
      z piekła rodem wiedzmun.
      I posądził ją na stołku,
      dal jej Mewy w kociołku.

      Kobieta przerwała na moment śpiewanie, zamieszała dokładniej kasze,
      wzięła trochę na łyżkę i spróbowała.

      Naści, pij to piwecko,
      Mała Ciri, kurwecko...
      Bomhard cię obroni,
      Gerarda pogoni.

      Nagle huknęły drzwi.
      - Maryśka! Już jezdem z powrotem! Papierosów we wsi nie było, tośmy
      z Geraltem do Nilfgaardu pojechali!

      * * *

      Geralt się nie pomylił. W chałupie oprócz kobiety i czarnego kocura,
      było tez dziecko. Chłopiec. Na oko półtora roku. Znaczy, ze kobieta nie
      tak bardzo niedomagała, jak to wyglądało. Wiedzmin uśmiechnął się
      paskudnie.
      - Smatuch, czyś ty oszalał? Tak mnie sama zostawić, z trupami w
      mieszkaniu! A w nocy przyszli, tak jak mówiłeś... i byłoby po mnie, gdyby
      nie jeden taki wojak, co tu przyjechał i wszystkich ich wymordował.
      Strasznie ich pociął, straszniej niż ten twój wiedzmin od siedmiu boleści!
      Chłop popatrzył z zakłopotaniem na Geralta i nalał mu jeszcze piwa.
      - No dobra, głupio to wyszło. A ten tu bękart to czyj? Ledwiem
      wyjechał i jużeś pól wsi do łóżka zaprosiła?
      - No przecie czymś zapłacić za ratunek musiałam... Ale on miły był,
      nawet piosenkę taka jedna mnie nauczył, zaraz wam zaśpiewam!

      A z zarania w niedziele,
      posła dziewka na ziele...

      - A zawrzyj ty już ta japę, bo nie zdzierżę! - warknął Smatuch i
      pociągnął ze swojego kufla. - I dobrze się stało, ze Geralt bierze
      dzieciaka do siebie... my tu zaczniemy wszystko od początku... Dobrze
      będzie.
      Wiedzmin wstał i podszedł z kuflem do wyrka, gdzie leżało dziecko.
      Schylił się nad nim i przyjrzał z bliska.
      Te oczy, pomyślał, skąd ja znam te oczy... Podrapał się po bliźnie na
      karku i łyknął piwa. Oczy... rybie oczy... rybie!

      * * *

      - Hej, Geralt, oddychaj! - krzyczał Smatuch klepiąc krztuszącego się
      piwem wiedzmina po plecach. - Wypluj to świństwo i oddychaj!
      - Już! Zaraza... już. - wysapał Geralt i usiadł, cały mokry. - Oczy,
      rybie oczy...
      Smatuch podszedł do kobiety trzymającej dziecko i spojrzał na małego
      krytycznie.
      - No faktycznie dzieciak uroda nie grzeszy. Oj, Maryśka, ciemno w
      izbie być musiało... Ale Geralt, nie frasuj się... Bierzesz go przecie do
      tego waszego wiedzminskiego fachu, a tam uroda po kij, no nie?
      - Kwestia szczęścia. - powiedział Geralt, wziął dziecko i wyszedł.

      * * *

      Minęło dziesięć lat. Woda w pobliskim jeziorze dziesięć razy
      zamarzała i dziewięć razy odmarzała.

      * * *

      - Fiszaj, podejdź tu, synku.
      Chłopiec posłusznie zbliżył się do czarodzieja. Ten zlustrował go
      wzrokiem i uśmiechnął się. Fiszaj zadrżał na ten widok.
      - Nie bój się. Znasz mnie przecież. I Geralt mnie zna. Dobrze, ze do
      mnie się zwróciłeś. Ja z ciebie mogę zrobić prawdziwego wiedzmina. On
      nie.
      - Tak, mistrzu Vilgefortz. - chłopiec znowu zadrżał, tym razem z
      gniewu. - On i reszta tej Kaermorhenowskiej chałastry... powiedzieli, ze
      nie potrafią już przeprowadzać Próby Traw. A ja wiem, ze oni nie chcą,
      żebym został wiedzminem!
      Czarodziej znowu się uśmiechnął.
      - Ironia losu... Ten, który ciebie stworzył, zrobił to dla mnie.
      Wiedzminska rutyna. Kiedyś się zemścisz, chłopcze...
      Vilgefortz podszedł do zakurzonego, drewnianego stołu. Obok stały
      flakoniki i torebki z tajemnymi, wiedzminskimi eliksirami i ziołami.
      Mężczyzna wziął jeden z pojemników z zielona cieczą.
      - Zamknij oczy, Fiszaj. I wypij to.
      Chłopiec posłusznie wykonał polecenie. Teraz wszystko zależy ode
      mnie, pomyślał Vilgefortz. Dawno, bardzo dawno tego nie robiłem... Ale
      tego się nie zapomina.

      • szprota cd 18.02.05, 16:00
        * * *

        - Smatuch! Wróciłeś!
        - Maryśka! Kochana!
        Rzucili się sobie w ramiona. Kobieta zaśmiała się dźwięcznie i cos
        zaszeptała do ucha chłopowi. Ten odsunął się nagle rozpromieniony.
        - Jak to, dzieciaki? Przecie jednego mięliśmy...
        Geralt uśmiechnął się paskudnie. Wszystko tak, jak przewidział.
        - No rodziłam... W chałupie są. Czworaczki...
        Wiedzmin zbladł.

        * * *

        Od samego rana wszystko psuło mu humor, wprawiało w przygnębienie i
        złość. Wszystko. Złościło go, że zaspał, przez co samo rano stało się
        praktycznie samym południem. Denerwował go brak Fiszaja, który nie wrócił
        na noc do warowni. Denerwował go koszmar, który mu się przyśnił i który
        pamiętał... czworaczki, psia mac. Czworaczki i Prawo Niespodzianki!
        Wiedzminska rutyna, zaraza.
        - Geralt! Wstawaj! Fiszaja znaleźliśmy! - usłyszał Coena zanim ten
        wparował do komnaty. - Martwy prawie... ale dycha.

        * * *

        - Nie podoba mi się to. Chłopak chyba przedawkował. Tylko skąd wziął
        fisstech? - zapytał w zadumie Vesemir. Geralt siedział obok na brzegu
        łóżka, Coen stal plecami do nich i patrzył przez okno. Na zewnątrz wiatr
        raz po raz trzaskał okiennicami.
        - To nie fisstech. To Próba Traw. - stwierdził Geralt spokojnie. -
        Nie wiem jak, nie wiem kto, ale chłopak przechodzi właśnie Próbę Traw.
        Vesemir zakasłał nerwowo. Coen wciągnął powietrze i zamknął oczy.
        - Wszystko się wyjaśni góra za dziesięć dni... - kontynuował
        wiedzmin. - Wiedzminska rutyna...

        * * *

        Minęło dziesięć dni. Mrówki w pobliskim lesie dziesięć razy
        odbudowywały dziesięciokrotnie skopane przez Coena swoje mrowisko.

        * * *

        - No wiec biegnę Mordownia, tak jak mi Coen kazał, nagle patrzę, a tu
        jakąś postać tuż przede mną! Potknąłem się, wywróciłem i zgasło światło...
        kompletnie. Później zobaczyłem jeszcze szare, falujące niebo i wydawało mi
        się, ze mam zajebiscie dopalony refleks. A potem...
        - Fisstech. - stwierdził spokojnie Vesemir. - Skąd wziąłeś?
        - Nie przerywaj mu. - powiedział Geralt patrząc przyjacielowi w oczy.
        - Mów dalej, Lisz... Fiszaj.
        - No, tego. Potem niebo zawaliło mi się na głowę i już nic nie
        widziałem. Aż się teraz obudziłem.
        Coen spojrzał na Vesemira, ten na Geralta. Geralt chciał spojrzeć na
        chłopca, ale wolał nie widzieć jego rybich oczu. Zawsze dostawał od tego
        gęsiej skórki i swędziała go blizna na karku.
        - No wiec, er, myślę, że możemy być ze sobą szczerzy. Fiszaj, jesteś
        już wiedzminem. Trening nie potrwa już długo. Przezimujesz jeszcze tutaj,
        później jesteś wolny. Coen skombinuje dla ciebie medalion, Vesemir
        znajdzie ci prawdziwy miecz z meteorytu. Moja rola się skończyła.
        Przeznaczenie zwyciężyło. I wiedzminska rutyna.

        * * *

        - Dzień dobry... Po ile te medaliki? O na przykład ten z rybia
        głową... Trzy korony? To poproszę...

        * * *

        - Dzień dobry... Chciałem kupić miecz. Nieee, nie taki. Musi być
        niecodzienny... O, myślę, ze ten wygląda interesująco. Tak, widzę, ze to
        miedz. Potrzyma się tydzień w rozgrzanym oleju wymieszanym z krowimi
        plackami i będzie wyglądać jak stal nie z tej ziemi. Ile place?

        * * *

        Minęła zima. Woda w pobliskim jeziorze zamarzła i odmarzła, mrówki w
        pobliskim lesie zamarzły i już nie odmarzły.

        * * *

        Plotka zastukała kopytami na dylach mostu. Kaer Morhen zostało w
        tyle. Wiedzmin się odprężył. Wolny, myślał, nareszcie wolny. Koniec z
        niespodziankami, niańczeniem dzieci... Za stary na to jestem.
        - Geralt.
        Odwrócił się. Zapachniało bzem, agrestem i tetrą.
        - Yen.
        Wolny, skarcił się w myślach, zaraza, za wolny... Trza było szybciej.
        - Jak to: szybciej? - zapytała mrużąc oczy.
        - No, eee, tego, śpieszyłem się właśnie do ciebie... - zająknął się
        wiedzmin i szybko zmienił temat. - Mam dla ciebie dobre wieści. Fiszaj się
        usamodzielnił.
        Yennefer podeszła do niego i uśmiechnęła się serdecznie.
        - Cieszę się. Ja tez mam dla ciebie dobre wieści. Pamiętasz, jak
        wspominałam ci o tej kuracji, którą przechodziłam u Nenneke? No wiec się
        udało! Jestem w ciąży! Już wiem, to będą czworaczki! Za miesiąc.
        Wiedzmin zbladł. Wbrew wiedzminskiej rutynie.

        * * *

        A później cała woda i wszystko dookoła zamarzło. I tak już zostało.


        KONIEC

        John MacKanacKy

        mkk@sapkowski.fantasy.art.pl


        Pisane w lutym 1998
    • aard Bajka o smoku i księżniczce 13.04.05, 10:01
      Bajka o smoku i księżniczce

      Piękna księżniczka została uwięziona w zamku strzeżonym przez smoka.
      A oto różne wersje zakończenia opowieści w zależności preferencji
      muzycznych rycerza-wybawcy.

      POWER METAL:
      Bohater przybywa na białym jednorożcu, umyka smokowi, ratuje
      księżniczkę i kochają się w zaczarowanym lesie.

      HEAVY METAL:
      Bohater przybywa z kumplami na harleyach, zabija smoka bekając i
      pierdząc przy tym, opróżnia parę puszek z piwem i zabawia się z
      księżniczką.

      PUNK:
      bohater przybywa bez hełmu, bo mu na irokeza nie wchodzi, patrzy
      zdegustowany na zamek, kontestuje smoka, olewa księżniczkę, stwierdza,
      że bajki są no future, po czym oddala się w siną dal i posuwa pierwszą
      napotkaną żabę.

      VIKING METAL:
      Bohater przypływa okrętem wikingów z drużyną brodatych Germanów,
      zabija smoka swoim potężnym toporem, zdziera zeń skórę i zjada go,
      gwałci księżniczkę na śmierć, kradnie wszystko co do niej należało, i
      na koniec podpala zamek.

      AMBIENT:
      Rycerz przyjeżdża, zsiada z konia i stoi bez ruchu, gapiąc się na
      smoka. Zaintrygowany smok też stoi bez ruchu. Wkurzona brakiem rozwoju
      wydarzeń księżniczka naparza ich po głowach wałkiem do pieczenia
      ciasta, po czym oddala się szukając rycerza słuchającego punka.

      DEATH METAL:
      Bohater przybywa z lasu, cały oblepiony chrustem i igliwiem. Smok chce
      go odstraszyć ryczeniem, na co rycerz sam zaczyna ryczeć, tak, że smok
      wnet dostaje ze śmiechu ataku apopleksji i umiera w okrutnych
      męczarniach. Bohater przelatuje księżniczkę, po czym zdziera z niej
      skórę tarką do obierania warzyw.

      REGGAE:
      Bohater jest tak uwalony zielem, że zamiast do zamku trafia do
      browaru. Tam pojedynkuje się z beczkami z piwem, myśląc, że to smoki,
      aż w końcu przybywa G. W. Bush i wsadza go do Guantanamo za kontakty z
      zaświatami.

      BLACK METAL:
      Bohater przybywa o północy dopiero co wstawszy z krypty (przez co
      okrutnie śmierdzi), zabija smoka, nabija jego zwłoki na pal przed
      zamkiem, upodla księżniczkę, odprawia rytuał wypicia jej krwi przed
      zabiciem, następnie korzystając z kości smoka i księżniczki odprawia
      czarną mszę ku czci Swarożyca i Dadźboga. Dadźbog przybywa na wezwanie
      i zabija rycerza.

      GORE METAL:
      Przybywa bohater, zabija smoka i rozrzuca jego wnętrzności przed
      zamkiem, gwałci i zabija księżniczkę. Następnie gwałci martwe ciało
      raz jeszcze, rozcina jej brzuch i wyjada jej wnętrzności. Wtedy gwałci
      padlinę kolejny raz, podpala zwłoki i dokonuje gwałtu po raz ostatni.

      POEZJA ŚPIEWANA:
      Przybywa bohater, spoziera na ogrom smoka i dochodzi do wniosku, że
      nigdy nie zdoła go pokonać. Wpada w depresję i popełnia samobójstwo.
      Smok zjada go oraz księżniczkę na deser. Tak kończy się ta smutna
      historia.

      PROG:
      Przybywa bohater z gitarą i gra 26 minutowe solo. Smok sam się zabija
      ze znudzenia, bohater dociera do sypialni księżniczki, gra kolejne
      solo używając wszystkich technicznych zagrywek i pasaży dźwięków,
      które opanował ostatnimi czasy w konserwatorium. Księżniczka ucieka,
      rozglądając się za rycerzem preferującym heavy metal.

      GLAM ROCK:
      Zjawia się bohater, smok pada ze śmiechu na jego widok i pozwala mu
      wejść do zamku. Bohater kradnie księżniczce kosmetyki i maluje cały
      zamek na piękny, różowy kolor.

      NAJBARDZIEJ ALTERNATYWNA ALTERNATYWA:
      Bohater przybywa wierzchem na wiewiórce, zsiada z niej, skacze na
      lewej nodze, gada coś bez sensu i macha jajkiem przyczepionym do
      pomarańczowej sznurówki. Mainstreamowy smok obrzyguje go plastikiem,
      na co rycerz rozwala go puszczając z kwadrofonicznego zestawu dzwięki
      wiertarki nagrane od tyłu. Księżniczka nawet chciałaby pocałować
      wybawcę, ale cóż począć, skoro ma on cztery pary oczu, szczęki, czułki
      na głowie i cały jest jakiś taki zielony.

      NU METAL:
      Bohater przyjeżdża zajechaną Hondą Civic, pojedynkuje się ze smokiem,
      ale ulega spaleniu po tym, jak zbyt niski krok w jego spodniach zapala
      się od smoczych płomieni.

      INDUSTRIAL:
      Przybywa bohater w połyskującym płaszczu, wykonuje obsceniczne gesty
      przed smokiem za co opuszcza krainę baśni w towarzystwie ochroniarzy.

      GRIND METAL:
      Zjawia się bohater, wykrzykuje coś zupełnie niezrozumiałego przez dwie
      minuty i odchodzi.

      HIP-HOP
      Bohater przyjeżdża najlepiej odpicowaną bryką w całym NY, zalewa smoka
      stekiem bluzgów i baterią automatycznych miotaczy graffiti klasy
      dres-blok. Smok, ogłupiały idiotycznym, jednostajnym beatem serwowanym
      przez rycerza zamienia się w toster. Bohater kradnie księżniczkę i
      włącza ją do swojego 120-osobowego haremu.

      TRASH METAL:
      Bohater przybywa, z prędkością światła wpada do zamku i ratuje
      księżniczkę, po czym gwałci ją w równie szybkim tempie (około 3
      sekundy).

      I bonusowo:
      POLSKA ALTERNATYWA:
      Garbaty rycerz po prostu zabija kulawego smoka i uwalnia brzydką
      księżniczkę.

      IN ABSENTIA PORCUPINE TREE:
      Rycerz zabija smoka i uwalnia ksiezniczke, po czym okazuje sie ze
      rycerz jest impotentem, ksiezniczka mezczyzna, a smok tylko tamtedy
      przechodzil w drodze na piwo.

      ROCK PSYCHODELICZNY:
      Rycerz przybywa w kolorowej zbroi na glowie zamiast helmu ma wieniec z
      kwiecia u boku dynda mu wielka faja wodna. Ani mysli walczyc ze
      smokiem. wspolnie biora kwasa po czym gapia sie pare godzin przed siebie
      kontemplujac przyrode. Ksiezniczka w tym czasie nago plasa po lace.

      FLOWER KINGS I POCHODNE:
      Rycerz nadjezdza w blyszczacej totalnie odpicowanej zbroi. Ma ogromny,
      pelen runow i ozdob miecz. Po drodze jednak
      zbacza z traktu przez co podroz zajmuje mu 10 razy wiecej
      czasu niz powinna. Smok czekajac na niego zjada ksiezniczke.

      ZESPOLY POKROJU CREED:
      Rycerz jest maly i watly. Jedzie na osiolku. Zbroje zrobil sobie sam
      jednak po drodze zaczela sie rozpadac ma wiec na sobie tylko gdzieniegdzie
      kawalki blachy. Wyciaga osobiscie wykuty wielki miecz dwureczny po
      czym upuszcza go. Pare razy probuje podniesc wytezajac sie ze
      wszystkich sil. Nic z tego. Podbiega do smoka i z calej sily kopie
      go w kostke. Smok patrzy na niego zdziwiony po czym odgryza mu noge.
      Rycerz dostaje furii i skaczac na jednej nodze bije go rekami. Smok odgryza
      mu
      druga noge i obie rece. Bohater wykrawawia sie na smoka starajac sie
      ugryzc go w palec. Smok zabiera zniesmaczona cala sytuacja ksiezniczke
      i wspolnie zyja dlugo i szczesliwie.

      MATH-ROCK
      Rycerz przybywa w czarnej zbroi na pieknym, czarnym, rumaku. Spoglada
      na smoka smutnymi, czarnymi, oczyma po czym milczac wbija mu miecz dokladnie
      2,5 cm ponizej serca. (jak wiadomo jest to najwrazliwsze miejsce na
      ciele smokow) Smok ginie. Rycerz kresli mieczem na piasku dwa okregi,
      wbija miecz w ziemie, pada na kolana i zaczyna plakac. Ksiezniczka
      podchodzi pytajac co sie dzieje. Rycerz odpowiada jej ze i tak nie
      zrozumie.

      FOLK klasyczny (tj. z lat 60)
      Rycerz przyjeżdża starym chevroletem. Protestuje przeciw uwięzieniu
      księżniczki, co oczywiście nie odnosi żadnego skutku, a następnie
      - o ile lubi Joni Mitchell - wdaje się w egzystencjalne refleksje na
      temat faktu owego uwięzienia, po czym odjeżdża pełen satysfakcji z
      moralnego zwycięstwa.

      TECHNO
      Rycerz przybywa pojazdem kosmicznym i pokonuje smoka przy użyciu
      joysticka. Niestety, sam okazuje się robotem. Księżniczka ucieka w
      poszukiwaniu fana czegokolwiek innego.

      MUZYKA ELEKTRONICZNA (old school a la JMJ, TD etc.)
      Rycerz przylatuje pojazdem przypominającym "Enterprise", z głośnym
      szumo-świstem zabija smoka przepiękną smugą lasera i odlatuje z
      księżniczką w jasne, błękitne niebo, pomiędzy śnieżnobiałe obłoki.
      Niestety, dręczą go wątpliwości, czy zabijając smoka nie naruszył
      równowagi ekologicznej.

      JAZZ TRADYCYJNY
      Rycerz w czarnym garniturze, czarnym kapeluszu i białych butach
      przyjeżdża czarną limuzyną i zabija smoka z pistoletu automatycznego
      "tompson". Następnie palnikiem acetylenowym pruje sejf należacy do
      smoka, by zabrać z niego kosztowności, po czym kupuje księżniczce
      białe futro i zabiera ją do najelegantszego lokalu w całym Chicago.

      MUZYKA ORIENTALNA
      Rycerz siada w pozycji lotosu i medytuje, aż dozna
      • h8red Dobre 13.04.05, 10:52
        Troszku mnie się nastrój poprawił po przeczytaniu tego.
        • lolik2 taaaaa 13.04.05, 10:53
          na miejscu księżniczki wybrałabym bramkę nr JAZZ TRADYCYJNY :)))
          • huann na miejscu księżniczki 13.04.05, 14:19
            bym się zbytnio nie wychylał...
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka